mali*ciouş

01/03/2009

Cztery w skali Beauforta

Filed under: Warszawa,fużyn,swojskie — maliboo @ 16:03

Kołysał nas zachodni wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą został.
I nagle ktoś jak papier zbladł:
Sztorm idzie, panie bosman!

Jako typowy szczur lądowy unikam grogu, szkorbutu i knajp z szantami. Jednak zaproponowany przez Kurę Galeon nie wyglądał jak typowa knajpa z rozśpiewanymi marynarzami i ich ubogimi krewnymi: żeglarzami z Mazur. Chociaż mając w pamięci otwarcie filmu „Trzeci”, to na tę ostatnią opcję mógłbym przystać. Pod warunkiem, że na pokładzie również będzie Szapołowska mojego pokolenia: Magda Cielecka (dzieci nie podglądają).

Nie wiedzieć czemu, pierwsze wrażenie jakie zrobiła na mnie ta knajpa, to celowanie w klientelę w wieku 40-50lat. Cóż w końcu człowiek ma tyle lat na ile się czuje. Zatem wpasowałem się idealnie.
Mimo, że na miejsce przybyliśmy dobry kwadrans przed rezerwacją obsługa nie robiła większych problemów. No może poza nadgorliwym panem ochroniarzem, który przemiłym tonem warszawskiego prażanina oznajmił kumplowi żeby ten zostawił plecak w szatni. Być może przemiły pan bał się, że wejdziemy z własnym pontonem, lub wyniesiemy ichnie kapoki?

Na temat wystroju nie ma się co rozpisywać. Kto był na Darze Pomorza, ten wie czego się spodziewać. No może jest tu trochę więcej miejsca niż na tej szkolnej łajbie. Już na wstępie ochoczo zobligowałem się do wspinaczki na takielunek. Obawiam się jednak, że ten był przymocowany równie trwale, jak życzliwe uśmiechy obsługi. Więc ostatecznie nie zaryzykowałem skrecęnia kostki. Chociaż na wygłupy przyzwalała atmosfera miejsca: mimo iż był piątek, sala w której siedzieliśmy była prawie pusta. No cóż kryzys panie.

Czekając na pozostałych zamówiliśmy trunek lądowych szczurów i programistów (żywiec 16zł/litr, 9zł/0.5), a do tego przystawkę w postaci chorizo duszonego w winie z trzema grzankami grzaneczkami (24zł). Bardzo dobre, ale to raczej sprawka masarza, nie kucharza. Oczywiście ilość miała się nijak do ceny. Jeśli jesteśmy przy przystawkach warto wspomnieć o ubogiej, aczkolwiek fajnie podanej porcji kęsków kurczaka w pikantnej panierce (16zł). Podlane zostały sosem czekoladowym i jakimś ostrym wynalazkiem. Kaszaną wieczoru okazał się tragiczny tatar z łososia (27zł). Zawsze mi się wydawało, że urok surowego mięsa polega na jego prostym smaku. A ten na pewno nie zostanie znaleziony wśród mieszaniny z cebulą w proporcji 1:1. Ryba to nie wołowina!

Gdy w głowie zaczynało już być słychać morza szum, ptaków śpiew przyszła pora na danie główne. Poza sporym rybnym wyborem znalazło się tu również miejsce na coś bardziej suchego za życia. Wybór padł na karkówkę z rusztu (27zł), kurczakową szpadę korsarza (34zł) i jagnięcinę pieczoną w ziołach z sosem baskijskim (51zł). Mając jeszcze w pamięci to co dostał krzepa w Tabace liczyłem na coś naprawdę godnego. Za wystawanie przed szereg zostałem upomniony, że pewnie znów dostanę spalone kostki. Jednak taka pomyłka jaką zaserwowano nam kiedyś w Banja Luce zdarza się chyba tylko raz na dekadę.
Rozczarowanie przyszło z innego frontu. Najgodniejszym okazał się talerz na którym zaserwowano moją owcę. Wielkością przypominał koło od malucha, a może nawet od dużego fiata. Na nim trzy ziemniaki opiekane w całości, trochę grillowanej papryki i czegoś co mogło być zdeptanym szparagiem. Pośród tego bogactwa warzyw, niczym mała, bezbronna owieczka na wielkiej ceramicznej polanie, krył się jagnięcy kotlecik. Na początku zacząłem szukać śladów sosu na brzegu talerza. Jednak nic nie wskazywało na to by reszta mięsa się ześlizgnęła kelnerowi z talerza. Tak miało być. Smak jak smak. Ziół w których, wedle opisu, była pieczona sztuka mięsa nie wyczułem. Sam kotlecik wyglądał bardziej jak rosołowe po ugotowaniu. W dodatku z tłustą wstawką.

Kurczak ze szpady bronił się dwoma sosami z którymi został podany. Chociaż po samej szpadzie zostały tylko przestrzeliny w kawałkach mięsa. Samo mięso wydało mi się mało słone i niebardzo doprawione. Podobny sos jak do kurczaka został podany do karkówki. Z tym, że tu już brakowało tego serowego (na czymś gorgonzolopodobnym), podany był tylko pomidorowy na bazie świeżych pomidorów i cebuli (o ile dobrze pamiętam). Ostatecznie wygrała karkówka, smakiem i ilością nie przebijająca jednak tego co można zjeść w Samych Swoich.

Najprzyjemniejsza część wieczoru przyszła jednak z rachunkiem. Kwitek, którego jeszcze nie zamówiliśmy, został dodatkowo przypomniany wybiciem szklanki przez obsługę. Znakomity przekaz wyjaśniający cel jego podania. Czas zapinać do domu drodzy klienci, jest piątek i chcemy już iść wracać! zdawał się śpiewać dźwięk dzwonka. Pijani bardziej swoim towarzystwem niż wypitym alkoholem (co jest oczywiście wierutną bzdurą i było zupełnie odwrotnie), sprawdziliśmy sumę i ochoczo przystąpiliśmy do zapłaty. Z całego siedmioosobowego towarzystwa nie znalazła się chyba ni jedna osoba, która byłaby w pełni zadowolona z obsługi, co też chcieliśmy „wyrazić” swoim gestem przy napiwku. Niestety tak to już bywa z dzisiejszymi kelnerami, którzy w swym zawodzie szukają jedynie łatwego zarobku. Doliczono nam bez pytania i co gorsza bez wcześniejszego ostrzeżenia „tradycyjne” 10% serwisu. W stanie lekko wskazującym nikt nie zwrócił na tę drobną pozycję. Zresztą po cóż to robić, jeśli holduje się zasadzie partnerskiej uczciwości.
Pozwoliłem sobie dziś zadzwonić do tego przybytku. Miły pan poinformował mnie jeszcze milszym głosem, że restauracja Galeon nie pobiera, ani nie wymaga żadnych dodatkowych opłat przy rezerwacji, czy od pewnej ilości osób. Zasada taka obowiązuje jedynie przy grupach, które z góry ustalają menu (swoją drogą to dziwne). Nie muszę wspominać, że nasze było wyborem chwili. W dodatku mój interlokutor zdziwiony był, że w Warszawie istnieją miejsca gdzie rezerwacja wymaga od klienta wpłacenia zaliczki, ustalenia menu, lub minimalnego rachunku na osobę. Ale zdarza się.

A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: – Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Cztery w skali Beauforta!

20/11/2007

Starka, golonki nie pokonasz

Filed under: Kraków,swojskie — maliboo @ 22:25

Pora chyba ograniczyć powoli kategorię swojskie, bo zauważyłem, że rozrasta się nazbyt szybko w porównaniu do reszty. Niechaj krakoska Starka, przy Józefa 14 będzie póki co ostatnią w tym roku.
Listopadowy wypad do Krakówka musiał się skończyć degustacją starki. Tej alkoholowej, wódki w sensie, a raczej polskiej whisky. Nie udało się to w Klezmer Hois, ponieważ tam wyszła, będąc zastąpiona przez krupnik. Zatem Starka okazała się ostatnią deską ratunku.
Odnaleźliśmy ją przypadkiem, tuż obok Pierożków u Vincenta na krakoskim Kazimierzu. Chociaż nie znaczy to, że nie była szukaną. Tuż przed wyjazdem napaliłem się na to miejsce artykułem Nowickiego na Wybiórczej, o wdzięcznym tytule „Golonka forever”.

Nie rozwodząc się dłużej, ostatniego wieczoru w byłej stolicy Polski dwuosobowa ekipa nawiedziła ten establishment. Zasadziliśmy się w drugiej sali, bardziej intymnej niż ta przy wejściu. Kanapa na której siedzieliśmy trafiła się akurat pod głośnikiem. Mimo to nie było co narzekać ponieważ chilloutowa, klubowa składanka była całkiem miła. Nawiasem mówiąc do tej pory nie udało mi się jej odnaleźć. Jak na tę porę było trochę pusto, byliśmy chyba jedynymi gośćmi, pomijając właściciela lokalu (chyba) gaworzącego przy kawie ze znajomym. Ale cóż, środa to była.
Moje zamówienie było już jasne w momencie wejścia. Bierę golonę. No i nieskonsumowana starka, tuż obok wiśniówki też musiała być zamówiona. Po sprzątnięciu ze stołu kielichów, z których z premedytacją nie skorzystaliśmy, na wjazd tradycyjny duet chleb&smalec. Zawsze gdy tylko dostępny. Oraz do pary dwie czterdziestki: wiśniówki (chyba 8zł) i starki (może 10?). Dziesięcioletniej niestety, bo okazało się, że piętnastek i dwudziestek-piątek zabrakło. Pierwszemu trunkowi, mimo miłego migdałowego posmaku, daleko było do wiśniowego mistrzostwa świata z Podwala. Sama starka, cóż, przekonałem się, że nie dorosłem jeszcze do tego typu smaków. Niestety, a może póki co na szczęście, bawi mnie jeszcze browar i mocno schłodzona wyborowa. Ta ostatnia z polskim sushi najlepiej. Śledziami znaczy się, z cebulką.

Po zamówieniu goloneczki, opiekanej, na kapuście zasmażanej, oraz sałaty z grillowanym kurczakiem na stół wjechał proszony smalec (7zł). Ilość raczej skromna. Cztery kromeczki chleba z kminkiem dość obficie przesmarowane smalcem typu mielone mięso z tłuszczem. Całość przyozdabiał zielony korniszon w plastrach na wierchu pajdek. Po spałaszowaniu wieprzowego specjału i szociku starki przyszła pora zamówić bronx do świńskiej nogi. Ceny warszawskie, czyli koło 8zł za żywca. Nie wiem czy z racji przedłużonego czekania, czy tak po prostu, a może już do golonki na stół, zaraz za piwem wjechał ten sam chleb. Tym razem w edycji z czosnkowym smarowidłem. Chlebuś, wyglądający na wypiekany na miejscu (ok, na pewno był lekko podgrzewany) wypadł całkiem dobrze. Dużo lepiej niż pieczywo prosto z przemysłowej piekarni.

Nie minęło 3-4 kromki tego wypieku, a na stół wjechała sałata z kurakiem (20-coś, chyba cztery) i gigantyczna golona(39zł). Zielenina z drobiem niestety okazała się porażką. Przypiekany kurczak był zimny niczym podany prosto z domowej spiżarni Inuity. Całokształt również nie zachwycał. Do tego stopnia, że nie chce mi się już o tym pisać. Natomiast golonka to zupełnie inny rozdział tej bajki.
Trzeba zacząć od tego, że była przygotowana w tradycyjny sposób. Gotowana gicz prosiaka, następnie podpieczona lekko w piekarniku, lub piecu. Trochę tylko, tak aby skórka, wydepilowana naturalnie iście brazylijsko, nie była rozlazła jak stary beret. Podana porcja okazała się mięsnym odpowiednikiem Mount Everst. Pierwszy kęs i zaskoczenie. Mięso okazało się być całkiem jasne jak na swoje pochodzenie. Zwykle jadałem bardziej różowe/ciemniejsze golonki. Spora część tego wydania była jasna, prawie jak indycze mięso. I równie delikatna w smaku i teksturze. Niestety z bólem serca muszę przyznać, że nie dałem jej rady. Z łzą w oku żegnałem się z ostatnimi kawałkami mięsa, z resztą zasmażanej kapusty, na której było podane, z musztardą, chrzanem i czymś ciepłym na podobieństwo pasty z grochu. Oczywiście łzy toczone były nie z żalu, lecz z gargantuicznego wprost poziomu przejedzenia.Tak, wiem. Będę się smażył w kotle z gorącą smołą. Jednak ufam w to, iż towarzystwo będę miał wyborowe!

Starka ze swoją golonką stoi aktualnie na trzecim miejscu na moim osobistym podium świńskich nóżek. Tuż za tą w sosie karmelowo-piwnym z Czerwonego Wieprza i złotym laurem należącym do tej z Podwala 25. Dla miłośników świńskich uciech kulinarnych jest to absolutny must-have w mieście Kraka.

17/11/2007

Ucho od śledzia

Filed under: Kraków,swojskie — maliboo @ 21:02

Ok, nie chodzi o książkę Ożogowskiej, a o Pierożki u Vincenta. Tak, tego Wincenta od słoneczników i wcinających pyry. Nota bene jego ucho zawieszone jest tuż nad wejściem do kuchennej części jadłodajni. I niech nikt nie mówi inaczej. Na ścianach wiszą słoneczniki, inne obrazy – to wszystko na pewno nie jest lichą kopią, tylko płótnem tkniętym ręką mistrza! Żeby się dostać do Vincenta trzeba udać się na krakoski Kazimierz, a potem już prosto na św. Józefa.

Wnętrze, jak to w Krakówku, powierzchnią nie rozpuszcza. Ale dzięki temu miejsce to ma swój klimat, stoliki można policzyć na palcach jednej ręki. Zatem wpadając tu musicie się liczyć z tym, że trzeba będzie trochę poczekać. Albo przełożyć wizytę, jeśli jest to jakieś zimne, ciemne, listopadowe popołudnie. Oczywiście nie trzeba się oddalać za bardzo, gdyż zaraz po lewej, na końcu św. Józefa 25 znajduje się idealna na niedługi pobyt Czajownia, gdzie można spędzić nie-tylko-chwilkę na popalaniu sziszy i popijaniu herbatki.

W menu oczywiście pierogi, w zasadzie tylko + towarzyszące płynne ingrediencje. Całe szczęście nie wielkości uszek w bożonarodzeniowym barszczu. Za poduszkę też nikomu nie posłużą, jednak porcja dziesięciu pierogów podawana tutaj zapełni większość żołądków. Ceny z lekkim wahaniem oscylują wokół 10zł z pewnym rozrzutem do 14, w zależności od nadzienia. Dzięki temu, że można wziąć również połowę porcji dane nam było spróbować czterech rodzajów. Po krótkim przeglądzie menu oczywiście te z jagnięciną zawitać musiały. Ser pleśniowy, jakim były nadziewane pierogi z mąki razowej to kolejny kulinarny fetysz, do tego coś na ostro w postaci kurczaka, fasoli czerwonej i czegośtam, oraz pomidorów z czymśjeszcze. Na wierzchu obowiązkowo wliczone w cenie dania sosy (osobno 1zł): ostry meksykański i czosnkowy na bazie śmietany. Najbardziej rozczarowały te pomidorowe. Smak praktycznie bez charakteru, raczej porażka. Cesarskie pierożki z małą owieczką trochę za klapciate, miękkie w sensie bardzo, ale całkiem smaczne, szczególnie póki nie zginęły w dominującym smaku „meksykańskiego” sosu. Brakowało mi tu zwartości domowych, mięsnych pierogów. Te z kurczakiem i fasolą trochę bezpłciowe, chociaż może się zraziłem znalezionym kawałkiem kości, chyba z łopatki, i ponowną dominacją meks-polewy. Razowce z serem były za to odkryciem roku, oczywiście szczególnie wtedy, gdy ten był jeszcze ciepły i ciągnący. Odkryciem wiele bardziej zaskakującym niż brudny obrus w Klezmer Hois. Ale o tym następnym razem.
Oczywiście menu nie czterema farszami stoi. Nie ryzykowałbym pisząc, że jest ich tam 44, ale 20-kilka co najmniej. W tym oczywiście takie standardy jak ruskie, czy z mięsem, lub szpinakiem, ale również egzotyki w stylu pierogów z kaszą gryczaną, czy czymkolwiek-co-można-owinąć-w-ciasto (i smakuje dobrze). Do tego na deser wydania.. deserowe: na słodko-owocowo. Ale na tych się nie skupialiśmy, więc zawartości już nie powtórzę.

Miłą rzeczą, jeśli Warszawka wynajmuje sobie loko w Krakówku, jest opcja „na wynos”. Możemy wynieść sobie z knajpki, naturalnie za opłatą, mrożone wersje. Oczywiście nie na patyku jak u algidy, tylko takie do odgrzania w gorącej wodzie. Ewentualnie można również strzelić patelenkę pełną pierożków. Smażonych. Każdy, czy to facet, czy kobieta nie pogardzi taką kulinarną orgią we wschodnioeuropejskim stylu!

14/10/2007

Barokowo, choć wystrój ubogi

Filed under: Warszawa,swojskie — maliboo @ 18:31

Pomysł na Sarmację przyszedł z linkowanego bloga Kulinarna Warszawa. Niemałą pokusą był banner wywieszony, jak to ostatnio w modzie na ścianie budynku. Pierwszym razem, gdy się tam wybieraliśmy, naszym celem było piwo z wiodącą prym na ulicy Hożej firmie Hint Intermedia. Pokusa w postaci 4zł za szklaneczkę browara była zatem nie do odparcia.
Niestety wypadki losowe, sprawiły, że restauracja Sarmacja musiała poczekać na swoją kolej. Ale co sie odwlecze… Drugie podejście potwierdziło tylko, że jest to miejsce z dobrą karmą.
Piątek to dobry czas na czerpanie radości z życia pod postacią kąpieli tygodniowych radości i topienia smutków w napoju bogów. Stolik wstępnie zamówiony na osiem osób bez trudu pomieścił ich jedenaście. Oczywiście na wjazd poszło zamówienie na żywca(4zł do 18:00) i pyszne śliwki w boczku(7zł), sztuk sześć. Niestety potwierdziło się to, co spotkało mnie za razem pierwszym. Szybkość obsługi wymaga chyba podwyższenia taktowania, albo zarobków, gdyż znów trzeba było czekać wieki. Całe szczęście gratisowy smalec na przeczekanie wjechał dość szybko. Co dziwne, za pierwszym razem go nie dostaliśmy, więc zdziwiłem się, kiedy kura powiedziała, że coś takiego tutaj funkcjonuje. Niestety jakoś mnie nie zachwycił. Przypominał bardziej mieszaninę mięsa ze smalcem z kostki. I to bynajmniej nie przetapianą wcześniej razem. Oczywiście na śliweczkach się nie zawiodłem. Lepsze zdarzyło mi się zjeść w PizzaHut w czasie jakiegoś włoskiego eventu jako antipasti. Chyba najlepiej smakują z chrzanem, który wraz z musztardą i ketchupem jest do nich standardowo podawany. Dobrym wyborem jest też camembert panierowany żurawinami(11zł), porcja naprawdę słuszna, a i sosik przedni.

Muszę przyznać, że dość długo mi się zeszło z wyborem dania głównego. Idealnie trafiona golonka(19zł), która jadłem poprzednim razem okazała się oczywiście trafnym wyborem. Nie chciałem tym razem się potknąć. Z pomocą przyszedł wybór irytki, która wzięła polędwiczkę wieprzową w ostrych ziołach, jak również i miodzie manierowaną marynowaną. Tym razem jednak się wycwaniłem i zamiast ziemniaków z boczkiem zamówiłem te w ziołach(5zł). I tym razem, w przeciwieństwie do pierwszego, dostałem chyba z boczkiem. Nie wiem na czym polega ta gra z wyborami kartofli, ale trzeba robić to odwrotnie niźli menu wskazuje. Sos ziołowy dodawany do strawy nie zachwycał. Dużo lepszym wyborem okazał się sos cebulowo-pieprzowy, który wziąłem do golonki. Nie omieszkałem niecnie wykorzystać znajomych, szamając im kąski karkówki z masłem czosnkowo-serowym(15zł), schaboszczaka z kością(18zł) i kradnąc trochę sosu diabelskiego. Ten ostatni przypominał bardziej łagodne leczo, niż coś co spaliłoby mi kubki smakowe. Ale primero lo primero. Na polędwiczce się nie zawiodłem. Plastry wędzonego boczku, którymi była obłożona, jak dla mnie, mogły być bardziej podsmażone, jednak sama pręga mięsa była wyśmienita. O dziwo, bo nie była nawet średnio wypieczona. Karkówka niczego sobie, ale na piątkowy wieczór dla mnie porcja za mała, chociaż można było dopchać dołączanym groszkiem z marchewką. Schabowy soczysty, jednak póki co nie mogę się przekonać, żeby sobie zamówić to danie w knajpach. Chyba jest za powszednie.

Bliskość stacji metra Dworzec Gdański i przystanku tramwajowego w kierunku Centrum zachęca do odwiedzin. Oczywiście szczęśliwe godziny rzeczywiście sprawiają, że godziny spędzone w Intraco I stają się naprawdę radosne. Szczególnie z każdym kolejnym, dostarczonym promilem.

05/09/2007

Pusta Butelka

Filed under: Warszawa,fużyn,swojskie — maliboo @ 19:19

Cynk na Butelkę na Podwale 29 dostałem podczas czwartkowej wizyty w Bierhalle. Po tej kulinarnej porażce jakim była ta warzelnia piwa muszę przyznać, że cokolwiek się napaliłem na lepsze i większe porcje. Poniedziałek zweryfikował trochę minirecenzję kolegi Piotrka.

Butelka to nowa knajpa, otwarta rzut beretem od Kompanii Piwnej na Podwalu 25. Bardziej lotne osoby z pewnością zauważą, że bliskie położenie zdradza już sama numeracja. Póki co nie mają tu żadnych promocji na bro, czy jedzenie. Ale jak się dowiedziałem coś takiego jest w planie. Przyda się. Sąsiedztwo takiej fabryki jedzenia jak Kompania nie ułatwia prowadzenia biznesu. Przezornie zarezerwowałem stolik, co jak się później okazało nie było zupełnie potrzebne. Po dotarciu na miejsce przywitały nas puchy. Przynajmniej na wewnętrznym ogródku osób było niewiele.
Menu nie przeraża wyborem, może to i dobrze, ale też nie łechce cenami. Pozostała nadzieja z minirecenzji na dobre i dużo. Ale na początek trzeba przygotować podkład – wjechało więc piwo, niestety Żywiec i tylko w półlitrowych kuflach (8zł). Jako wjazdowy apetizer wjechł chlebek na oliwie. Do wyboru: z czosnkiem lub papryką. Chlebek ciepły, niestety na pięciu chłopa ilość jaką nam podali starczyła na dwa kłapnięcia szczęką. Bez dokładki. Jeśli chodzi o grubsze jedzenie, to postanowiłem zaryzykować i wziąłem Parmiggiani- medalion cielęcy i z indyka zapieczony z serem mozarella i pomidorami (29zł), chociaż kusił mnie też wybór krzepy, czyli paski cielęciny w sosie śmietanowo-pieczarkowym z kluskami z deski (25zł). Ale wystraszyłem się trochę tych klusek z deski. W końcu wióry i drzazgi mogłyby mi powchodzić w dziąsła, co mogłoby skutkować załamaniem mojej grafomańskiej kariery.

Porcje, które wjechały na stół obiecywanym rozmiarem nie powaliły, aczkolwiek do małych też nie należały. Cielęcy wybór krzepy okazał się strzałem w dziesiątkę. Widocznie deska z której były kluski została dokładnie przemielona. Sos śmietanowy miło współgrał z paskami mięsa. Jeśli chodzi o moje medaliony, to lekkim rozczarowaniem był brak jakichkolwiek węglowodanów czy to w postaci ryżu, czy ziemniaków. Pomijając może mąkę, którą był zagęszczany sos. Obok mięsa pod serową pierzynką na patelni pojawił się również plaster bakłażana. Niestety swoją wielkością górował nad obydwoma kawałkami mięsa. Jeśli miałbym ponarzekać to na ciut kwaśny sos, ale za to czuć było w nim wyraźnie pomidory. Chyba niestety z puszki.

Było dobrze, chociaż po nazwie spodziewałem się czegoś w bardziej pijackim biesiadnym stylu. Jeśli chodzi o piwne, męskie posiadówki, to Butelka raczej nie wchodzi w grę. Jest tu za ładnie, a fontanna w patio nastraja bardziej romantycznie, niźli rubasznie. Jako miejsce na (nie)zobowiązującą kolację z dziewczyną, jak najbardziej. Póki co, miejsce jest nowe, więc chyba trzeba dać mu czas na lekkie urozmaicenie menu i oferty. W każdym razie do Butelki jeszcze zajrzę. Kusi mnie krem z brokułów z migdałami i żeberka z miodem i orzechami lub sosem barbacue (35zł).

02/09/2007

Bierhalle, nie podjesz tu wcale.

Filed under: Warszawa,bronx,swojskie — maliboo @ 11:59

O Piwną Halę zahaczałem już parę razy. Piwo warzone na miejscu to zupełnie inny poziom doznań przy sączeniu browara. Standardowe piwo z kija jest takie… standardowe. Prawie jak wizyta w maku, wiadomo czego się można spodziewać.

Poprzednie wizyty i nieodłączną parę weizena i dunkela wspominam miło. Może poza jedzeniem. Ale po kolei. Mimo tego, że sama czwartkowa okazja do wizyty nie należała do weselszych, nastroje nam dopisywały. W końcu zawsze jest tak, że coś się kończy, coś się zaczyna. Oczywiście jak zwykle musiałem przyjść pierwszy, a ponoć tylko ten kto spija ostatki piękny i gładki. Na dzień dobry pani kelnerka poczęstowała mnie kartą. Nastawiony po porannym przeszukiwaniu menu na „Dunkel” gulasz lub kartacze, zacząłem wieczorne poszukiwania. I łup! Okazuje si, że ktoś tu chyba zapomniał nie tylko o aktualizacji menu na stronie (brak kartaczy), ale również jego cen. Wybór jedzenia, jak i stosunek cena-ilość, oraz cena-jakość nigdy w Bierhalle powalający nie był. Ale to co zobaczyłem załamało mnie totalnie. Gulasz, który sobie upatrzyłem z prezentowanych na stronie 18,99zł, co podchodzi już pod granice przyzwoitości, zdrożał do 22,99zł! Znakomita większość pozycji również. Na szczęście piwo pozostało na starym poziomie 17,5zł za litr. Niestety tu kolejny zgrzyt. Na stronie stoi jak byk, że w arkadyjskiej miejscówce dostanę cały asortyment, łącznie z koźlakiem na którego się szykowałem. Lipa: w ofercie stały tradycyjny pils, weizen i dunkel. Koniec! Po Koźlaka mogę se skoczyć do Piotra i Pawła, gdzie nota bene jest chyba najtańszy.
Oczywiście nie marudziłbym tak, gdyby nie to, że Hala Piwna nie należy do kulinarnych wyżyn. A ilość jedzenia mimo wszystko nie jest wystarczająca żeby wykarmić całą kompanię głodnego chłopa. Przy okazji nadal mi się odbija żylasty mini-karczek podany na kromeczkach chleba, który zamówiłem będąc tam pierwszy raz. Czekałem wtedy na niego dobre 45 minut, bo kelner raczył się pomylić i miast karczku wylądował u mnie kurczak. Ale chyba szczyt to przekąski. Wszakże to knajpa z piwem, a do piwa potrzeba jedzenia, więc dociśnijmy frajerów i na tym. Do apogeum głupoty dodaję odrobinę smalcu za 9,99zł i 5 półkromek zapieczonego chleba (sic!) z serem za 7,99 robiącego za „grzanki serowe”. Uwaga, żeby się nie zadławić!
Nie podoba się? Nie przychodź. Ale chyba nie o to chodzi w prowadzeniu interesu? Nie przyjdę.

Muszę w tym miejscu trochę odpuścić, bo gulasz mimo wszystko jest całkiem dobry. Jednak wydaje mi się, że od ostatniego razu porcja jakoś zmalała. A wieprzowina z którego niby był zrobiony, jakby przypominała mi drobiową pierś… Aha! I trafił mi się nawet jeden kawałek pieczarki! Kluseczki były bardzo dobre. Cztery piwa, mięsko i stówka na jedną osobę pękła. Jeśli traktować Bierhalle jako miejsce na jeden strzał – nie jest źle. Ale piwo jest za dobre, żeby wypić tylko jedno. A na większą ilość potrzeba jakiejś jedzeniowej podstawki. Dodatkową rzeczą która mnie zdziwiła, to doliczany serwis. Jak zwykle w postaci 10%. Oczywiście swoje zdanie na temat zmuszania do haraczu mam, ale to co mnie zaskoczyło to to, że jeśli kelnerka dopisałaby nam do rachunku te 10%, to dużo by z tego nie dostała. Zawsze myślałem, że jak ktoś mnie do czegoś zmusza, to w imię wyższych zasad. Za prace w trudzie i znoju, obsługującemu wszakże należy się premia. Ale tu widzę panują zgoła inne zasady, z tego co się dowiedziałem na następny dzień od towarzyszy pijatyki.

05/08/2007

Jeśli dziś czwartek – jesteśmy u Szwejka

Filed under: Warszawa,galicyjskie,swojskie — maliboo @ 20:50

Dziś niedziela, więc mnie tam nie ma, chociaż wedle menu stoi, że teraz golonka po 3,4zł. Za 100g oczywiście. U Szwejka to kolejny przybytek kulinarnych rozkoszy od Jarczyńskiego. Z całej serii knajp tej spółki chyba najbardziej podobny do Podwala. Chociaż czuć tu bardziej południowy scent. Względem Polski naturalnie, nie Europy. Menu znacznie pokrywa się z tym co dają w Kompanii, może, niestety z wyjątkiem korzennego, którego tu się nie uświadczy. Jednak poniedziałkowe promocje, golona, płonąca szpada szefa kuchni ;-) , carpaccio z polędwicy i łososia, deski mięs: wszystko to odpowiada siostrzanej knajpie. A w przypadku nieśmiertelnego carpaccio to chyba nawet wszystkim jadłodajniom Jarczyńskiego.

Wystrój dość znajomy dla stałych bywalców starówkowej siostry. Nawet te same obrusy w czerwoną kratę. To chyba znak rozpoznawczy tej sieci. Odmienny jest trochę duszny klimat. Duszny w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Czeskie atrapy gazet, którymi powyklejane są ściany daje dodatkowy austro-węgierski flav. Miejsca w środku były już okupione, lub porezerwowane, jednak nie dalismy się wcisnąć w te klitki między barierką schodów, a oknem na ulicę. Dla klaustrofobików koszmar z pewnością. Jedno trzeba przyznać: wiedzą tu na pewno jak zagospodarować każdy centymetr kwadratowy lokalu.

Do rzeczy. Czwartek to dzień owoców morza. Podobnie jak w Makro dostawy są tu pewnie późną środą, żeby na czwartek mieć świeży asortyment. Za jedyne 39zł dostaniemy tu dwie wersje muli: na winie i na pernodzie. Nieposkromiony, nawet przez wizytę w Akashii, głód jodu w mięczakach i wszelkim tałatajstwie z morza został zaspokojony. Wcześniej poszedłem na całość zamawiając jedną ostrygę (4,5zł). Nie wiem czy to mój klimat, wyjąłem bidulkę ze skorupy i szybko połknąłem. Na surowe ślimactwo chyba jeszcze za wcześnie. Może jednak zacznę od ostryg poddanych termicznej obróbce. Na pewno ich mniejsi krewni mule są wtedy o niebo smaczniejsze. Miło, że jako przystawkę podają tu pasty: serową i mięsną z chlebem(0zł). Jest czym zaostrzyć apetyt. Oczywiście znakomitym podkreślnikiem zaostrzacza był kufelek pilsnera(15zł) i szocik(5zł) pysznej wiśnióweczki. Powtarzam się pewnie znów, ale ta ostatnia jest tu naprawdę wyborna!

Trzeba było trochę poczekać aż na stół wjechał garnek skorupiaków, pusty garnek na skorupki i papierowy ręcznik, jak przydatny na koniec pałaszowania. Żeby jeszcze tylko ścierał zapach ryby z palców. Garnek na dwie osoby wydaje się dość skąpym wyborem, jednak po zjedzeniu całości punkt najedzenia osiągnął optimum. Bulion w którym gotowały się mięczaki był wyborny, nie trafiliśmy nawet na żadną zamknięta muszlę, co chyba dobrze świadczy o świeżości morskiego robactwa. Samo mięsko: palce lizać! Na pewno wpadniemy tu jeszcze na wersję z pernod.

Aha, w każdy wtorek mają tu promocję podobną do tej z Jeffsa (tu we środę): do każdej porcji krewetek na maśle druga gratis. Czego nie omieszkam wkrótce sprawdzić. Obsługa stoi na dobrym poziomie, ale kustomizacja rachunku nas już kompletnie zaskoczyła [todo: wkleić zdjęcie]. Fajnie czasem być tak miło zaskoczonym podziękowaniami napisanymi odręcznie wprost na rachunku!

Po ostatnio zasłyszanych perypetiach znajomego na Podwalu, jego sensacyjno-żołądkowych przygodach, najwyższa pora chyba przerzucić się, póki co, do Szwejka na poniedziałkowe piwa. Oczywiście doliczając do tego kiepskiej jakości smalec jaki serwuje Kompania trzeba to uczynić jak najszybciej. Tym bardziej, że dojazd tu chyba nawet lepszy niż na Starówkę. Okolice placu Konstytucji, bliskość metra sprzyjają browarowaniu w tym miejscu. Zatem ahoj, ahoj hoy hoy chooy (9:46)!

15/07/2007

Wiejska Chata

Filed under: Warszawa,swojskie — maliboo @ 22:07

W fabrycznych okolicach Woli, w tylnich czeluściach CH Dżapiter, skryła się restauracja w której czas płynie trochę wolniej, niż w całej Warszawie. Z racji, że trzeba było gdzieś pójść, Wiejska Chata była w pobliżu i już od jakiegoś czasu intrygowała mnie swoją obecnością, podobnie jak i jej piwne parasole przed budynkiem.

Pomieszczenie jakoś nie powala na kolana, chociaż trzeba przyznać, że wystrój dobrze wyizolował restauracje od reszty sklepów. Może to, że był poniedziałek, a może taki urok tego miejsca, ale klientela niezbyt dopisywała tego dnia. Leniwości klimatu dopełniali kelnerzy. Obsługa zdaje się tu żyć własnym, wolniejszym czasem niż reszta świata. Wchodząc zauważyłem na jednym ze stołów smalczyk. Oczywiście w głowie od razu zapaliła mi się chciejska lampka. I to nie dlatego, że miałem jakiegoś specjalnego smaka, ale ze względu na sposób podania. Niczym żurek, czy inny gulasz, smalec jest tu podawany w chlebie. A raczej w malym, kwadratowym chlebku żytnim. Samo „naczynie” raczej nie nadaje sie do jedzenia z racji lekkiego podsuszenia, ale sposób podania jak i koszt (free as in beer) – bardzo dobry. Samo mazidło również niczego sobie, duże, chociaż za miękkie skwarki, tylko chleba do smarowania trochę za mało.

Nie byłbym sobą i nie byłoby tego wpisu, gdybym jednak nie zamówił czegoś solidniejszego do jedzenia. Oczywiście okazało się, że właścicielowi trochę się zapomniało o zaktualizowaniu cen w menu na stronie, więc te, które nas zastały, były jakieś 10-15% wyższe. Jak zwykle, nad wyborem spędziłem trochę czasu, aż stanęło na schabie po cygańsku. Oczywiście zanim na stół wjechały schaby: po staropolsku i mój, swoje odczekać musieliśmy. Ja rozumiem, że pieczone ziemniaki wymagają czasu, ale natężenie ruchu w tym dniu nie było adekwatne w stosunku do czasu oczekiwania. Porcje jakie wjechały na stół do małych nie należały. Może to tęsknota za karotenem, ale gotowana marchewka przypadła mi do gustu, w przeciwieństwie do wyblakłego brokuła. Jeśli był blanszowany, to na pewno zgodnie z lokalnym upływem czasu: czyli trochę za długo. Schab przetykany wędliną do jakichś ultrawypasów nie należał. A całość pozostawiła po sobie jakiś taki lekki smaczek stołówkowego jedzenia.

Gdyby nie smalec i ostatnia przygoda na Podwalu, kiedy to dostaliśmy zamiast smalcu jakąś totalną pomyłkę, która bardziej przypominała kostkę kupnego smalcu zmieszaną z przypaloną twardą skórą z wieprza, to pewnie już bym tu nie zawitał. A tak, trochę się łamię, ale żeby tam wrócić to naprawdę będę musiał desperacko łaknąć świńskiego łoju.

15/04/2007

Ceprownia, prawie jak na Podhalu

Filed under: Warszawa,swojskie — maliboo @ 21:15

13042007(001)Z racji, że piątkowe Arse już nam się trochę przejadłopiło trzeba było poszukać czegoś nowego. Wiadomo, że każdy lubi zmiany. Wyznaczyłem sobie cel: bronx za 5-6zł. W Warszawie to coraz rzadsze, więc mechanizm ambicji został uruchomiony. Mimo tego, że Kura stwierdziła, że cena na poziomi 6-7zł też będzie skopo. Znalazło się. Ceprownia – lokal świeżym jeszcze drewnem pachnący. Klientela wynika z okolicy: jest dość uniwersytecko. Zaskoczył mnie trochę rozmiar: knajpa duża nie jest, jednak wysokość lokalu umożliwiła dorobienie antresoli. Jak na piątek nie było tłumów. Możliwe, że wynika to z obecnego remontu Nowego Światu/Krakowskiego. A może dlatego, że i loko chyba dość nowe, bo ze swoich wycieczek do Browarmii jakoś go nie kojarzę.

Dość nudnego wstępu. Czas przejść do clue: czyli żarcia, obsługi i klimatu. Po wparowaniu dostaliśmy menu, którego przedsmak miałem okazje przestudiować już via mail. Nic oprócz ceny piwa(6zł Król, 16 zban 1.5l) piwa mnie w nim nie powaliło. Na ętres zamiast smalcu wybrałem pierogi z bryndzą (16zł) na pół z maczkami. I… pierwsza bryndza. Pierogi z wody, chociaż jak dla mnie, proszą się o przysmażenie, cebula tylko lekko zeszklona. Ok, jako rasowy ceper może pojęcia o górolskim jedzeniu nie mam, ale cebulka prosiła się o podsmażenie. Wielkością, ani ilością nadzienia też mnie nie powaliły. Do tego ósemka pomidora i listek sałaty. Jak w barze mlecznym, tyle, że za szesnaście blach. Całe szczęście symultanicznie dane mi było spróbować tutejszej odmiany placka po zbójnicku i naleśników z kurczakiem und szpinakiem. W placku ewidentnie brakowało czegoś roślinnego. W moim słowniku istnieje rozróżnienie: po węgiersku to ten z papryką, ale aż prosiło się tu o pieczarki i gęsta śmietanę na wierzchu wcale-nie-tak-dużej porcji. Ziemniaki, gulasz, ta sama sałata i siostrzana ósemka pomidora. Naleśnik również mnie nie zachwycił, nadzienie poprawne, jednak z ciastem było coś nie tak. Trochę jakby i słodkie i te z niedeserowym nadzieniem były robione z tego samego ciasta. Po tym co czytałem w komentarzu redakcji na gastronautach „Bardzo duże porcje” nastawiłem się na porcje większe. Dużo większe. Tu nie zaskoczyły mnie już frytki. Porcja (5zł) była całkiem pokaźna, chociaż keczap wyglądał na tani… Od razu na myśl narzuca się domyślny target: piwo za 6zł i frytki: to zjedzą studenci, za resztę zapłacą nie-stali bywalcy.

Po paru kolejnych królach przyszła pora na golonkę, muszę przyznać, że łamałem się miedzy świńską giczą, a karkówką z grilla. Wybór padł na golonę (19zł) i pieczone ziemniaki (5zł). Minus oczywiście za obowiązek domawiania zapychacza do głównego dania. Będę się powtarzał do usranej śmierci, że w cenę głównego dania zawsze powinien być wliczany komplet dodatków: sałata + zapychacz. Mięso, które wjechało na talerzu nie-amatorów golonki raczej mogło zgorszyć. Mimo iż pieczona w piwie – skórka miekką pozostała. Lekko szara skórka apetytu jej nie przydawała. Domowy, rózowy, peklowany homebrew jest apetyczniejszy. Jednak już sam smak mięsa rekompensował niezbyt apetyczny wygląd. Nie za tłusta, miękka, wyraźnie sprawiła przyjemność memu podniebieniu. Co prawda raczej daleko jej do standardu wyznaczonego przez karmelową z Wieprza, czy tę z Podwala, ale zła nie była. Za gwiazdę wieczoru uznałbym grilowane cycki maczka. Filet był smakowicie doprawiony i soczysty. Naprawdę miłe zaskoczenie, jak na tak dość pospolite, knajpiane danie.

Do pełni szczęścia brakowało mi degustacji smalcu, sałaty HJujhasa i deski „Ceprowni”. Jednak 24zł za sałatę z oscypkiem i boczkiem uważam za zdrową przesad. Podobnie deska… Z chęcią zobaczyłbym ją najpierw u kogoś na stole, bo jak na deskę mięs na dwie osoby to cena dość wygórowana na tle konkurencji.
Brakuje mi tu jakiegoś bardziej zdecydowanego charakteru. Psebrane kelnerecki, drewniane stolicki, solnicki i meni stylizowane na bacoskie jadło nie wystarcy pankocku hej!

Wszystko dobre, co się dobrze kończy i miejscówke opuścić musieliśmy o 23. Akurat zaraz po mojej SKMce i na godzinę przed kolejną. Coraz ciniej w naszym mazowieckim padole o knajpy „do ostatniego gościa”. Tak sądze po ostatnim złażeniu połowy Traktu Królewskiego. Chyba czas spieprzać na, lub brać przykład Rynku zDolnego Śląska. Mimo to, pani kelnerka okazała się miłą i uczynną osóbką, wyrozumiałą dla naszych pijackich ekscesów ;-) . Jak obsługa to i rachunek. I tu znów muszę chcę się doczepić do tzw. „serwisu doliczanego do rachunku powyżej sześciu osób”. Ja nie wiem kto odwiedza warszawskie jadłodajnie, ale chyba jakieś wyjątkowe buraki, które nie potrafią docenić dobrej obsługi przynajmniej 10% napiwkiem.

09/01/2007

Powrót do źródeł, czyli 7.5zł za litr browara

Filed under: Warszawa,swojskie — maliboo @ 22:44

Piwna Kompania, a.k.a. Podwale. Chyba najczęściej odwiedzany przeze mnie przybytek rozpusty kulinarnej. Poniekąd ze względu na poniedziałkowe promocje, kiedy to kuflowy litr piwny kosztuje jedyne 7.5zł, ale również ze względu na tutejsze piwo korzenne. Czy raczej pilsner/tyskie z dodatkiem soku korzennego, nie jakiegoś tam syropu z pięciolitrowego baniaka, tylko przypraw robionych na miejscu. Chociaż niestety ostatnio, czasami, potrafi z tym być różnie. Pomijając osoby, które z definicji nie lubią nic do piwa mieszać, reszta ludzi którym dane mi było pokazać smak „korzennego” była nim mile zaskoczona.

Trudno mi pisać coś o knajpie, która poniekąd znam bardzo dobrze. W pamięci mieszają się dobre chwile, kiedy to żarcie było bardzo dobre, z obecnymi, kiedy to porcje jakby bardziej cherlawe. Może nie tak jak typowy rentier ZUS-u, ale ostatnio widziana Ognista szpada z kurczaka to już nie to samo gabarytowo, co dostałem kiedyś, zaraz po wprowadzeniu tego dania do menu. Jeśli chodzi o koronne, moim zdaniem, żarcie, jest to Golonka z pieca (piszą dodatkowo, że jak w Bawarii). Co prawda raz się sromotnie rozczarowałem, gdy ta na stół wjechała nadto wysuszona, maczek rozczarował się dwukrotnie, kiedy to w ogóle jej nie dostał, ale samo danie powinno być przechowywane w Sèvres, jako wzorzec należycie przygotowanej świńskiej nogi. Za obronę niech posłuży fakt, że wyżej wymieniony maczek – zadeklarowany przeciwnik mięs nieprzetworzonych przez ostrza maszyny i wszelakich wstawek tłuszczowych w tychże – z przeciwnika „obleśnej golony” stał się jednym z piewców jej smaku w podwalskim wykonaniu. W przeciwieństwie do większości giczy podawanych w knajpach ta ma skórkę wydepilowana w iście pełnym brazylijskim stylu. Sama skórka to temat na osobne danie: ponacinana odpowiednio, chrupiąca niczym chipsy lays, w niczym nie przypomina EXistenZ-opodobnych galaretowatych tworów serwowanych w większości knajp. Zawsze przeżerając się nią poza wszelkie granice przyzwoitości obiecuje sobie, że następnym razem nie pozwolę sobie na taką orgię konsumpcji. Oczywiście nigdy obietnicy nie dotrzymuję.

Smalec na Podwalu jest chyba jednym z lepszych jakie mi podawano do piwa. Mimo, że jest to zwykły smalec, bez dodatków w stylu cebuli, smakuje mi on chyba lepiej, niż inne tuningowane cuda. Może to zasługa tego, że pieczywo podawane do niego (kajzerka, podłużna bułka z makiem i chleb ciemny) jest zwykle podgrzane? Tak czy owak do korzennego nie ma nic lepszego jak cieplutka polowa kajzerki przesmarowana bialym, dobrze smarowalnym smalcem z wsamraźnie wysmażonymi skwareczkami, które rozpływają się w ustach.

Ceny dań czasem potrafią zadziwić. Pomijając fakt, że porcje tu są na prawdę hojne, Sznycel z ćwiartką cytryny za 21zł (bez sałaty i frytek) nijak się ma do takiegoż samego w wydaniu dla dzieci za złotych, bodajże 11. Co prawda porcja mięsa jest prawie dwukrotnie mniejsza, ale za cenę dwóch takich mamy dużo więcej jedzenia.

Jeśli chodzi o obsługę jest naprawdę ok. Nie wypadałoby tu nie zostawić należnego napiwku, chociaż w karcie nikt mnie nie nagabywał wymiotnym sloganem „napiwek nie jest wliczony w cenę”. No pewnie, że nie jest! Napiwek jest moją ocena wystawianą obsłudze. Szkoda tylko, że czasem takiej samej oceny nie mogę wystawić właścicielowi restauracji, bo często z chęcią nie płaciłbym nawet połowy należności…

Older Posts »

Powered by WordPress