mali*ciouş

29/04/2009

Sushi w Amigos, czyli japończycy na Dzikim Zachodzie

Filed under: Warszawa,japońskie,texmex — Tagi: , , — maliboo @ 22:59

Japońskie żarcie w typowej knajpie tex-mex to chyba rzadkość. W końcu Warszawa kontrastami stoi. Dlatego na początku byłem zaskoczony tylko trochę, kiedy dowiedziałem się, że w jednej z lepszych warszawskich stekowni dają również sushi. Szefowa chwaliła, polecając tamtejszych sushimasterów, którzy przenieśli się bodajże ze Złych Tarasów z nieistniejącego już Sushi Baru w Promenadzie. Postanowiliśmy zatem zaryzykować, w końcu pomieszanie kultur wyszło dość strawnie w takim Sukiyaki Western Django.

Całe szczęście obrusy dla wrocławskiego jaśniepana Radzia nie są tu zbyt krochmalone i nie wystraszył się wizyty, jak to było w przypadku Bistro de Paris. Tym sposobem sześć dolnośląskich pośladków i moje dwa warszawskie zasiadły przy_jacielskim stoliku Amigos w Alejach Jerozolimskich 119. Skoro serwują tu mieszaną kuchnie, postanowiliśmy dostosować się do menu. Pieczone przystawki i z góry upatrzone zimne danie główne. Ten wybór był trudny, bo t-bone‘y i inne filety mignon kusiły. To co odstraszało w karcie to obowiązkowe 10% serwisu doliczanego bez względu na ilość osób. Ktoś jednak powinien pomyśleć o przepisach zobowiązujących restauratorów do podawania rzeczywistych cen w kartach.

Słowo się rzekło więc zostaliśmy przy sushi, po które tu przyszliśmy. A dokładnie przy „tytułowym” zestawie Amigos (110zł, 26 sztuk ryżu z rybą). Przystawki pozostały w duchu tego miejsca: spicy wings (pięć czy sześć sztuk, 24zł), potato skins (17zł) i śliwiki suszone zapiekane w boczku (16zł). Nie wiem jak to się dzieje, ale jeśli chodzi o skrzydełka to nigdzie jeszcze nie jadłem lepszych niż w Jeffsie na Polach Mokotowskich. Wygląda na to, że dobre pikantne skrzydełka to naprawdę rzadkość i sztuka. Ziemniaczki zdały egzamin, podobnie jak śliwki, podane ze sporą ilością warzywa wszelakiego. Chociaż jeśli mnie pamięć nie myli to najsmaczniejsze śliwki w boczku są na placu Piga.. podają w Sarmacji. Po spałaszowaniu części ciepłej przyszła pora na sushi. Tu lekki zgrzyt, bo dwa talerzyki były zabrudzone sosem sojowym. Zasuszonym sosem sojowym, albo inną pozostałością po poprzednim konsumencie. Ktoś na zmywaku powinien przejść kurs w stylu „zmywanie dla opornych”, ew. odbyć pracownicze badania kontrolne ze szczególnym uwzględnieniem wizyty okulistycznej.
Wymiana utensyliów poszła sprawnie i już po chwili mogliśmy „nadziać” na pałeczki (i widelce! ;-) EKHM!) kawałki maków. I to nie tylko tych tradycyjnych, w całości na zimno, ale również zasmażanych w tempurze (chyba). Dla nas było to pierwsze spotkanie z takim sushi-fużyn. Dla mnie wypadło wspaniale. Ze wszystkich kawałków te z pieczonym łososiem i krewetkami w cieście były najlepsze. Tradycjonalistka Kasia jednak z góry odrzuciła te „wynalazki” na rzecz staroświeckiego ryżu na zimno. Po poprzedniej porażce w sushi Satori to był prawdziwy powrót do korzeni. Łosoś z którym były podane „zwykłe” maki okazał się wyśmienity! Równie dobrze spisały się nigiri, chociaż tego z rybą maślaną nie udało mi się spróbować.

Nie wiem czy przez przypadek, czy może przez incydent z talerzykami, na koniec pałaszowania zjawił się kelner pytając czy „chociaż to sushi dobre zrobił ten sushimaster”. Oczywiście zrobił, zrobił i mam nadzieję, że nie dlatego zbierający naczynia „przyznał się” na końcu do popełnienia naszych ryżowych zawijasów ;-) Sushi z amigos w Amigos? Jeśli tylko będą trzymać poziom wykonania (i obniżą poziom cen), jak najbardziej. No, może przydałoby się małe szkolenie u krawca z tego nieszczęsnego cięcia maków ;>

08/03/2009

Satori. Sushi bar, cafe & fe.

Filed under: Warszawa,blah!,japońskie — maliboo @ 22:42

Spieprzyć sushi w domu to nie sztuka. Mnie udało się to ze dwa razy, Czarek wdraża to aktualnie, gotując drugą porcję ryżu w nadziei, że w końcu będzie biała. Natomiast żeby zepsuć to w restauracji (może tu: to trochę na wyrost), trzeba już niewątpliwie mieć pewne zdolności.

Nasz firmowy kriejtiw kriu ucieszył się z kolejnej susherni w okolicach ronda Wiatraczna na Pradze Południe. Szczególnie po poprzedniej porażce z pobliskim barem Nigiri. W którym to już pierwszego dnia działalności dostaliśmy chyba wczorajsze sushi. Przynajmniej smakowało jak z lodówki. Naprawdę trzeba mieć dar od niebios żeby w nowym lokalu podać żarcie, które smakuje dniem wczorajszym. Być może dlatego Satori sushi bar & cafe dostało szansę przeczekania kilku dni zanim je nawiedziliśmy. W końcu piątek to dobry dzień na rybę, jest po katolicku. Nota bene: dania dnia w rejonowych jadłodajniach też wtedy obfitują w mintajowe menu.

Mimo lunchowej pory bar praktycznie był pusty. Po wejściu czuć jeszcze świeżość miejsca, czy może lakieru z meblowego wyposażenia. Zajęliśmy stolik bliżej baru, który okazał się niezgorszym punktem obserwacyjnym. Po wstępnej rozmowie z kelnerem ustaliliśmy co następuje: menu typowo lunchowe, a więc ograniczone czasem i ceną jest tu planowane na koniec marca, a ceny w tym przybytku są „konkurencyjne”. Podejrzewam, że nasz garçon miał na myśli, iż są podobne jak u konkurencji, a nie wyjątkowo okazyjne.

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na miso (8zł) z tofu (+2 za serek = 10zł) i zestaw fukuori (89zł) na spółę. Po chwili na stole pojawiły się male miseczki z ciepłą, ale nie gorącą, zupą miso. Za tę cenę spodziewałbym się większej ilości, w Akashii większa micha stoi bo blaszek 5. Przy pierwszym zaczerpnięciu plastikowym czerpakiem wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie wiem czy tutejszy kucharz próbował kiedykolwiek tego co wychodzi spod jego rąk (i mam nadzieję, że tylko rąk!), ale tak słonego miso nie jadłem nigdy! Pasty w zupie było prawdopodobnie tyle co w innych suszerniach, ale jak można poskąpić zwykłej wody?! Z jednej strony porcja za mała, z drugiej ilościowo składników w niej nie brakowało. Powiedziałbym, że aż za dużo wszystkiego na taką wielkość naczynia. Możliwe, że próbowano na nas starego chwytu z Theme Parku, gdzie do frytek można było dosypywać soli, żeby ludzie kupowali więcej napojów. Ja nie skorzystałem i poprzestaliśmy na tym co było zamówione.

Przydługie oczekiwanie umiliła nam rozmowa na temat sushi i warszawskich susherni, podczas której mogliśmy zaobserwować scenę chwilowej konsternacji u sushimastera kucharza pana zawijającego ryż. Nie wiem czy wynikła ona z przypadkowego podsłyszenia naszych dywagacji, czy może jednak z tego jak Pan Zawijak wykonywał swoją robotę.
Na stół wjechały nasze zestawy. Cóż, gorzej pozwijanego i pokrojonego sushi w życiu nie widziałem. Tzn. widziałem. U siebie w domu przy okazji ostatniego pichcenia tego specjału. Tylko, że taki sposób przygotowania ze słowa specjał robi specjal..ną troskę. Troskę o to, żeby to co biorę między pałeczki nie rozpadło się zanim doniosę do ust, czy może prędzej do miseczki z sosem sojowym. Żadnego nigiri nie doniosłem w całości. Musiałem kawałki brać na raty niczym w Żaglu. Czarecki oczywiście prawił, że powinienem brać kawalki całą długością pałeczek, ale sushi to nie szydełkowanie, ani inna czynność wymagająca nieprzeciętnej sprawności nadgrastków.
Żałuję teraz, że nie zrobiłem zdjęcia tego jak były pokrojone nasze maki. Podejrzewam, że „kucharz” pracował uprzednio w piekarni, ponieważ końcówki ryżowego rulonika były przyciętne oszczędnie niczym przylepka chleba. Policzylem nawet czy nie była to jakaś porcja bonusowa w myśl zasady: „zostało to nie będę wyrzucać. Ale nie była… To co dostalismy okazało się pełnoprawnie liczonymi kawałkami zestawu! Jeśli nie ma się linijki w oku, to proponuję wyrezać sobie bezpośrednio na desce znaczniki. Odwrócone maki były zwinięte „jeszcze jak cię mogę”, ale luźny sposób w jaki były rolowane tradycyjne maki z serkiem philadelphia powodowały we mnie obawę, że zawartość zawijasa będzie mi wypadać niczym spadochroniarze w trakcie operacji Market Garden. Całe szczęście udało się. Ale tylko po to, żeby nastąpiło kolejne rozczarowanie. Ku mojemu zdziwieniu avocado chrupało równie dobrze jak ogórek! Dammit. Może ktoś tu powinien przejśc kurs z oceny dojrzałości warzyw i owoców? Ja wiem, że mamy kryzys i agenci nieruchomości przebranżowiają na taksówkarzy, jak miły pan wiozący mnie ostatnio do Ząbek. Ale żeby brali się za gotowanie?! Tego za wiele.

Niestety renomy tego miejsca nie ratuje naprawdę dobra krewetka w ebi nigiri, ani pyszna ryba maślana. Dużo mocniej w pamięci utkwił mi wściekło-różowy kolor tuńczyka. Tak idealny, że aż podejrzany. Prawdopodobnie ten kolor można bez trudu znaleźć w pantonie. Bóg mi świadkiem iż jestem w stanie zjeść podłe sushi (w końcu czasem sam je robię), ale podłe sushi powinno mieć podłą cenę. Conajmniej na poziomie zusowskich emerytur, a nie mieszczących się raczej w średniej krajowej.

Wracając do początku – Czarek wyrzucił właśnie kolejną porcję. Będzie robił sushi na zwykłej Britcie.

Uaktualnienie → Epilog

01/03/2009

Gdyby w Besuto było bardziej suto…

Filed under: Warszawa,japońskie — maliboo @ 23:13

…z pewnością byłaby to jedna z moich ulubionych suszerni. Mimo tego, że zeszłoponiedziałkowy wypad na surowe rybsko uważam za smaczne zaliczenie, to z perspektywy tygodnia nie jest juz tak różowo. Szczególnie, że doczytałem na gastronautach, że pałeczki są jednak wielorazowe. Oczywiście była to jedna z pierwszych rzeczy na którą zwróciła uwagę Kasia. Wydawało mi się wtedy, że to po prostu patyki na bogato, zmieniane są po każdym gościu. W końcu ceny jak na takie miejsce i lokalizację są na dobrym stolicznym poziomie. Jak na knajpę bez kibla.
Oczywiście nawet jesli takowy się tu znajduje, a z tripów po okolicznych pawilonach i ich piwnicach można się tego spodziewać, nie był w żaden sposób oznaczony.  Nie miałem potrzeby, nie pytałem, a wiadomo, że ignorancja jest błogosławieństwem. Więc: kibla nie było.

Ostatni (ach, te podwójne znaczenia) poniedziałek okazał się nad wyraz leniwiy. Kusiło sushi, zniechęcała perspektywa ruszenia tyłków gdzieś dalej. Oczywiście mogliśmy tego dnia wylądować w Akashii w Złych, ale kolejny, dobrze już znany, lunchbox nie przekonywał tak jak perspektywa nowych miejsc. Ruszyliśmy więc z powrotem na Nowy Świat, tym razem w znane zagłębie pawilonów, by zdeflorować językiem dość leciwą już suszarnię Besuto.

Nie wiem czy to moje szczęście, czy jednak kryzys, ale ostatnio gdzie się nie udam, to miejsce świeci pustkami. Casa to tu, Galeon, czy bieżące Besuto. Widocznie czas spotkań naszej-klasy się skończył i knajpy już nie mają takiego wzięcia. W każdym razie zasiedliśmy sobie w mikrym wnętrzu. Jednak spore lustro na ścianie dawało złudzenie dużo większej przestrzeni niż w rzeczywistości. Podjęcie menu to była praktycznie formalność, bo z góry nastawiliśmy się na zestaw Miko (89zł). Trzy zestawy bliźniaków nigiri: tuńczyk, maślana i łosoś, 6 sztuk małych maków z rybnym paluszkiem krabowym i 10 sztuk (futo?)maków. Doprawdy nie wiem jak zdolnemu matematykowi na stronie Besuto wyszły z tego 23 sztuki. Miłym akcentem tego popołudnia była promocja na gunkan maki z tatarem z łososia. Oczywiście nie wierzę w darmowy obiad, więc pewnie zapasy tej ryby niebezpiecznie zaczęły się zbliżać do końca terminu przydatności do spożycia. Jakkolwiek by nie było łosoś był smaczny. Przebił moim zdaniem nawet hojne maki z tuńczykiem, szparagami i pikantnym olejem sezamowym. Nota bene jego pikantność pozostała chyba w butelce w której był przechowywany. Nigiri z łososiem i tuńczykiem: bardzo dobre i równie dobrze złożone. Czasem ryba odpada od ryżowych paluszków już na talerzu.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się nie doczepił. Proponowany przez stronę „napój bezalkoholowy do wyboru gratis” nie został przez kelnerkę nawet zaproponowany. Naczynka na sos sojowy i podstawki pod sushi, mimo że fajnie wyglądają, to naprawdę kiepsko się sprawują w swoich rolach. Zbyt pretensjonalne, siłujące się na pseudoprymitywność. Zwykłe płaskie ceramiczne miseczki i deseczka na podstawkach naprawdę wystarczyłyby. W dodatku prowadzona przez obsługę i ich znajomych rozmowa na temat tego, że „to jasne, że dla siebie robi się lepiej” w obecności gości (nawet jeśli była ich tylko dwójka) jest jakoś nie na miejscu. Oczywiście, nie upieram się, że rozmówczyni racji nie miała. Miała, ale wolę myśleć, że obsługują mnie fachowcy lubiący swoją pracę i szanujący własnych gości na równi z tymi, którzy płacą.

Pewnie wpadnę tu jeszcze na maki z pieczonym łososiem, ale mimo wszystko uważam, że ceny nie przystają do lokalizacji. Tym bardziej iż na dzień dzisiejszy wg gastronautów mamy w Warszawie jakieś 86 restauracji trudniących się susheniem. Po pierwszym zachwycie surowym rybskiem pora moi wszyscy drodzy właściciele zejść trochę z cen, bo zawijanie ryżu, mimo iż jest dobrym interesem, nie jest wcale takie drogie.

Cztery w skali Beauforta

Filed under: Warszawa,fużyn,swojskie — maliboo @ 16:03

Kołysał nas zachodni wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą został.
I nagle ktoś jak papier zbladł:
Sztorm idzie, panie bosman!

Jako typowy szczur lądowy unikam grogu, szkorbutu i knajp z szantami. Jednak zaproponowany przez Kurę Galeon nie wyglądał jak typowa knajpa z rozśpiewanymi marynarzami i ich ubogimi krewnymi: żeglarzami z Mazur. Chociaż mając w pamięci otwarcie filmu „Trzeci”, to na tę ostatnią opcję mógłbym przystać. Pod warunkiem, że na pokładzie również będzie Szapołowska mojego pokolenia: Magda Cielecka (dzieci nie podglądają).

Nie wiedzieć czemu, pierwsze wrażenie jakie zrobiła na mnie ta knajpa, to celowanie w klientelę w wieku 40-50lat. Cóż w końcu człowiek ma tyle lat na ile się czuje. Zatem wpasowałem się idealnie.
Mimo, że na miejsce przybyliśmy dobry kwadrans przed rezerwacją obsługa nie robiła większych problemów. No może poza nadgorliwym panem ochroniarzem, który przemiłym tonem warszawskiego prażanina oznajmił kumplowi żeby ten zostawił plecak w szatni. Być może przemiły pan bał się, że wejdziemy z własnym pontonem, lub wyniesiemy ichnie kapoki?

Na temat wystroju nie ma się co rozpisywać. Kto był na Darze Pomorza, ten wie czego się spodziewać. No może jest tu trochę więcej miejsca niż na tej szkolnej łajbie. Już na wstępie ochoczo zobligowałem się do wspinaczki na takielunek. Obawiam się jednak, że ten był przymocowany równie trwale, jak życzliwe uśmiechy obsługi. Więc ostatecznie nie zaryzykowałem skrecęnia kostki. Chociaż na wygłupy przyzwalała atmosfera miejsca: mimo iż był piątek, sala w której siedzieliśmy była prawie pusta. No cóż kryzys panie.

Czekając na pozostałych zamówiliśmy trunek lądowych szczurów i programistów (żywiec 16zł/litr, 9zł/0.5), a do tego przystawkę w postaci chorizo duszonego w winie z trzema grzankami grzaneczkami (24zł). Bardzo dobre, ale to raczej sprawka masarza, nie kucharza. Oczywiście ilość miała się nijak do ceny. Jeśli jesteśmy przy przystawkach warto wspomnieć o ubogiej, aczkolwiek fajnie podanej porcji kęsków kurczaka w pikantnej panierce (16zł). Podlane zostały sosem czekoladowym i jakimś ostrym wynalazkiem. Kaszaną wieczoru okazał się tragiczny tatar z łososia (27zł). Zawsze mi się wydawało, że urok surowego mięsa polega na jego prostym smaku. A ten na pewno nie zostanie znaleziony wśród mieszaniny z cebulą w proporcji 1:1. Ryba to nie wołowina!

Gdy w głowie zaczynało już być słychać morza szum, ptaków śpiew przyszła pora na danie główne. Poza sporym rybnym wyborem znalazło się tu również miejsce na coś bardziej suchego za życia. Wybór padł na karkówkę z rusztu (27zł), kurczakową szpadę korsarza (34zł) i jagnięcinę pieczoną w ziołach z sosem baskijskim (51zł). Mając jeszcze w pamięci to co dostał krzepa w Tabace liczyłem na coś naprawdę godnego. Za wystawanie przed szereg zostałem upomniony, że pewnie znów dostanę spalone kostki. Jednak taka pomyłka jaką zaserwowano nam kiedyś w Banja Luce zdarza się chyba tylko raz na dekadę.
Rozczarowanie przyszło z innego frontu. Najgodniejszym okazał się talerz na którym zaserwowano moją owcę. Wielkością przypominał koło od malucha, a może nawet od dużego fiata. Na nim trzy ziemniaki opiekane w całości, trochę grillowanej papryki i czegoś co mogło być zdeptanym szparagiem. Pośród tego bogactwa warzyw, niczym mała, bezbronna owieczka na wielkiej ceramicznej polanie, krył się jagnięcy kotlecik. Na początku zacząłem szukać śladów sosu na brzegu talerza. Jednak nic nie wskazywało na to by reszta mięsa się ześlizgnęła kelnerowi z talerza. Tak miało być. Smak jak smak. Ziół w których, wedle opisu, była pieczona sztuka mięsa nie wyczułem. Sam kotlecik wyglądał bardziej jak rosołowe po ugotowaniu. W dodatku z tłustą wstawką.

Kurczak ze szpady bronił się dwoma sosami z którymi został podany. Chociaż po samej szpadzie zostały tylko przestrzeliny w kawałkach mięsa. Samo mięso wydało mi się mało słone i niebardzo doprawione. Podobny sos jak do kurczaka został podany do karkówki. Z tym, że tu już brakowało tego serowego (na czymś gorgonzolopodobnym), podany był tylko pomidorowy na bazie świeżych pomidorów i cebuli (o ile dobrze pamiętam). Ostatecznie wygrała karkówka, smakiem i ilością nie przebijająca jednak tego co można zjeść w Samych Swoich.

Najprzyjemniejsza część wieczoru przyszła jednak z rachunkiem. Kwitek, którego jeszcze nie zamówiliśmy, został dodatkowo przypomniany wybiciem szklanki przez obsługę. Znakomity przekaz wyjaśniający cel jego podania. Czas zapinać do domu drodzy klienci, jest piątek i chcemy już iść wracać! zdawał się śpiewać dźwięk dzwonka. Pijani bardziej swoim towarzystwem niż wypitym alkoholem (co jest oczywiście wierutną bzdurą i było zupełnie odwrotnie), sprawdziliśmy sumę i ochoczo przystąpiliśmy do zapłaty. Z całego siedmioosobowego towarzystwa nie znalazła się chyba ni jedna osoba, która byłaby w pełni zadowolona z obsługi, co też chcieliśmy „wyrazić” swoim gestem przy napiwku. Niestety tak to już bywa z dzisiejszymi kelnerami, którzy w swym zawodzie szukają jedynie łatwego zarobku. Doliczono nam bez pytania i co gorsza bez wcześniejszego ostrzeżenia „tradycyjne” 10% serwisu. W stanie lekko wskazującym nikt nie zwrócił na tę drobną pozycję. Zresztą po cóż to robić, jeśli holduje się zasadzie partnerskiej uczciwości.
Pozwoliłem sobie dziś zadzwonić do tego przybytku. Miły pan poinformował mnie jeszcze milszym głosem, że restauracja Galeon nie pobiera, ani nie wymaga żadnych dodatkowych opłat przy rezerwacji, czy od pewnej ilości osób. Zasada taka obowiązuje jedynie przy grupach, które z góry ustalają menu (swoją drogą to dziwne). Nie muszę wspominać, że nasze było wyborem chwili. W dodatku mój interlokutor zdziwiony był, że w Warszawie istnieją miejsca gdzie rezerwacja wymaga od klienta wpłacenia zaliczki, ustalenia menu, lub minimalnego rachunku na osobę. Ale zdarza się.

A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: – Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Cztery w skali Beauforta!

25/02/2009

Tapas tapping*

Filed under: Warszawa,hiszpańskie — maliboo @ 21:49

Warszawska SKM to prawdziwa wygoda dla tyłka. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu przeklinałem anus Warszawy jakim jest był Rembertów. Dzięki nie-tak-szybkiej, ale kursującej regularnie, kolei miejskiej awansowaliśmy do roli jelita grubego stolicy, przesuwając końcowy odcinek układu pokarmowego w stronę Ząbek (sory Endrju). Niecałe dwadzieścia minut jazdy i można się cieszyć klimatem Nowego Światu. To tu dom jadłodajny Gesslerowej ma swoją siedzibę. Nota bene España to tu również. Obydwie restauracje sąsiadują ze sobą. Piwnicą.

Jeden z wielu przepisów na kuchnia.tv zafiksował nas na chorizo. Dlatego wybór, praktycznie od razu, skończył się na paelli z pikantną kielbasą i kurczakiem (58zł – porcja dla dwóch osób). Co oczywiście musiało być poprzedzone dwudziestominutową medytacją nad menu. Całe szczęście oczekiwanie na główny talerz umiliły nam tytułowe tapas – drobne, aczkolwiek sycące przekąski w postaci Tapas con Embutidos (13zł) i Jamón con Melón (21zł). Na te z kolei czekaliśmy zajadając czekadełko w postaci bułki z sosem majonezowo czosnkowym (alioli). Wydaje mi się, że majonez mógł być własnej roboty, ale nie zdziwiłbym się jeśli walnęliby kielecki. Darmowa przekąska nie byłaby zła, gdyby bułeczki były cieplutkie (tak, mialo zabrzmiec perwersyjnie). Bo zaprawdę powiadam Wam, iż mieszanie starszego pieczywa ze świeżym nie jest dobrym pomysłem. Klient z kubeczkami smakowymi nie wyżartymi przez tytoń i alkohol wyczuje różnicę pomiędzy poprzedniodniową i świeżą bułą. Naprawdę.
Przekąski spisały się za to znakomicie. Cztery kanapeczki z chorizo i suszoną szynką dały radę. O wiele bardziej niż niedojrzały melon podany do suszonej jamón serrano. Jeśli chodzi o surowe szynki, to zdecydowanie wolę tą szwarcwaldzką. Po wygranej walce z przekąskami i szklanką balantajnsa (14zł, złota akurat wypiła wybyła) przyszedł czas na patelnię paelli. Dobra, chociaż może bardziej dzięki magii chorizo, niż rękom kucharza. Na pewno ciut lepsza od tego, co serwują we wrocławskiej Espanoli.

Wypadałoby napisać słowo o nastroju-wystroju. Bo, pomijając śmierdzący kibel, jest tam przytulnie. Do gustu przypadła mi minisalka w piwnicy. Dwa dwuosobowe stoliki, czerwone ściany, naprawdę nastrojowo. Niestety zostaliśmy usadzeni w zimnej przestrzeni na lewo od zejścia. Doskwierał tu trochę brak ogrzewania, a sączona na rozgrzewkę whisky sprawiła, że chciałem wydoić kartonową sylwetkę krowy usadowioną tuż nad kominkiem. Całe szczęście zostałem poinstruowany, że bydlę jest płci męskiej. A już w przedszkolu nauczyli mnie, że byki mleka nie dają. Chyba, że jest się pracownikiem stacji inseminacji ze sporą wyobraźnią.

W menu pozostało jeszcze pare kuszących pozycji, które niczym imienne zaproszenie ciągną z powrotem. Patatas bravas, czy polędwica owinięta suszona szynką  to solidne magnesy. Jednak ceny tapas: spiritus movens tego przybytku odstraszają. Lokalizacja zobowiązuje, ale nie dajmy się zwariować. Proste przekąski, w dodatku nie zwalające z nóg (w trakcie, ani parę godzin po jedzeniu), nie powinny kosztować więcej niż 80% aktualnej ceny. W końcu to żadna sztuka położyć na pieczywie kawałek mięsa garnirowanego… pietruszką.

* – tapping (verb). The act of sexual intercourse.

24/02/2009

Tłusto, ciasno, smacznie. Namaste.

Filed under: Warszawa,indyjskie — maliboo @ 23:14

Gdy Cię głód do ściany przyprze,
to dokładki się nie wyprzesz.

Well, hołdem dla Isabel wypadało zacząć. W końcu ta wyspiarska monarchia jest drugą matką dla sporej części indyjskich emigrantów, byłych poddanych Jej Królewskiej Mości. Polskich zresztą (niestety) również. Cała nadzieja w tym, że wiosna za miesiąc, więc może Kaziu zakocha się. Znów.

Wypadałoby zacząć jakiś tryptyk, kwarptyk, czy inny pierdyptyk na temat hinduskiego żarcia w Warszawie, chociaż gastronauci kłamią, że coś podobnego serwują we Wrocku. Pics or didn’t happend, póki co Warszawa rządzi jeśli chodzi o kosmopolityczną kuchnię. Krakusów poproszę o hejt w komciach;> Zbieram się do tego od czasu bliżej nieokreślonego, podobnie jak do swojej magisterki. I obawiam się, że prędzej przyjdzie mi obić bloga w twardą okładkę, niż swoją magisterkę.

Zaczęło się jak zwykle leniwie, zima rozleniwia. Miało być pięknie i romantycznie w (od dawna obiecywanym sobie) Rubikonie. Ale lenistwo wzięło górę. Nawet stek z tuńczyka nie był w stanie ruszyć naszych zgrabnych tyłeczków mojej zsiedziałej dupy na daleki Służew. Skończyło się więc na Złych Tarasach™, parze nowych dżinsów i wizycie na Nowogrodzkiej 15. Punjabski trip zaczęliśmy w sumie dzień wcześniej, kiedy próbowałem sprawić kurczaka biriani. Ryż nie wyszedł, sól nie weszła. Dlatego tym razem wolałem się zdać na łaskę fachowca, który wie jak chochlą zamieszać.

Z krótkich recenzji nastawiłem się już, że w Namaste India trzeba trochę poczekać, lokal jest mały i w ogóle to najlepiej wziąć na wynos, bo sztućce hołdują zasadzie plastik is fantastik. Ale zdecydowalismy się na partyzantkę pełną gęba. Całe szczęście pora był odpowiednia, bo trafił nam się wolny stolik. Jeden z dwóch, dwuosobowych stolików na całą knajpkę. Resztę przestrzeni wypełnia tu meblościanka pełniąca funkcję witryny – sklepowych półek z szerokim wyborem suszonych ziół i wszelakich masali. Oraz ryżu basmati, soków z mango, past do zębów, żelów na romantyzm reumatyzm i maści na szczury. Jeśli chodzi o zaopatrzenie na romantyczny, pijacki, szpanerski, tematyczny (niepotrzebne skreślić) wieczór, to ceny i wybór jest konkurencyjny. Zwykła asafetyda w porównaniu do Kuchni Świata (10zł) kosztuje tu 4 blaszki. Reszty przestrzeni dopełnia kontuar z rubensowską panią hinduską. Oczywiście najlepiej dogadywać się w uniwersalnym esperanto: angielskim, bo z językim Reja i Kochanowskiego może być trudno.

Wybór był prosty: kurczak (22zł) i krewetki (22zł). No i obowiązkowa parantha (5, czy coś) (wchodzi mi bardziej niż naan), do tego ryż z kminem indyjskim (jakoś 12?). Poczekać trzeba było, co przy torturach w postaci szerokiego wyboru przypraw na półkach (circa 5zł od sporej paczuszki) nie było łatwym zadaniem. Na koniec zresztą skapitulowaliśmy i zakupilismy małe, puchatkowe conieco na domowe pichcenie.

Wreszcie na stole pojawiły się plastikowe pojemniczki z sosami brzemiennymi w mięso kurczaka i ciała krewetek. Poczułem się prawie jak za studenckich czasów, kiedy to na placu Zbawiciela wcinałem z fabim i kaktusem kurczaka na gorącym półmisku u kultowego chińczyka.
Pierwsze rozczarowanie przyszło z aromatem paranthy. Była zbyt tłusta i pachniała słodkim jełczem ghi, lub tańszym popcornem o „aromacie masła”. Duży minus, który jednak został zneutralizowany przez delikatność kurczaka z nerkowcami i miło łechtającą podniebienie ostrością sosu, w którym taplały się krewetki tygrysie. Zadowolenie: 8. Jednak jeśli chodzi o tłustość sosów, to przydałaby im się sauna solution, albo inna liposukcja. Nadmiar tłuszczu wytrącał się niczym ładunek Exxon Valdez w 1989. Również ryż opływał w lipo-dostatki, co jest może dobrym rozwiązaniem przed wieczorem obficie zakrapianym etanolem, ale nie na strawną przekąskę w tygodniu.
Mimo nasycenia tłuszczami nasyconymi Namaste ma swoja magię. Magię, która doczekała się drugiej siedziby w uprzedniej lokalizacji Herbacianego Ogrodu na warszaskey starówce. Jednak przed Mandalą i Kathmandu, zapraszam i polecam tu właśnie.

01/02/2009

Tabaka w rogu

Filed under: Warszawa,bałkańskie,bułgarskie — maliboo @ 00:08

…rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Zupełnie przypadkowo wypadło, że w moje imieniny. Całe szczęście nikt nie pamiętał. Zawsze się czuję skrępowany życzeniami, chociaż nie zaprzeczam, że jest mi miło. Krzepa jęczał o Czerwonego Wieprza, ale Andrzej polecał przybytek na Szkolnej 2/4: Tawerna Tabaka. Dodatkowo recenzje na gastronautach zachęcają. Mocna trójka w medianie i czwórka od chenoi dają gwarancję zadowolenia. Lecz de gustibus etc. – trzeba było spróbować samemu.

Jadziemy z tym koksem.
Piątek godzina 18:30 to zły czas na rezerwacje. Po prostu nie da się już wysiedzieć w fabryce, szczególnie mając w pamięci smak i zapach bułgarskiej czubricy. W końcu ten drugi to najtrwalszy ze zmysłów. Dlatego wesoło wpadliśmy do przybytku zaraz po szóstej. Nasz stolik, całe szczęście stał już wolny. Niestety miejscówka nieco mniej szczęśliwa, bo na głównej trasie gastronomicznej realcji kuchnia – sala.

Tabaka często bywa porównywana z Banja Luką na Puławskiej. Jeśli chodzi o metraż to ta druga równać się nie ma co. Na Szkolnej miejsca nie brak. A i rozkład siedzisk jest odpowiedni. Do gustu przypadły mi miejscówki we wnękach. Jest taka czteroosobowa za koralikowym zwisem sufitowym, jednak i te więcejosobowe za przepierzeniami z wiklinowego barachła też są fajne. Wśród przaśnego wystroju, lamp rodem ze Sfinksa, da się miło spędzić czas. Chociaż wiadomym jest, że nie miejsce, a towarzystwo gwarantuje dobrą zabawę. Co nie zawsze jest prawdą oczywiście ;-)

Każda podróż zaczyna się od schodów, czy jakoś tak. Tymi akurat schodziliśmy w dół, po podjęciu kurtek w szatni (panie szatniarzu: piwo bez soku smakuje lepiej) zostaliśmy poczęstowani lampką czegoś gorącego. Jeśli miał być w tym alkohol, to z pewnością wyparował po zagotowaniu. W każdym razie słodki korzenny soczek „z czegoś” był miłym gestem na powitanie. Nie wspominałbym być może o tym, gdyby nie to, że milszych gestów potem również nie brakowało. Od wejścia, a ja już od środy, nastawiliśmy się na przystawkę w formie Midi sa wino, (mule duszone na maśle i białym winie z dodatkiem czosnku, cebuli i natki pietruszki – 29zł). Porcja akurat odpowiednia dla dwóch osób, tak żeby zachęcić żołądek do mięsnego najazdu za trzy kwadranse. Przed skorupiakami zostaliśmy poczęstowani wspominaną, reklamowaną, chwaloną, pyszną oliwą z ciepłym pieczywem. Jako czekadełko (a bułki z kosza jako wylizadełko do sosu z omułków) spisało się wspaniale. Oliwa zaprawiona octem balsamicznym i ostrą papryką w połączeniu ze świeżym pieczywem wymiatała. Od czasów Butelki nie jadłem tak dobrej przystawki z oliwą w roli głównej. I niech w tym miejscu się schowa nawet St. Antonio ze swoim ziołowym przysmakiem. Jest to rzecz dla której zjawię się w Tabace raz drugi, trzeci i być może czwarty! Same morskie śmiecie nie były już wstanie dorównać darmowej przystawce. Tu oczywiście moje zdanie i zdanie krzepy rozbiło się o fiordy gustów i guścików. Ja twierdziłem, że przesolone omułki są dużo gorsze niż w Szwejku, jemu cebulowa zaprawa smakowala bardziej. Jak dla mnie zbyt słabo podduszona cebula i za ciężki sos zabijały smak skorupianego ustrojstwa i całośś przypominała bardziej jajecznicę na maśle z cebulką, niż owoce morza.

Po porcji mięczaków, sącząc Carlsberga (8zł – ale czemu nie było Okocimia palonego?) wsłuchiwaliśmy się w dźwięk dzwoneczków noszonych przez panie kelnerki na najlepszej części ciała kobiety. Nadawały one (dzwoneczki, nie pupy) na dość wysokich częstotliwościach, przypominając trochę ultradźwiękowe odstraszacze psów. Całe szczęście był piątek, więc wszyscy ubrani byli bardziej casual, niż korporacyjnie.

Nasza cierpliwość została nagrodzona. Chociaż czekanie Radzia nieco wcześniej. Na stół wjechał zamówiony przez niego gigantyczny kawał jagnięcego udźca (69zł). Wedle słów pani kelnerki marynowany przez 3 dni w specjalnej zalewie. Do dostania ponoć tylko w piątki i soboty. Plotki tej nie potwierdzam, jednak coś takiego jak sezonowośc dań w restauracjach bardzo mnie nakręca. Fajnie dostać coś, czego nie można zjeść na codzień. Taki wybieg odświeża ustalony model biznesowy w postaci, przetartego i podniszczonego czasem, menu.

Czekając grzecznie na swojego steka z wołowiny (43zł) podżerałem biednemu krzepie z jego grillowej pateni, czy rondla, soczystą owieczkę. Oczywiście z reporterskiego obowiązku musiałem spróbować Kebabczeta Marcina (30zł) i Pile po turski, czyli pieczony kurczak w miodzie i balsamico z prażonym sezamem i orzechami (30zł) Andrzeja. Niestety kebapcze w wykonaniu Tabaki to kolejna po mulach niedoróbka. Owszem smaczne jako kotlety, ale to co daja w Nesebarze bije miejscowe paluchy z mielonego na głowę. Kurczak w miodzie, a głównie jego wielkość, nokautował. Mięso soczyste, niewysuszone i do tego słodki, miodowy posmak. Napisałbym, że trzeba się było dobrać również do orzeszków, ale zabrzmialoby to dość homo, lub zaleciało dowcipem o przemytnikach wiewiórek.
Wracajmy więc do mojej sztuki mięsa. Stek, wysmażony w kratkę, przyrządzony na medium był boski! Może nie następnym, ale na pewno kolejnym razem wezmę coś nawet mnej wysmażonego. Wołowina rozpływała się w ustach, co zostało potwierdzone wyborem zena, który wziął to samo. Z tą różnicą, że zamówił sałatkę szopską (7zł), której nie dostał. Co oczywiście nie przeszkodzilo tejże pojawić się na rachunku. Fajnie by było, gdyby obsługa dopilnowywała zgodności tego co dostają klienci z tym za co płacą. W końcu technika WYSIWYG znana jest nie od dziś.

Ostatecznie ten zgrzyt nie zniechęci mnie do ponownej wizyty w Tabace. Było dobrze, powiedziałbym, że nawet bardzo dobrze. Do tego stopnia, iż następnym razem skuszę się chyba na Hejdučki kotleti, czyli kotleciki jagnięce (44zł), po których został mi taki niesmak z Banja Luki. Uraczono nas tamże, a dokładniej Kasię, (wy)suszonym ścierwem wokół owczych kostek. Całe szczęście od czasu menu jagnięcego na Podwalu i wielu wizyt w hinduskich knajpach wyleczyłem się z traumy po tamtym dniu. Co warte wzmianki, to to, że od 10 osób doliczają tu 10% serwis. Ciekaw jestem, czy przy rezerwacjach powyżej tej ilości wymuszają ustalenie menu, niestety jak gdzieniegdzie. Strasznie bydlacki to zwyczaj, tłumaczony zwykle „jakością serwisu” i tym podobnymi bzdurami. Screw that! Myślę, że wolę poczekać na jedzenie 30 minut dłużej niż być zmuszonym tydzień w przód do jego wyboru!

25/01/2009

Jak rozpada sie S(t)finks

Filed under: Pierdoły,blah!,fast — maliboo @ 13:38

Trafiłem dziś na, może nie ciekawy, ale na pewno intrygujący artykuł. Wybiórcza w swoim Dużym Formacie publikuje wywiad z Morawskim, tym od Sphinxa i Tatiany. Chociaż nie. Chyba już ani od Sphinxa, ani Tatiany. W każdym razie, pieczarkowy baron płacze w nim, jak to dał się wykiwać AmRestowi (czyli tym od Pizzy Hut, KFC i Rodeo Drive).

Kłopoty kłopotami, ale kiedy przypominam sobie Sphinksa jeszcze z okolic 2003-4 roku, to pamiętam duże porcje, uczciwie napychającego żołądek jadła. Dwie pity dla każdego i dobrej, jak na fast-food, jakości mięso. To co było potem to równia pochyła pod szerokim kątem. Morawski wspomina w wywiadzie o kłopotach z przeinwestowaniem na sąsiednich rynkach, kłopotach podczas kręcenia lodów na randce z AmRestem… Ale czy to wszystko powinno dotykać nas: konsumentów?
Wspominam marne tagliatelle z borowikami i „polędwiczkami wieprzowymi”, które musieliśmy szukać z lupą. A ostatnio krzepcio opowiadał jak to zamówił „najlepszego” – przynajmniej wedle menu – steka Al Capone za całe 44zł. Na talerzu pojawiły się trzy cherlawe kawałki mięsa. Żeby nie było, to oficjalnie był to jeden kawałek połączony (niczym pępowiną) niestrawną żyłą. Nie pominę również tego, że zamówiony stek miał być medium-done, a to co dostarczono było po prostu osobistą interpretacją stopnia wysmażenia według kuchcika. W podobnej cenie na Podwalu dostaniemy coś za co naprawdę nie będzie się żałować pieniędzy.

Tak więc przy okazji lamentów panie Morawski, proponuję chociaż raz w miesiącu zjeść coś co serwują w Stinksie. Bo restauracja, to przede wszystkim jej klienci (i pracownicy), a nie papierkowe procenty w finansowej piramidzie przy Książęcej 4. Tym bardziej, iż wedle wywiadu stoi, że szykuje się kolejny biznes w branży gastronomicznej. Trzymam kciuki, by był jak najbliższy ideałów z początku Sphinksa.

18/01/2009

Pasta z kawą

Filed under: Warszawa,włoskie — maliboo @ 22:32

Co by dobrego nie mówić o praskich klimatach, warszawskim duchu i „krawaciarskim” rezerwacie jakim jest prawobrzeżna strona stolicy, jedno trzeba przyznać. Jest dużo bardziej zaniedbana, niż jej „lepsze” odbicie po lewej stronie lustra Wisły. Architektonicznie i szynkowo. Ok, mamy tu Saską Kępę ze swoim kulinarnym zagłębiem na czele którego stoi Passe Partout, mamy Villa Moldova, a nawet greckie Santorini. Niestety wobec ponad tysiąca knajp podanych na gastronautach, ledwie lichy procent promil znajduje się po praskiej stronie. Po trosze wynika to pewnie z mentalności rdzennie przyjezdnych „warsiawiaków”, którzy na słowo „Praga” starają się skryć w najbliższej stacji metra. Niczym na sygnał alarmu A-bombowego. Z tego wynika zapewne dość powolny proces rewitalizacji tych rejonów. W każdym razie „perełki”, które tu rezydują czasem trzeba wygrzebywać spośród niechlubnych „wieprzy”. Tak było z Knajpą Sami Swoi jak i PastaCafe. Pierwszy lokal, ze względu na sentyment, czeka od dawien dawna w kolejce po wenę. Pasta Cafe trafiła się niejako przez przypadek, podczas przeczesywania mapy restauracji w okolicy.

Lokalizacja miejsca, jak i godziny otwarcia (a la carte jest do 20:00), sugerowałaby rolę lokalnej lunchowni, niż jakiejś średniej restauracyjki. Niestety podobnie i ceny, których poziom jest o jakieś 3-5zł zawyżony. Bliskość wszelakich firm i urzędów implikuje obecność biurw, jak i młodszego pokolenia kapitalizmu, zbiegającego się tu niczym mieszkańcy sawanny do wodopoju. Wnętrze znajduje się w typowej praskiej kamienicy. Ok, może nie tak typowej, ponieważ fasada ma w miarę nowy (czyt. pewnie ciut młodszy niż 30-letni) tynk, zamiast poczerniałych, brunatnych cegieł. Z zewnątrz trzyma się to kupy.
Wejściówka jest dość skitrana i muszę przyznać, że za drugim razem niechcący minąłem nagły skręt w bramę z niedużym szyldem wieszczącym iż teraz i tu PastaCafe stoi otworem. Nad wystrojem wnętrza trudzić się raczej nikt nie musiał, ot tynkowane ściany, a na nich przeciętne zdjęcia z przeciętna modelką na tle praskich podwórek, starych zakładów i takietam. Na piętrze palarnia-piwiarnia z kanapami i mam wrażenie, że chciałbym tam zasiąść czasem ze szklanką czwartego, piątego bro w doborowym, bo dobranym towarzystwie. Chociaż czuję, że będzie to pewnie bliżej lipca, niż lutego…

Ale bynajmniej nie na piwo wyrywamy się na trójkwadransowy lunch z objęć ronda-które-rondem-nie-jest Wiatraczna. Pierwszy raz dane nam tu było spędzić czas na paście. Makaronie w sensie i dodam, że był to czas stracony. Wybraliśmy się pakietowym teamem z &rju i Czarkiem w nadziei iż odnajdziemy coś innego niż możemy zastać w starych, dobrych Samych Swoich u Sundmannów. Tego dnia gdy byliśmy tu pierwszy raz było dość tłoczno, więc przezornie zamówiliśmy jako przystawkę włoskie focaccia (8zł). Przybyły z pewnym takim opóźnieniem, jednak jak się okazało duuuużo wcześniej niż nieszczęsny makaron Andrzeja. Spód od pizzy z sosami nawet mi leżał, chociaż dużo bardziej smakował z sosem pomidorowym i oliwami stojącymi przy barze. Jak na mój gust oliwa z papryczkami chili była zbyt łagodna. Cóż to nie to samo co w śp. Butelce na Podwalu. Po długiej przerwie wkroczyły makarony: moje farfalle z kurczakiem (24zł czy coś) i szpinakiem i czarkowe kluchy z szynką parmeńską (24 chyba). Szpinaku mało, szynka za grubo pokrojona, nie było to nic wartego swojej ceny. Ani ilość ani jakość nie przystawała do (prze-)za-płaconych dwudziestu blaszek. Tym czasem w trakcie naszego pałaszowania Andrzej czekał cierpliwie. Z racji tego, że nie dostał jeszcze swojego talerze obaj z Czarkiem nie spieszyliśmy się zbytnio z pałaszowaniem, kątem-plując chwile konsumpcji. Gdzieś tak przy końcu, gdy makaron wyparował z talerza, tudzież był już zimny, dojechał talerz trzeci. Linguine (chyba), ze śmieciami z morza (27 czy coś). Zbyt rzadki sos i portowy nie zachwyciła chyba biednego Endrju, jak i mnie – tupeciarsko podżerającego mu z talerza porcjyjkę tryout. Smaku nie uratowal nawet – o zgrozo – parmezan podany do owoców morza (sic!). Widocznie w kuchni nie uznają wyjątków i dają ten ser – mordercę delikatnego smaku – do wszystkiego, jak leci. Chociaż pewnie żona Jacquesa Pépina uznałaby inaczej;) Taak, pierwsza wizyta nie wypadła szczęśliwie.

Starając się nie oceniać  PastyCafe po (o ironio!) pastach, postanowiliśmy wpaść tu drugi raz na pizzę. Całe szczęście, że mieliśmy takowe żelazne postanowienie, ponieważ tej wizyty w daniu dnia gościła sola z warzywami i ryżem (28zł). Jednak nie złamałem się, uznając że jak na typowy lunch, szeregowego pracownika jest to cena zbyt wygórowana. Zamówiliśmy więc pizze, chociaż Czarek, się wyłamał decydując się na jakąś sałatkę z cytrusami i krewetkami (28 chyba, ale głowy nie dam). Ja wziąłem placek ze szpinakiem, czosnkiem i sadzonym jajkiem (22zł), a Endrju tradycyjna pepperoni (20-coś, jak wszystko tu). Makaron Agaty, która zamówiła „mojego” kurczaka ze szpinkiem wydawał się jakby większy niż podczas ostatniej wizyty. Albo ja byłem głodniejszy czekając na zamówienie. Podana pizza miło mnie zaskoczyła, chociaż zaskoczyłaby milej gdybym dostał do niej sos (można dokupić za złotówkę), pepperoni okazała się dość przeciętnym plackiem, który bronił się jedynie mięsem i sosem na nim leżącym. Natomiast zamówiona sałatka to już osobna bajka. Już przy czytaniu menu wydawało mi się, że krewetki i pomarańcze coś raczej nie są ze sobą kompatybilne, tak jak zestawy lego. Co przyznał Cezary pałaszując zieleninę zagryzaną kawałkiem focaccia. Ostry smak cytrusów zagłuszył delikatność morskiego robactwa.

Cóż do typowych lunchowni, gdzie oczekuję obiadu za 15-18zł PastCafe nie należy, jednak pizza i cena piwa (7zł) są przystępne, jeśli brać pod uwagę miejsce jako before-party. Podejrzewam nawet, że trafienie z daniem dnia mogłoby dać dużą przyjemnośc podniebieniu. Lecz do tego trzebaby tu być gościem codziennym, nie niedzielnym jak w naszym przypadku. Oczywiście proza strawy jaką oferuje się w praskich okolicach jeszcze nie raz nas tu zaprowadzi, ale tęsknić też jakoś nie będę.

05/01/2009

St. Antonio: Solarium wliczone w cenę

Filed under: Warszawa,włoskie — maliboo @ 23:05

Pane e vino. Panem et circenses! Po włosku, chociaż bez pizzy. Ciepło, ale za oknem śnieg w niczem Italii nie przypominający. Tak wita styczniowe St. Antonio na swej zadaszonej werandzie, patiem tudzież zwanej, podgrzewanej przez baterię podwieszanych lamp podczerwonych, które robią za darmowe solarium.

Wybraliśmy się tu, bo po świętach, pieczonych boczkach, karkówce z piekarnika, ćwikłach, sałatkach warzywnych, karpiach w galarecie i smażonych, kapustach z grochem, makowcach, kluskach z makiem, rybach po grecku, śledziach z cebulą i tych w occie,  pierogach, racuchach, ciastach słodkich, mniej słodkich i piernikach przeżyć się już nie dało. A kolejna knajpa Jarczyńskiego kusiła od dawna. Tym bardziej, że Podwale spadło na psy i już tylko metr mułu dzieli je od Wooka. Od kiedy podnieśli w Piwnej Kompanii cenę smalcu, by go ostatecznie zlikwidować czuję, że jakiś kawałek mnie zniknął bezpowrotnie. Chociaż ciała przybyło. Ale do rzeczy…

Pierwszy raz zawitaliśmy tu honorową ekipą na steku (39zł), chociaż co poniektórym udało się zjeść kotleciki jagnięce, które niestety zostały wyparte przez cielęce odpowiedniki. Bez zmiany fotki w menu o zgrozo! Stek, porównywalny do tego co można zjeść na Starówce, bardziej wykazywał znamiona dorodniejszego krewnego z placu Konstytucji (czytaj, był lepszy niż na Podwalu i porównywalny do tego co u Szwejka dają). Tu mała uwaga do dzierżycieli przybytku: na tablicy przed wejściem nadal stoi iż stek ten we wtorki po 29zł podają, co wierutnym kłamstwem, zweryfikowanym i potwierdzonym przez kelnera jest. Swoja drogą nigdy mnie nie przestaną dziwić promocje, które nie różnią sie ni groszem złamanym od tego co stoi w menu. A ceny steków tych właśnie identycznymi są i we wtorki i środy i czwartki, et cetera, wbrew temu co podają na kartonie przytroczonym do płota. Nie wypada zapomnieć o przepysznej pomidorowej z owocami morza (21zł), wartej każdej ceny i ofiary.
MIłym akcentem jest wstępny pane, którym pasieni są goście przed podaniem dania głównego. Chleb, wypiekany ponoć na miejscu, podawany jest w stanie ciepłym wraz z ziołami i oliwą na talarzyku, jako czekadełko przed zamówionym daniem. Wraz z druga wizytą nastawiłem się na wspomniane wcześniej kotleciki jagnięce, które tak tajemniczo zniknęły z menu…

Głód jagnięciny spowodował, że ostatniej wizycie wybór padł na gicz jagnięcą (39zł). Dokladnie tę, która jest duszona w rosole z pieczonym ziemniakiem i papryką nadziewaną kruchymi warzywami podana. Kasia wybrała stek z łososia (36zł) z warzywami i ryżem. Ryba, rybą, ale ponoć ryż był pierwszorzędny. Natomiast giczy wiele zarzucić nie można. Owszem, smak bliższy był golonce (tej szlachetniejszej), niż małej, zarżniętej owieczce. Mimo to pałaszowało się miło. Szczególnie zapiekana papryka z warzywami smakowała wybornie. Przynajmniej z wierzchu, który gościł bliżej żarnika pieca w którym była zapiekana. Blondi wzięła makaron z owocami morza (26zł), którego pokonać nie zdołała. Niestety nie próbowałem tego wyjątkowo;), więc wypowiadać się nie będę. Wyglądało to na pewno smaczniej i było tego więcej niż to co dostał dziś Endrju w Pasta Cafe za blaszek dwadzieścia pięć bodajże. I zaserwowane było bez parmezanowej sugestii w postaci posypki, którą raczyć wszystkich w makaronowej kawiarni na Pradze łaszczą.

Święty Antoni kusi jeszcze swymi borowikami z płatkami polędwicy z makaronem do wyboru podanym, omletami wychwalanymi w menu i cielęcymi kotlecikami z jagnięcych przerobinymi. Wpaść tu nie problem, od metra blisko, piwo dobrą ceną stoi (7zł), a i w newsletterze krabami kuszą. Od czasu pałaszowania skorupiaka w Cannes nie potrafię odżałować tego, że w Polsce nie da się dostać tak dobrych stawonogów jak na kocim dazurze.

« Newer PostsOlder Posts »

Powered by WordPress