Całe szczęście wiesz, że nie umrę (po tutejszym jedzeniu). Chociaż restauracja jadłodajnia Rooster na Krakowskim Przedmieściu powinna się martwić o swoją przyszłość. Pamiętam, że będąc dwa lata temu w Zoppot Stadt knajpa ta była jedną z bardziej obleganych w sąsiedztwie. Widocznie w małych miejscowościach turystycznych (a widzę, że w Zakopanem i Krakowie też mają filię) to spora atrakcja dla znudzonych turystów. Jednak w zblazowanej Warszawce trzeba chyba czegoś więcej. Krótkie gatki mamy w Jeffsie, a piękne panie w Nowym Orleanie (dla wieczoru kawalerskiego warto się ożenić!).
Mój dobry kompan Gburczysław Krzepki jak zwykle marudził, że rezerwacja na 17:15 to zbyt wcześnie. I tak na miejsce dotarlismy spóźnieni dobre 25 minut. Nie byłbym sobą, gdybym po drodze nie poganiał, martwiąc się, że rezerwacja już nam przepadła. O dziwo nie i miejsce przywitało nas pustkami jak na okolice godziny 18. Czerwone Majtki nr 1 przywitała nas z uśmiechem i zaproponowała miejsce w sali nr dwa w głębii lokalu. Po szybkim rekonesansie doszliśmy do wniosku, że piłka nożna i kilkunastoosobowa ekipa głośnych, nalanych, typowo ryżo-blond angolskich angoli, to niezbyt dobry pomysł na spędzenie wieczoru. Wróciliśmy zatem na z góry upatrzoną i zarezerwowaną pozycję, przy wejściu na przeciwko internetowej kamery.
Na początku jak zwykle zgrzyt cenowy. Ja nie wiem co łatwiej zrobić: przygotować i wydrukować nowe menu w lokalu, czy uaktualnić ceny na stronie internetowej. Kiedy właściciele lokali, ba! stron internetowych, połąpią się w końcu, że w A.D. 2008 pierwszym kontaktem z usługodawcą jest Internet. Okocim palone podrożał o całe 50 groszy! Z zachęcającego 7.50 w karcie stało 8zł. Skandal, w obliczu rosnącej inflacji w Którejśkolejnej RP takie zmiany są niedopuszczalne. Do piwa należałoby wciagnąć tradycyjnie kurcze skrzydełka. Niestety okazało się, że tych pikantnych, podwędzanych za 11.90 nima. Zamiast tego wzięliśmy pałeczki z kurczaka. Sztuk cztery. Kury, które były ich dawcami musiały pamiętać chyba jeszcze czasy Wietnamu i ojca Cantrella. Kości na biednych nóżkach byly upitolone w pół jakimś ostrym narzędziem. Mięso natomiast dość mocno przyprawione, nie sugerowało pierwszej świeżości. Całość ratowały trzy sosy, a dokładnie jeden. Ten który pierwej za ketchup wziąłem, ale okazał się nawet całkiem zjadliwą salsą. Dwa udka na głowę to żaden wyczyn, czekając na Jędrka, Który Pracy Się Nie Boi, domówiliśmy kiepskie frytki i kolejny bro. Do piwa nasza miła pani kelnerka Czerwone Majtki nr 1 doniosła popcorn niepierwszej świeżości. I tak już było do końca.
Konsumpcja produktów stałych sprzyja niemówieniu, szczególnie, gdy interlokutor siedzi na przeciwko. Rozglądając się po knajpie zauważyłem parę ciekawych rzeczy. Po pierwsze primo: słupy stylizowane na telekomunikacyjne, czy inne średniego napięcia to lekki serek. Po drugie primo: dział rekrutujący nie bardzo wgryzł się we rozdział „Nasza filozofia” podręcznika Rooster. Po trzecie primo: dość śmieszną sytuacją było, gdy do środka wdarł się trzyosobowy bodajże oddział emerytek. Starsze panie raczej nie pasowały do targetu tego lokalu, jednak usiadły sobie na kawę. Obsługująca je dziewczyna, chyba odruchowo, obciągnęła sobie koszulkę, chowając nerki i brzuch. Po spożytej kawusi wydało mi się, że babcie opuściły lokal nie płacąc. Wrażenie to potwierdziło jeszcze dość dziwne zachowanie kelnerki. No ale to już sprawa pomiędzy nią, a moherowym patrolem.
Mimo kolejnego piwa, a może przez to – moje zdziwienie jak wielkie pustki w knajpie tej są uczynione, ciągle rosło. Była dobra godzina 20, gdy nie tylko można było znaleźć, ale i wybrać sobie miejsce. Widocznie sex nie sprzedaje tak dobrze jak wszyscy sądzą. Smutne to jest jak wszelakiej maści menadżerowie podchodzą lekką rączką do nowych inwestycji. Tu nie wystarczy sprawdzony scenariusz z letniskowych miasteczek, ale trzeba wymyslić coś nowego. Jak piwne promocje w poniedziałek, czy inne happy hour.
Ale do rzeczy, a więc do jedzenia. Jako główne danie tego wieczoru strzeliliśmy sobie po farmer burgerze (24.90zł bodajże). Przeglądałem wcześniej menu i to co dostałem zaskoczyło mnie raczej in plus w stosunku do tego co można zobaczyć na zdjęciach. Znów odbiegnę od tematu, ale zawsze mi się wydawało, że prezentacja towaru powinna być jak w najlepsza. Natomiast zdjęcia w internetowej ofercie wyglądają jak robione telefonem komórkowym u klienta na stole. Może to jakiś trend Web 2.0, czy inne „prawdziwe-bo-amatorskie” porno?
Sam burger jednak smakował ciut lepiej niż się oczekiwałem. Na pewno był smaczniejszy niż ten z Jeffsa, jednak nie umywał się do kanapki z Hard Rock Cafe. Przykre było też to, że nasza kelnerka nie raczyła nawet spytać jakie mięso sobie życzymy. W efekcie na naszym stole wylądowały dwa dobrze wysmażone kawałki mięsa z dość przypalonym grubym kawałkiem boczku. jak dla mnie grubośc można było zdecydowanie zamienić na ilość (dwa cienkie). A i sam kotlet uderzał w lekko suchawe akordy. Nie mogę jednak powiedzieć, że nie byłem ostrzeżony. Przestroga jakiej mi udzielił malak w stosunku do tutejszej kuchni i nie tylko nie była przesadzona.
Jedno jest pewne, nie zaśpiewam raczej z Irenką Santor. Jedyne co by mnie kusiło w menu to stek. Ale na tego wolę powrócić na Podwale, czy do Szwejka, gdzie podają go z sosem z zielonym pieprzem. Cena podobna, a wolę zaufać sprawdzonym garkuchniom. W obecnej formie Rooster nie jest w stanie zaoferować nic więcej ponad Czerwone Majtki™ – a i to tylko raczej pijanym anglikom.