mali*ciouş

29/04/2009

Sushi w Amigos, czyli japończycy na Dzikim Zachodzie

Filed under: Warszawa,japońskie,texmex — Tagi: , , — maliboo @ 22:59

Japońskie żarcie w typowej knajpie tex-mex to chyba rzadkość. W końcu Warszawa kontrastami stoi. Dlatego na początku byłem zaskoczony tylko trochę, kiedy dowiedziałem się, że w jednej z lepszych warszawskich stekowni dają również sushi. Szefowa chwaliła, polecając tamtejszych sushimasterów, którzy przenieśli się bodajże ze Złych Tarasów z nieistniejącego już Sushi Baru w Promenadzie. Postanowiliśmy zatem zaryzykować, w końcu pomieszanie kultur wyszło dość strawnie w takim Sukiyaki Western Django.

Całe szczęście obrusy dla wrocławskiego jaśniepana Radzia nie są tu zbyt krochmalone i nie wystraszył się wizyty, jak to było w przypadku Bistro de Paris. Tym sposobem sześć dolnośląskich pośladków i moje dwa warszawskie zasiadły przy_jacielskim stoliku Amigos w Alejach Jerozolimskich 119. Skoro serwują tu mieszaną kuchnie, postanowiliśmy dostosować się do menu. Pieczone przystawki i z góry upatrzone zimne danie główne. Ten wybór był trudny, bo t-bone‘y i inne filety mignon kusiły. To co odstraszało w karcie to obowiązkowe 10% serwisu doliczanego bez względu na ilość osób. Ktoś jednak powinien pomyśleć o przepisach zobowiązujących restauratorów do podawania rzeczywistych cen w kartach.

Słowo się rzekło więc zostaliśmy przy sushi, po które tu przyszliśmy. A dokładnie przy „tytułowym” zestawie Amigos (110zł, 26 sztuk ryżu z rybą). Przystawki pozostały w duchu tego miejsca: spicy wings (pięć czy sześć sztuk, 24zł), potato skins (17zł) i śliwiki suszone zapiekane w boczku (16zł). Nie wiem jak to się dzieje, ale jeśli chodzi o skrzydełka to nigdzie jeszcze nie jadłem lepszych niż w Jeffsie na Polach Mokotowskich. Wygląda na to, że dobre pikantne skrzydełka to naprawdę rzadkość i sztuka. Ziemniaczki zdały egzamin, podobnie jak śliwki, podane ze sporą ilością warzywa wszelakiego. Chociaż jeśli mnie pamięć nie myli to najsmaczniejsze śliwki w boczku są na placu Piga.. podają w Sarmacji. Po spałaszowaniu części ciepłej przyszła pora na sushi. Tu lekki zgrzyt, bo dwa talerzyki były zabrudzone sosem sojowym. Zasuszonym sosem sojowym, albo inną pozostałością po poprzednim konsumencie. Ktoś na zmywaku powinien przejść kurs w stylu „zmywanie dla opornych”, ew. odbyć pracownicze badania kontrolne ze szczególnym uwzględnieniem wizyty okulistycznej.
Wymiana utensyliów poszła sprawnie i już po chwili mogliśmy „nadziać” na pałeczki (i widelce! ;-) EKHM!) kawałki maków. I to nie tylko tych tradycyjnych, w całości na zimno, ale również zasmażanych w tempurze (chyba). Dla nas było to pierwsze spotkanie z takim sushi-fużyn. Dla mnie wypadło wspaniale. Ze wszystkich kawałków te z pieczonym łososiem i krewetkami w cieście były najlepsze. Tradycjonalistka Kasia jednak z góry odrzuciła te „wynalazki” na rzecz staroświeckiego ryżu na zimno. Po poprzedniej porażce w sushi Satori to był prawdziwy powrót do korzeni. Łosoś z którym były podane „zwykłe” maki okazał się wyśmienity! Równie dobrze spisały się nigiri, chociaż tego z rybą maślaną nie udało mi się spróbować.

Nie wiem czy przez przypadek, czy może przez incydent z talerzykami, na koniec pałaszowania zjawił się kelner pytając czy „chociaż to sushi dobre zrobił ten sushimaster”. Oczywiście zrobił, zrobił i mam nadzieję, że nie dlatego zbierający naczynia „przyznał się” na końcu do popełnienia naszych ryżowych zawijasów ;-) Sushi z amigos w Amigos? Jeśli tylko będą trzymać poziom wykonania (i obniżą poziom cen), jak najbardziej. No, może przydałoby się małe szkolenie u krawca z tego nieszczęsnego cięcia maków ;>

Powered by WordPress