mali*ciouş

06/01/2010

Planet Sushi – sushi nie z tej planety…

Filed under: Wrocław,blah!,japońskie — Tagi: , — maliboo @ 00:03

Wrocław. Wspaniały Rynek wraz z okolicznymi klubami, porypana sygnalizacja świetlna, brak IMAXa i tragiczne sushi. Tego dnia mieliśmy się wybrać do Sakany, jednak ponownie odstraszył nas uporczywie serwowany sushi bar, bez stolików. Czasy, kiedy bawiła mnie kolejka elektryczna i jej wodna odmiana w postaci łódeczek z sushi bezpowrotnie minęły. Nad łowienie ryżowo-rybnych kąsków przedkładam sobie towarzystwo osoby siedzącej na przeciwko. Dlatego wycofaliśmy się z powrotem do Rynku. Brnąc przez włoski zakątek Wrocławia przyklejony do ulicy Więziennej dotarliśmy do Planet Sushi. Jej opinie na gastronautach nie wyglądały zniechęcająco, więc powiedzenie, że postanowiliśmy „zaryzykować” byłoby nadużyciem. Głównie czas oczekiwania… Poczekać kilkadziesiąt minut na dobrą rybkę to nie wysiłek. Tym bardziej, że na bezrobociu czasu mam pod dostatkiem. W końcu nawet w domu zwinięcie paru rolek ryżu z wodorostem nie zajmuje dłużej niz dwie godziny. Wliczając w to gotowanie ryżu.

Zajęliśmy sobie miejsca na pierwszym piętrze dwupoziomowej kamienicy sushowej planety. Intymnie i z dala od parterowego ruchu, gdzie znajduje się  stanowisko sushi masterów i wejście do restauracji. A biorąc pod uwagę porę roku – jest cieplej. Jak się okazało nie tylko dla ciała, ale również i dla portfela. We wtorek – w dniu naszej wizyty – obowiązuje tu promocja minus 50% mniej na dania gorące. Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej okazji. Krzepcio ma tu swoja teorię na temat moich semickich korzeni (zwłaszcza kiedy się nie ogolę), jednak spuszczę na nią zasłonę milczenia.
Po zamówieniu dwóch drinków: Long Island (18z ł) i Japanese Bug (17zł) zdecydowaliśmy się na ciepłe dania w postaci tuńczyka Maguro Cośtam (49zł) i ostre krewetki Paprika Ebi (29zł). Po 25-30 minutach okazało się jednak, że tenże się skończył. Jak się okazało, potem na podanym sushi jednak jeszcze się trzymał… A może po prostu był za drogi na wtorkowy upust? Drugi strzał padł więc na Toro Sake (35zł) – łososia z małżami św. Jakuba i krewetkami. No i oczywiście cel tego wieczoru: sushi – w postaci firmowego zestawu Kirishima (50zł) oraz dodatkowej batalii maków: Sake Maki (19zł).
Powoli sącząc drinki, po blisko, godzinie doczekaliśmy się na moje krewetki. Trochę mnie tu zaskoczyła dolnośląska gwara – w krótej szumnie brzmiąca rukola wygląda i smakuje jak szpinak, a grzyby shitake to zwykłe smażone pieczarki. Ilość krewetek i dość tłusty sos pomidorowy w jakim były umaziane przekonała mnie jednak. W końcu od rana nic nie jadłem, a było już zdrowo po godzinie 16. Spałaszowałem więc małe skorupiaki przy pomocy najbardziej lichych pałeczek jakimi dane mi było operować i pierwszy głód został zaspokojony. Mój. Ponieważ Kasia na swojego łososia musiała poczekać jeszcze kilkadziesiąt kolejnych minut.

W tak zwanym międzyczasie było nam dane poobserwować tutejszą klientelę. Równie co my poirytowaną fatalnym czasem obsługi. Chociaż do samych kelnerek zarzutu mieć nie mogliśmy, to kuchenne uwijanie przypominało bardziej muchy w smole niż kuchnię Gordona Ramsey’a. Para przy ścianie w rogu, przed nami, po długim czasie oczekiwania zdecydowała się wziąć tutejszy wyrób na wynos (pomyłka – bo, uprzedzając fakty, nie mogli reklamować). A czwórka miłych młodych ludzi w przeciwległym rogu, lekko poirytowana, zdawała się przedwcześnie wyjść tego wieczora. Do końca realizacji zamówienia zdaje się, wytrwaliśmy tylko my i młoda dziewczyna obok. Opuszczona przez zniecierpliwioną koleżankę w pośpiechu zjadała widelcem spóźnione sushi i również poprosiła o rachunek.

Muszę jednak przyznać, że oczekiwanie na rybę sprawiło mi wiele radości. Szczególnie wtedy, gdy zainteresowałem się naściennymi ozdobami. Niestety moja ciekawośc okazała się mocniejsza niż zaczepienie tychże. Co zaowocowało widowiskowym spadem całego rozwijanego ustrojstwa w stylu japońskim. Bardziej najedzony wstydem, niż dotychczasowym serwisem, czemprędzej powiesiłem tałatajstwo z powrotem na swoim miejscu. Oczywiście natychmiast sprowadziłem tym na siebie uwagę calej sali. W jednej chwili przeleciało mi moje. nie-tak-krótkie życie. przed oczami i przypomniałem sobie identyczne zdarzenie na własnej studniówce, kiedy to zaraz przy mnie (i jeśli dobrze pamiętam Asi Sz.) spadała wysoka, papierowa ozdoba doczepiona do drabinek w sali gimnastycznej. Dodatkowo w całym tym kipiszu nie zauważyłem, że swym tyłkiem smakosza odpycham fotel na tyle, że choinka stojąca za mną, ustawiła się w niebezpiecznym pochyleniu. Jednak kolejna tragedia nie doszła do skutku – bożonarodzeniowy krzaczek pozostał-stał na swoim miejscu.

Chwilę przed, czy chwilę po opisywanym zamieszaniu na stole pojawił się długo wyczekiwany łosoś. Szkoda, że obsługa nie zapytała wcześniej jak ma być wysmażony. To co zjawiło się na talerzu nie było tartacznym wiórem, ale dla mnie i Katarzyny mogło leżeć na ogniu dużo krócej. Jednak nie stan denaturacji białka ryby wzbudził moje obiekcje. A raczej sposób podania. W menu jak byk stało, iż ryba będzie podana z małżami św. Jakuba i krewetkami. Natomiast to co pojawiło się na talerzu przypominało bardziej moje krewetki z pieczarkami w pomidorowym sosie. Tylko bez niego. Zacząłem zachodzić w głowę – czy wszystko na ciepło podają tu z tym hodowlanym grzybem? Po zgłoszeniu obiekcji u pani Martyny, która nas obsługiwała, na stole pojawiły się szybko dwie krewetki i dwa jakubowe mięczaki. Naturalnie w towarzystwie przeprosin i tłumaczeń doprawionych winą i zapomnieniem przygotowującego ich kucharza. Niestety „bonusowy” dodatek okazał się zwykłym, zbeszczeszczonym planktonem panierowanym w „czymś”. Dodatkowo smażenie na zbyt głębokim tłuszczu spowodowało, że cały smak pozostał zapewne na dnie naczynia w którym martwe ciałka frutti di mare były frytowane.

Koniec końców nasze oczekiwanie zostało zwieńczone podaniem sushi. Upragnionych kawałków ryby, na które czekaliśmy od blisko trzech godzin (SIC!). Pierwsze na stole wylądowały porcje sake maki, które okazały się być zjadliwe. Mógłbym się przyczepić do ryżu, który smakował tak jakby leżał w tym zestawie od rana, ale ogólnie nie było to złe. Oczywiście na gorsze przyszła pora. Wraz z zestawem Kirishima na stole pojawiła istna sushi-Hiroshima.

Zestaw składający się głównie z nigiri (i dwóch gunkan-maki) okazał się być tragiczną pomyłką. Nierówne, zarówno pod względem kształtu jak i smaku, oraz jakości kawałki ryby wylądowały przed nami na okrągłej misce. W naczyniu, które wolałbym by gościło hiszpańska paellę, pojawiły się rozmiękłe gunkan-maki, oraz ledwostrawne nigiri. Jeśli chodzi o te drugie, to w naszym zestawie pojawiły się dwie sztuki: jedna z pomarańczową ikrą, a druga z łososiem udekorowanym ptasią kupą. Prawdopodobnie – tak jak guano – wygląda zleżały, japoński majonez. Z czasem ciemnieje, przybierając barwę brązu (który tak lubią dziewczyny). Jeśli chodzi o nigiri, to pomijając zjadliwego łososia resztę, oprócz kalmara pominę milczeniem. Głowonoga nie daruję, gdyż musiałem go wypluć w chusteczkę. W smaku był zleżało-mocno-rybny, a pod językiem sprawiał wrażenie śliskiego niczym Olejniczak w telewizji. Całe szczęście dodatkowo zamówione tyskie (8zł) zdołało przepłukać niesmak spowodowany ostatnim kęsem.

Nasze zdegustowanie degustacją serwowanego przez Planet Sushi jedzenia zostało podsumowane wspólną odpowiedzią na pytanie pani kelnerki przy wystawioeniu rachunku:
- Smakowało?
- Nie!
Niestety późniejsza reakcja managmentu Planet sushi była bardziej żałosna niż nasza odpowiedź. Na moją propozycję rekompensaty straconego czasu (blisko trzy godziny!) i jakości jedzonego posiłku otrzymaliśmy odpowiedź: może jakaś darmowa kawa lub herbata? Niestety na taki asumpt musieliśmy zareagować odmową. Naprawdę serce mi się krajało na myśl o tym, że pani manager Planet Sushi mogłaby odjąć sobie od ust pitą kawusię, by oddać nam i  zrekompensować nam niesmak pozostały po konsumpcji tutejszych „specjałów”. Zapłaciliśmy więc rachunek i w milczeniu udaliśmy się do wyjścia. Mam nadzieję ku Nowemu Wspaniałemu Światu. Planet Sushi, jak dla mnie, leży w zbyt odległej galaktyce…

06/05/2009

Satori sushi – epi.log

Filed under: Warszawa,japońskie — Tagi: , , , — maliboo @ 23:05

Niespodziewana lawina komentarzy pod wpisem o Satori Sushi na Wiatracznej zmusiła nas do ponownej wizyty. Ok, może nie tyle lawina, co propozycja Sizara, żeby dać temu przybytkowi drugą szansę. W końcu grono stałych bywalców nie powinno się mylić. Tym bardziej, że wzmożone zainteresowanie wystawało ponad przeciętność.

Udaliśmy się na miejsce ekipą prawie w tym samym składzie. Czarusia juniora zastąpił jeno Jędrek. Młody wymiękł już po pierwszej wizycie. Po trosze tłumaczył się awersem do ryżu i ryby, po przepełnieniu, którego doznał podczas otwarcia The Place Sushi na Nowym Świecie. Swoją drogą trochę dziwią mnie tak niepochlebne opinie, jak na knajpę kogoś, kto maczał palce w Maestrii, Tomo, czy Sakanie. Ale wracając do Satori i uprzedzając fakty – oświecenia znów nie było.

Tym razem wybraliśmy sobie inny czteroosobowy stół – na przeciwko wejścia. Ciekawostką jest, że ustawienie stolików wydało mi się dziwnie podobne do tego, które było za pierwszym razem. Ale cóż – mam już swoje lata, pamięć nie ta, więc upierać się nie będę. Dość tego, że nasz poprzedni stolik stał w tym samym miejscu niczym dąb Bartek. Zasiedliśmy w czwórkę przy, … „czteroosobowym” stanowisku konsumpcyjnym sąsiadującym ze szklaną ścianką. Niestety stół okazał się być jakąś dziwną pochodną miejscówek dwuosobowych, na co Zofia narzekała do końca wizyty musząc trzymać między swymi naturalnymi nogami tę trzecią – od stołu. Oczywiście żaden z nas nie wykazał się odrobiną dżentelmeństwa i nie zamienił swojego miejsca z koleżanką. Nie można wymagać znajomości savoir-vivre’u od prostych flash-developerów. Mnie osobiście stolik odpowiadał w 100%!

Po wymoszczeniu tyłeczków na krzesłach przeszliśmy do zamówienia. To skomplikowane nie było: 2 x zestaw Kirado (66zł), miso z rybą (12zł) i raz zwykła dla Czarka (8zł), bo tofu zabrakło. Trochę mnie to zdziwiło, bo brak tofu w japońskiej restauracji susherni to prawie jak brak wyborowej w monopolowym, czy brak bigosu na Boże Narodzenie. Muszę tu przyznać, że zupę zamówiłem ze zwykłego wyrafinowania – chciałem sprawdzić czy będzie tak samo słone jak poprzednim razem.
Jednak zanim miso została przyniesiona zaserwowano nam „podgrzewane ręczniczki”, czyli kawałki szmatki z ligninopodobnego materiału, dokładnie takie jak dają w Besuto, tylko na ciepło (tam chyba były chłodne). Cztery kawałki ścierki wesoło wylądowały na naszym stoliku i pozostały tak aż do końca konsumpcji (SIC!). niestety żadne z nas nie jadło palcami, by wykorzystać je raz jeszcze po skończonym posiłku.

Po otarciu łapek wyżej opisanymi szmatkami nastąpiła niespodzianka. Jako przystawkę zaserwowano nam coś w rodzaju mizerii tyle, że na ostro. Ogórek, sałata i drobinki ostrej papryczki w zalewie przypominającej słodką śmietanę, a wszystko posypane sezamem. Żałowałem nawet, że porcja była mała, bo jak nie przepadam za ogórami w śmietanie, to te przypadły mi do gustu. Następnie nasza młoda i urocza kelnerka (niestety jej imienia poznać nam nie było dane) wniosła zamówione zupki. Tym razem miso nie było tak słone vel esencjonalne jak poprzednim. Chociaż nadal nie był to dobry standard, chociażby z Akashi. Porcja za mała jak na tę cenę. A ja mimo wszystko nie mogę przyzwyczaić się do miso nafaszerowanego na wpół surową marchewką. Chociaż rybka, pływająca w nim, była dobra. Dwa rodzaje: łosoś i jakaś biała (maślana?).

Po zupce na stoliku zawitało danie główne – zestaw składający się z 26 sztuk sushi. Co należy docenić – tym razem pokrojone naprawdę równo! Najprostsze maki były z ogórkiem i marynowaną rzodkwią, do tego 6 maków z tuńczykiem i mango (które w jednym kawalku wydawalo mi się dość kwaśne), 8 sztuk kalifornijskich zawijasów z krabem, ogórkiem i avocado (w końcu było miękkie!) i cztery balaski nigiri z łososiem i maślaną. Jeśli chodzi o łososia to mimo tego, że był już wtorek nie wydał mi się pierwszej świeżości. Ale zjadłem go ze smakiem (znów jeden z nigiri mi się rozpadł, Andrzejowi również). Ryba maślana dała radę, ale zwykle daje. To chyba jedna z najbardziej tolerancyjnych ryb jeśli chodzi o przechowywanie. To co przykuło moją uwagę, to ryż. Ten w małych maczkach wydawał się być inny niż reszta (wcześniej/później przygotowany?). Jednakże każdy z nich za bardzo kleił się do zębów. Faktura przeciętego ziarna wydała mi się zbyt szklista w środku, w stosunku do obrzeża ryżu. Możliwe, że stąd brała się nadmierna lepkość i gumowatość. Jednak muszę przyznać, że ponowna wizyta wypadła lepiej niż pierwsze zderzenie z Satori Sushi.

Jeśli chodzi o mnie, to mimo niewątpliwie dogodnej lokalizacji, raczej będę witał na lewym brzegu Warszawy. W czymś bliższym memu sercu, a przede wszystkim żołądkowi. Jednakże załodze Satori Sushi trzeba przyznać honory za pewne podniesienie jakości w stosunku do stanu z początku marca. Myślę, że jeszcze parę konstruktywno-krytycznych wpisów i wyciągną należyte wnioski wychodząc na prostą. Wszakże prawdziwa cnota krytyk się nie boi;P Ja jednak na rybkę będę jeżdził przez most.

29/04/2009

Sushi w Amigos, czyli japończycy na Dzikim Zachodzie

Filed under: Warszawa,japońskie,texmex — Tagi: , , — maliboo @ 22:59

Japońskie żarcie w typowej knajpie tex-mex to chyba rzadkość. W końcu Warszawa kontrastami stoi. Dlatego na początku byłem zaskoczony tylko trochę, kiedy dowiedziałem się, że w jednej z lepszych warszawskich stekowni dają również sushi. Szefowa chwaliła, polecając tamtejszych sushimasterów, którzy przenieśli się bodajże ze Złych Tarasów z nieistniejącego już Sushi Baru w Promenadzie. Postanowiliśmy zatem zaryzykować, w końcu pomieszanie kultur wyszło dość strawnie w takim Sukiyaki Western Django.

Całe szczęście obrusy dla wrocławskiego jaśniepana Radzia nie są tu zbyt krochmalone i nie wystraszył się wizyty, jak to było w przypadku Bistro de Paris. Tym sposobem sześć dolnośląskich pośladków i moje dwa warszawskie zasiadły przy_jacielskim stoliku Amigos w Alejach Jerozolimskich 119. Skoro serwują tu mieszaną kuchnie, postanowiliśmy dostosować się do menu. Pieczone przystawki i z góry upatrzone zimne danie główne. Ten wybór był trudny, bo t-bone‘y i inne filety mignon kusiły. To co odstraszało w karcie to obowiązkowe 10% serwisu doliczanego bez względu na ilość osób. Ktoś jednak powinien pomyśleć o przepisach zobowiązujących restauratorów do podawania rzeczywistych cen w kartach.

Słowo się rzekło więc zostaliśmy przy sushi, po które tu przyszliśmy. A dokładnie przy „tytułowym” zestawie Amigos (110zł, 26 sztuk ryżu z rybą). Przystawki pozostały w duchu tego miejsca: spicy wings (pięć czy sześć sztuk, 24zł), potato skins (17zł) i śliwiki suszone zapiekane w boczku (16zł). Nie wiem jak to się dzieje, ale jeśli chodzi o skrzydełka to nigdzie jeszcze nie jadłem lepszych niż w Jeffsie na Polach Mokotowskich. Wygląda na to, że dobre pikantne skrzydełka to naprawdę rzadkość i sztuka. Ziemniaczki zdały egzamin, podobnie jak śliwki, podane ze sporą ilością warzywa wszelakiego. Chociaż jeśli mnie pamięć nie myli to najsmaczniejsze śliwki w boczku są na placu Piga.. podają w Sarmacji. Po spałaszowaniu części ciepłej przyszła pora na sushi. Tu lekki zgrzyt, bo dwa talerzyki były zabrudzone sosem sojowym. Zasuszonym sosem sojowym, albo inną pozostałością po poprzednim konsumencie. Ktoś na zmywaku powinien przejść kurs w stylu „zmywanie dla opornych”, ew. odbyć pracownicze badania kontrolne ze szczególnym uwzględnieniem wizyty okulistycznej.
Wymiana utensyliów poszła sprawnie i już po chwili mogliśmy „nadziać” na pałeczki (i widelce! ;-) EKHM!) kawałki maków. I to nie tylko tych tradycyjnych, w całości na zimno, ale również zasmażanych w tempurze (chyba). Dla nas było to pierwsze spotkanie z takim sushi-fużyn. Dla mnie wypadło wspaniale. Ze wszystkich kawałków te z pieczonym łososiem i krewetkami w cieście były najlepsze. Tradycjonalistka Kasia jednak z góry odrzuciła te „wynalazki” na rzecz staroświeckiego ryżu na zimno. Po poprzedniej porażce w sushi Satori to był prawdziwy powrót do korzeni. Łosoś z którym były podane „zwykłe” maki okazał się wyśmienity! Równie dobrze spisały się nigiri, chociaż tego z rybą maślaną nie udało mi się spróbować.

Nie wiem czy przez przypadek, czy może przez incydent z talerzykami, na koniec pałaszowania zjawił się kelner pytając czy „chociaż to sushi dobre zrobił ten sushimaster”. Oczywiście zrobił, zrobił i mam nadzieję, że nie dlatego zbierający naczynia „przyznał się” na końcu do popełnienia naszych ryżowych zawijasów ;-) Sushi z amigos w Amigos? Jeśli tylko będą trzymać poziom wykonania (i obniżą poziom cen), jak najbardziej. No, może przydałoby się małe szkolenie u krawca z tego nieszczęsnego cięcia maków ;>

08/03/2009

Satori. Sushi bar, cafe & fe.

Filed under: Warszawa,blah!,japońskie — maliboo @ 22:42

Spieprzyć sushi w domu to nie sztuka. Mnie udało się to ze dwa razy, Czarek wdraża to aktualnie, gotując drugą porcję ryżu w nadziei, że w końcu będzie biała. Natomiast żeby zepsuć to w restauracji (może tu: to trochę na wyrost), trzeba już niewątpliwie mieć pewne zdolności.

Nasz firmowy kriejtiw kriu ucieszył się z kolejnej susherni w okolicach ronda Wiatraczna na Pradze Południe. Szczególnie po poprzedniej porażce z pobliskim barem Nigiri. W którym to już pierwszego dnia działalności dostaliśmy chyba wczorajsze sushi. Przynajmniej smakowało jak z lodówki. Naprawdę trzeba mieć dar od niebios żeby w nowym lokalu podać żarcie, które smakuje dniem wczorajszym. Być może dlatego Satori sushi bar & cafe dostało szansę przeczekania kilku dni zanim je nawiedziliśmy. W końcu piątek to dobry dzień na rybę, jest po katolicku. Nota bene: dania dnia w rejonowych jadłodajniach też wtedy obfitują w mintajowe menu.

Mimo lunchowej pory bar praktycznie był pusty. Po wejściu czuć jeszcze świeżość miejsca, czy może lakieru z meblowego wyposażenia. Zajęliśmy stolik bliżej baru, który okazał się niezgorszym punktem obserwacyjnym. Po wstępnej rozmowie z kelnerem ustaliliśmy co następuje: menu typowo lunchowe, a więc ograniczone czasem i ceną jest tu planowane na koniec marca, a ceny w tym przybytku są „konkurencyjne”. Podejrzewam, że nasz garçon miał na myśli, iż są podobne jak u konkurencji, a nie wyjątkowo okazyjne.

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na miso (8zł) z tofu (+2 za serek = 10zł) i zestaw fukuori (89zł) na spółę. Po chwili na stole pojawiły się male miseczki z ciepłą, ale nie gorącą, zupą miso. Za tę cenę spodziewałbym się większej ilości, w Akashii większa micha stoi bo blaszek 5. Przy pierwszym zaczerpnięciu plastikowym czerpakiem wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie wiem czy tutejszy kucharz próbował kiedykolwiek tego co wychodzi spod jego rąk (i mam nadzieję, że tylko rąk!), ale tak słonego miso nie jadłem nigdy! Pasty w zupie było prawdopodobnie tyle co w innych suszerniach, ale jak można poskąpić zwykłej wody?! Z jednej strony porcja za mała, z drugiej ilościowo składników w niej nie brakowało. Powiedziałbym, że aż za dużo wszystkiego na taką wielkość naczynia. Możliwe, że próbowano na nas starego chwytu z Theme Parku, gdzie do frytek można było dosypywać soli, żeby ludzie kupowali więcej napojów. Ja nie skorzystałem i poprzestaliśmy na tym co było zamówione.

Przydługie oczekiwanie umiliła nam rozmowa na temat sushi i warszawskich susherni, podczas której mogliśmy zaobserwować scenę chwilowej konsternacji u sushimastera kucharza pana zawijającego ryż. Nie wiem czy wynikła ona z przypadkowego podsłyszenia naszych dywagacji, czy może jednak z tego jak Pan Zawijak wykonywał swoją robotę.
Na stół wjechały nasze zestawy. Cóż, gorzej pozwijanego i pokrojonego sushi w życiu nie widziałem. Tzn. widziałem. U siebie w domu przy okazji ostatniego pichcenia tego specjału. Tylko, że taki sposób przygotowania ze słowa specjał robi specjal..ną troskę. Troskę o to, żeby to co biorę między pałeczki nie rozpadło się zanim doniosę do ust, czy może prędzej do miseczki z sosem sojowym. Żadnego nigiri nie doniosłem w całości. Musiałem kawałki brać na raty niczym w Żaglu. Czarecki oczywiście prawił, że powinienem brać kawalki całą długością pałeczek, ale sushi to nie szydełkowanie, ani inna czynność wymagająca nieprzeciętnej sprawności nadgrastków.
Żałuję teraz, że nie zrobiłem zdjęcia tego jak były pokrojone nasze maki. Podejrzewam, że „kucharz” pracował uprzednio w piekarni, ponieważ końcówki ryżowego rulonika były przyciętne oszczędnie niczym przylepka chleba. Policzylem nawet czy nie była to jakaś porcja bonusowa w myśl zasady: „zostało to nie będę wyrzucać. Ale nie była… To co dostalismy okazało się pełnoprawnie liczonymi kawałkami zestawu! Jeśli nie ma się linijki w oku, to proponuję wyrezać sobie bezpośrednio na desce znaczniki. Odwrócone maki były zwinięte „jeszcze jak cię mogę”, ale luźny sposób w jaki były rolowane tradycyjne maki z serkiem philadelphia powodowały we mnie obawę, że zawartość zawijasa będzie mi wypadać niczym spadochroniarze w trakcie operacji Market Garden. Całe szczęście udało się. Ale tylko po to, żeby nastąpiło kolejne rozczarowanie. Ku mojemu zdziwieniu avocado chrupało równie dobrze jak ogórek! Dammit. Może ktoś tu powinien przejśc kurs z oceny dojrzałości warzyw i owoców? Ja wiem, że mamy kryzys i agenci nieruchomości przebranżowiają na taksówkarzy, jak miły pan wiozący mnie ostatnio do Ząbek. Ale żeby brali się za gotowanie?! Tego za wiele.

Niestety renomy tego miejsca nie ratuje naprawdę dobra krewetka w ebi nigiri, ani pyszna ryba maślana. Dużo mocniej w pamięci utkwił mi wściekło-różowy kolor tuńczyka. Tak idealny, że aż podejrzany. Prawdopodobnie ten kolor można bez trudu znaleźć w pantonie. Bóg mi świadkiem iż jestem w stanie zjeść podłe sushi (w końcu czasem sam je robię), ale podłe sushi powinno mieć podłą cenę. Conajmniej na poziomie zusowskich emerytur, a nie mieszczących się raczej w średniej krajowej.

Wracając do początku – Czarek wyrzucił właśnie kolejną porcję. Będzie robił sushi na zwykłej Britcie.

Uaktualnienie → Epilog

01/03/2009

Gdyby w Besuto było bardziej suto…

Filed under: Warszawa,japońskie — maliboo @ 23:13

…z pewnością byłaby to jedna z moich ulubionych suszerni. Mimo tego, że zeszłoponiedziałkowy wypad na surowe rybsko uważam za smaczne zaliczenie, to z perspektywy tygodnia nie jest juz tak różowo. Szczególnie, że doczytałem na gastronautach, że pałeczki są jednak wielorazowe. Oczywiście była to jedna z pierwszych rzeczy na którą zwróciła uwagę Kasia. Wydawało mi się wtedy, że to po prostu patyki na bogato, zmieniane są po każdym gościu. W końcu ceny jak na takie miejsce i lokalizację są na dobrym stolicznym poziomie. Jak na knajpę bez kibla.
Oczywiście nawet jesli takowy się tu znajduje, a z tripów po okolicznych pawilonach i ich piwnicach można się tego spodziewać, nie był w żaden sposób oznaczony.  Nie miałem potrzeby, nie pytałem, a wiadomo, że ignorancja jest błogosławieństwem. Więc: kibla nie było.

Ostatni (ach, te podwójne znaczenia) poniedziałek okazał się nad wyraz leniwiy. Kusiło sushi, zniechęcała perspektywa ruszenia tyłków gdzieś dalej. Oczywiście mogliśmy tego dnia wylądować w Akashii w Złych, ale kolejny, dobrze już znany, lunchbox nie przekonywał tak jak perspektywa nowych miejsc. Ruszyliśmy więc z powrotem na Nowy Świat, tym razem w znane zagłębie pawilonów, by zdeflorować językiem dość leciwą już suszarnię Besuto.

Nie wiem czy to moje szczęście, czy jednak kryzys, ale ostatnio gdzie się nie udam, to miejsce świeci pustkami. Casa to tu, Galeon, czy bieżące Besuto. Widocznie czas spotkań naszej-klasy się skończył i knajpy już nie mają takiego wzięcia. W każdym razie zasiedliśmy sobie w mikrym wnętrzu. Jednak spore lustro na ścianie dawało złudzenie dużo większej przestrzeni niż w rzeczywistości. Podjęcie menu to była praktycznie formalność, bo z góry nastawiliśmy się na zestaw Miko (89zł). Trzy zestawy bliźniaków nigiri: tuńczyk, maślana i łosoś, 6 sztuk małych maków z rybnym paluszkiem krabowym i 10 sztuk (futo?)maków. Doprawdy nie wiem jak zdolnemu matematykowi na stronie Besuto wyszły z tego 23 sztuki. Miłym akcentem tego popołudnia była promocja na gunkan maki z tatarem z łososia. Oczywiście nie wierzę w darmowy obiad, więc pewnie zapasy tej ryby niebezpiecznie zaczęły się zbliżać do końca terminu przydatności do spożycia. Jakkolwiek by nie było łosoś był smaczny. Przebił moim zdaniem nawet hojne maki z tuńczykiem, szparagami i pikantnym olejem sezamowym. Nota bene jego pikantność pozostała chyba w butelce w której był przechowywany. Nigiri z łososiem i tuńczykiem: bardzo dobre i równie dobrze złożone. Czasem ryba odpada od ryżowych paluszków już na talerzu.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się nie doczepił. Proponowany przez stronę „napój bezalkoholowy do wyboru gratis” nie został przez kelnerkę nawet zaproponowany. Naczynka na sos sojowy i podstawki pod sushi, mimo że fajnie wyglądają, to naprawdę kiepsko się sprawują w swoich rolach. Zbyt pretensjonalne, siłujące się na pseudoprymitywność. Zwykłe płaskie ceramiczne miseczki i deseczka na podstawkach naprawdę wystarczyłyby. W dodatku prowadzona przez obsługę i ich znajomych rozmowa na temat tego, że „to jasne, że dla siebie robi się lepiej” w obecności gości (nawet jeśli była ich tylko dwójka) jest jakoś nie na miejscu. Oczywiście, nie upieram się, że rozmówczyni racji nie miała. Miała, ale wolę myśleć, że obsługują mnie fachowcy lubiący swoją pracę i szanujący własnych gości na równi z tymi, którzy płacą.

Pewnie wpadnę tu jeszcze na maki z pieczonym łososiem, ale mimo wszystko uważam, że ceny nie przystają do lokalizacji. Tym bardziej iż na dzień dzisiejszy wg gastronautów mamy w Warszawie jakieś 86 restauracji trudniących się susheniem. Po pierwszym zachwycie surowym rybskiem pora moi wszyscy drodzy właściciele zejść trochę z cen, bo zawijanie ryżu, mimo iż jest dobrym interesem, nie jest wcale takie drogie.

13/02/2008

Sushi w domu

Filed under: homebrew,japońskie,zdjęcia — Tagi: , , — maliboo @ 21:28

Głodny wpisów, spędzając ostatnie tygodnie głównie w starych miejscach, zmusiłem się do napisania czegoś do kategorii domowego wytwórstwa. Po chlebie przyszedł czas na sushi. Nakręcony na robienie od dawna i zachęcony przez fabiego niedawno złamałem się i zrobiłem. Wyszło jak wyszło, więc bez zbędnego mentoringu przejdę do opisu co, ile i jak się działo w mojej kuchni.
W pierwszej osobie liczby mnogiej, bo pierwsza pojedynczej w czasie przeszłym będzie brzmiała jak pamiętnik starego subiekta.

sushi

Domowe sushi nie należy do imprez najtańszych, jeśli przymierzać się do niego jeden raz. Skolekcjonowanie ingrediencji na start to minimum 70zł. Jednak wiele z tego co kupimy na początku zostaje na później. „Będzie do chlebka” jak powiedziałby wujek woo. Podstawą przygotowania dobrego sushi (za pierwszym razem jest zawsze niedobre!) jest ostry nóż z gładkim ostrzem. Bez tego ani rusz, nie ma przebacz i fora ze dwora. Nożyczkami ruloników się nie potnie. Kiedy mamy już kosę, czas na resztę składników. Lista musisz-mieć z orientacyjnymi cenami to:
- ryż „do sushi” (1kg): 18zł
- glony (10szt): 10zł
- ocet ryżowy (0,5l): 19zł
- sos sojowy (ileśtam): 8zł (jak wszyscy Kikkoman)
- wasabi (30g): 15zł
- imbir marynowany (200g): 6zł
- coś do zawijania: od 3zł do oporu
Dodatkowo warto mieć:
- mata bambusowa do zwijania: 9-12zł
- pałeczki: 4zł
- sezam do ozdoby: 5zł

Jeśli chodzi o rzeczy do zawijania to wkładać można praktycznie wszystko. Ja zacząłem od ogórka (3zł), avocado (4zł), surowego tuńczyka (100g/8zł), łososia wędzonego (jak zostanie do chlebka to się nie zmarnuje), paluszków „krabowych” (2-3zł), surowej ryby maślanej (100g/2.5zł) i zwykłego serka topionego, bo Philadelphii dostać nie mogliśmy. Praktycznie wszystko można dostać w galeriach handlowych typu Złote Tarasy, czy inne Arkadie w sklepach typu Kuchnie świata. Przydałby się jeszcze kawałek folii spożywczej, takiej do zawijania, co by nie uwalić nadto maty bambusowej.

Praktycznie najtrudniejszym fragmentem jest gotowanie tego cholernego ryżu. Kiedy fabi mi to napisał nie chciałem wierzyć. W końcu to rolowanie z pozoru wydaje się najgorszym fragmentem. Błąd! Ale po kolei.
Wszystkie przepisy mówią o tym, żeby ryż wpierwej przepłukać. I powiadam wam, rację mają. Nawet ten ryż, którego używałem, a niby nie wymagał płukania, za pierwszym zalaniem zabarwiał wodę na mleczny kolor. Czterokrotne odcedzanko winno wystarczyć. Wypłukany, osączony ryż zalewamy wodą w proporcji 1 szklanka ryżu, 1.2 szklanki wody. I na gaz. W moim przypadku nie zaglądanie pod przykrywkę w trakcie gotowania nie sprawdziło się. Za pierwszym razem ryż pięknie się przypalił. Całe szczęście sam spód, który w smaku był jak ryżowe chrupki. Zatem od czasu do czasu warto trochę zamieszać. Tak-o, żeby nudno nie było. Po około 15 minutach pichcenia na małym ogniu, pod przykrywką stawiamy gara na parapet. Aha, istnieje też druga szkoła gotowania. Ryż trzymamy na gazie około 10 minut, a potem na trochę pod pierzynę. Tak zbunkrowany ryż pod kołdrą sam sobie dojdzie, jeśli mu nie przeszkadzać w trakcie. Byle nie za długo, żeby nie powstała miękka breja, podobna do tej serwowanej mi w przedszkolu z jabłkiem, cynamonem i śmietaną. Ci którzy przyzwyczajeni są do długich ziaren, „na sypko” mogą się zdziwić. Ten ryż ma się kleić! I jest drobniejszy.

Podczas gdy białe ziarenka stygną sobie na parapecie można przygotować zaprawę z octu ryżowego. Jest też do kupienia gotowa, ale co to za radość dla osób wychowanych na Adamie Słodowym. Wyczytałem na jakiejś ulotce, że stosuje się zwykle 3 łyżki octu na szklankę ryżu. W moim przypadku sprawdziło się to znakomicie. Za pierwszym razem dałem mniej i ryż był cinki jak dupa węża. I nie, nie wymieszałem tych przypalonych fragmentów z resztą. Za drugim dałem jak Pan Bóg przykazał 3 łyżki na każdą szklankę ryżu, do tego płaską łyżkę cukru i płaską łyżeczkę soli. Ale zamiast białej śmierci można też dać dwie łyżeczki sosu sojowego. Żeby cukier się lepiej rozpuścił można to potraktować ogniem lub mikrofalami. Jak ryż będzie jeszcze ciepły zaprawiamy go tym tałatajstwem, mieszając drewnianą łyżką, czy inna szpatułką i odstawiamy do całkowitego ostygnięcia. W tym czasie można sobie pokroić paluszki i ogóra. Wszystko nie powinno być grubsze niż końcówka mojego małego palca u lewej dłoni. No i nie ma sensu wpychać więcej niż 3-4 składniki. Rolka się rozwali i będzie po ptokach.

Ryż ostudzony, mata podłożona, folia na macie, wodorost brzydszą stroną (tą co się mniej błyszczy) do góry leży, można zaczynać. Ziarenka będą się oczywiście kleić jak Nicholson do kobiet, ale nie ma przebacz. Z pomocą nadchodzi miska z wodą i łyżką octu ryżowego do maczenia palców. Jeśli chodzi o duże maki, takie z całego wodorosta, to należy pamiętać, żeby zostawić około 1/5 wolnego, niezaryżowanego pasa. Po przesmarowaniu odrobiną rozrobionego z wodą wasabi (w formie ciapki, łatwo się smaruje) i nałożeniu składników można zacząć skręcać tego japońskiego lolka. Oczywiście sushi to nie rolada biszkoptowa, więc zwija się to bez obaw, mocno dociskając. Naprawdę nie sposób to schrzanić mając do dyspozycji bambusową matę. Małe maki robi się jak duże, tylko z połowy algowego papierka. Zrolowanego balaska kroimy ostrym nożem. Ostrość ostrością, ale nie zaszkodzi przez każdorazowym cięciem zmoczyć nóż w wodzie. W razie problemów z pomocą przychodzi youtube i hasło „how to make sushi”. I tak, to naprawdę wygląda tak prosto jak pokazują. No, w każdym razie po drugim razie jest już prościej.

Czas na mały bilans. Kilogram ryżu to około 5 szklanek. Na opakowanie glonów, a więc 10 listków zużyłem go jakieś 3,5 szklanki. Co daje mniej więcej pięć pełnych talerzy sushi. Na jedno posiedzenie głodna osoba nie jest chyba w stanie zjeść więcej niż jednen talerz. Octu ryżowego zostało jeszcze sporo, podobnie z wasabi i sosem sojowym. Wychodzi zatem w granicach 15-20zł za osobotalerz. A konsument kończy naprawdę zdrowo najedzon. Całe przygotowanie, łącznie z gotowaniem i chłodzeniem ryżu zajmuje jakieś 2 godziny naprawdę przedniej zabawy.

03/10/2007

Czaru Maru. Siedem zgrzytów głównych

Filed under: Wrocław,japońskie — maliboo @ 23:06

Przyznam się, że kusiła mnie Sakana we Wrocławiu. Po warszawskiej legendzie i sławie jaką ma ta suszernia warto by było sprawdzić wrocławską filię. Jednak, jak się okazało po dotarciu na Odrzańską bar jest zaprojektowany jako typowy sushi-bar z krzesełkami przy kontuarze, bez osobnych stolików. To nam średnio pasowało, zatem wybór padł na Maru, na Rynku.
Zdjęcia w menu na ich stronie zachęcały. A na samo wspomnienie surówki z rzepy maczanej w sosie sojowym ślinka cieknie. Szybki spacerek przez Odrzańską z zaliczeniem zwierząt rzeźnych i jesteśmy na miejscu. Knajpa była trochę pustawa, ale też pora jaką był poniedziałek po trzeciej nie sprzyjała tłumom. Za to udało nam sie wbić w lunch-time porę na zestawy sushi. Szybki wybór i zaraz po czekadełkowych sałatkach na stole ląduje zestaw maki/sushi/sashimi z miso i dwoma kolejnymi sałatkami (45zł). Do tego herbata (wszytkie po 8zł) i leszek (7zł). Strasznie smakowała mi sałatka z zielonego czegoś (szpinak?) z dodatkiem czosnku i ziaren sezamu. Chociaż Kasi przypadła do gustu inna, z kapusty, kiełków i marchewki, polana sosem sojowym podawana do zestawu. W sumie zjedliśmy cztery sałatki, z czego czwarta kompletnie wyleciała mi z głowy, a trzecia została tam tylko przez swoją ostrość. Zaraz po zjedzeniu wylądowała miso i tu kolejny zgrzyt, po pierwszym jakim były zwykłe talerze podane do pałaszowania sushi. Miso jaką mi podano była w plastikowym naczynku. Trzeci zgrzyt, do jedzenia podana była zwykła, aluminiowa łyżka. Doh! Jakby powiedział Homer Simpson. Czwarty zgrzyt: miseczka jest mała, piąty moja miso shiru nie jest nawet dość ciepła. Wciągnąłem ją błyskawicznie coby się zupełnie nie wychłodziła i przeszliśmy do podanego zestawu.
Na początku zaskoczyło nas blade wasabi. Spodziewałem się jakiegoś mieszanka z chrzanem, ale pierwszy kęs i zaskoczenie: jedna z mocniejszych past jakie jadłem! Z pierwszym kęsem surowej ryby przyszedł również szósty zgrzyt. Ryż był za bardzo rozgotowany. Kleił się do talerzyka na którym został podany. Wodorosty w jakie były zawinięte maki lekko żujliwe. Mimo tego, ze trochę nam się czekało na zestaw, ten wydawał się lekko zleżały. Ryba położona na kawałkach sushi była pokrojona dość grubo (zgrzyt siódmy). Ok, widzę, że nie żałują, ale każde jedzenie ma swoją odpowiednią grubość krojenia. Centymetrowe plastry najlepszej szynki nie smakują najlepiej. Więc nawet gdy ktoś przygotuje mi hojne kanapki z szynko szwarcwaldzko pokrojoną grubość na 3mm nie będę zachwycony… Łosoś wypadł blado, zarówno w przenośni, jak i kolorach. Jestem przyzwyczajony do dość jaskrawego koloru jego mięsa, a ten tutaj wyglądał na najwyżej bladą, bałtycką odmianę. To samo odnośnie sashimi w jednym rodzaju rybiego mięsa. To co zostało nam podane wyglądało trochę na maślaną, ale ciemne wstawki sugerowałyby jej mniej szlachetny rodowód. Grube plasterki z porcją wasabi, zamoczone w kikkomanie były jednak do przełknięcia. Kawałki sushi z tuńczykiem lekko zrehabilitowały niesmak jaki pozostał po wszamaniu łososia. Kolejna rehabilitacja przyszła po wszamaniu california maki (jednak nie w tym większym rozmiarze!) z tobiko. Całość radości była jednak nadal stłumiona rozgotowanym ryżem. Definitywnie nie jest to miejsce ani na pierwszą, ani na każdą kolejną przygodę z sushi. Można się zrazić mimo dość smacznych california maki w pomarańczowej ikrze.

Po przygodzie z miso, sushi i zimną wodą w łazience, wiedząc, że już raczej tu nie wrócę ostatni wybór padł na kurczaka teriyaki. Porcja jaką nam podano (28zł) była spora. Jednak Kasia po ostatniej przygodzie z teriyaki spasowała po pierwszym kęsie. Kurczak przyzwoity, chociaż mając na względzie szybkość przygotowywania potraw w orientalnych kuchniach, nie był jakoś optymalnie dosmażony, potrzymałbym go jeszcze trochę dłużej.

Całokształt wizyty we wrocławskim Maru nie przekonuje mnie do ponownych odwiedzin. Może brak orientalnego kucharza, brak cen na ich stronie, a na pewno cała reszta niedociągnięć w postaci siedmiu zgrzytów głównych nie przekonuje mnie do kolejnych odwiedzin. Jedno wiem na pewno: skuszę się tym razem na Sakanę, albo trochę oddalony od Rynku Kyoto Bar. Tam na pewno poczuję się jak w Niebie ;-)

30/07/2007

A Kasia?

Filed under: Warszawa,japońskie — maliboo @ 21:05

Suszernię Akashia nawiedziliśmy pierwszy raz, jeszcze w aleji JP2 kawałek czasu temu. Głównie za namową asz i opcją lunch-boxów (wtedy jeszcze do 15:00 chyba, teraz do zmęczonej 17). Namolne parcie na surową rybę, które niczym detektywa Monka męczyło mnie od dobrych paru tygodni w końcu zostało odpędzone na jakiś czas. Z tego co pamiętam za pierwszym razem wybraliśmy sushi box z przystawką pod postacią smażonego tofu. Tofu, nic specjalnego, chociaż warto spróbować, jednak miso, a szczególnie zupa z jajkiem i warzywami – naprawdę dobre. Tym razem zew krwi, czy może raczej surowego łososia i tuńczyka, zmusił nas do wybrania sushi sashimi box.

Ale może trochę bardziej od początku. Restauracja w otych Tarasach jest mniejsza, niż ta w aleji, nastawiona chyba na garniturowo-turystyczno-ląnserski przemiał. Tak, tak, koniecznie chcę się wbić w tę ostatnią grupę, obiecuję, że wyrżnę to harcerską finką na stoliczku w Mercer’sie na Chmielnej. Inżynierowie kuchenni, podobnie jak w starej Akashii składają się głównie z azjatów. Na pewno to podświadomość nieświadomość, ale jakoś bardziej odpowiada mi sushi przyrządzane przez koreańczyka, niż europejczyka. Cała ta otoczka wokół przygotowania jedzenia powinna mieć jakąś szczyptę egzotyki. Może to trochę naiwne: ale mając do wyboru dwa kebaby większość wybierze przecież tego sprzedawanego przez turka.

Jak nas przyzwyczaiła wizyta w pierwszej restauracji i tu nam podano przed jedzeniem gorące, wilgotne ręczniki. Swoja drogą roboty przy tym niedużo, a standard w oczach gości rośnie. Pod umyte łapki wjechało papu. Po dobrej miso, całkiem ciekawej herbacie żeńszeniowej, chociaż ta z ryżem też nie jest zła, wjechało nasze pudło z ryżem i rybą. Tym razem maki nas jakoś nie zachwyciły, futo-maki były bardzo dobre, za to nigri i sashimi rozpływały sie w ustach. Tuńczyk był prawie tak delikatny jak łosoś, naprawdę kawałek dobrego mięsa. Z tego co czytałem dawno temu przed swoim spotkaniem z surową rybą sporo osób narzekało na konsystencję mięsa tuny. Kawałki podane nam były naprawdę pierwszej klasy. Niestety wszystko co dobre… Jednak pudełko ryżu i ryb za 50 zeta spokojnie starczyło na dwie osoby. Na deser, oczywiście obowiązkowe dwa owoce liczi.

Muszę przyznać, że Akashia, otwierając filię w samym centrum strzeliła w dziesiątkę. Jest tu naprawdę blisko i szczerze mówiąc, nie tylko z wygody, ale również z racji ceny zestawów lunchowych kusi swoimi podwojami. Fakt, że trzeba trochę uważać na niektórych gości: nieutochtonicznych nuworyszów, którzy nie bacząc na to, że ktoś siedzi rzucają bez pytania swe wygniecione marynary na oparcia siedzisk. Ale sama obsługa stoi naprawdę na wysokim poziomie.

28/11/2006

So-an, czyli bez skosów

Filed under: Warszawa,japońskie — maliboo @ 22:47

W zeszłą sobotę odwiedziliśmy So-an. Oczywiście maczki jak zwykle się spóźniły… Następnym razem muszę pamiętać żeby oficjalną rezerwację zrobić 15 minut później.

Krzesła mają „niewygodne, aczkolwiek ładne”. Na wjazd poszły harumaki, kirin i tradycyjnie dla Mademoiselle choya plum. Tym razem lodu nie dali, więc mnie średnio smakowało. Aczkolwiek ślyfka za 4.50 to nie była. Pasztetrony wybitne nie były, jak zwykle wszystko z tymi małymi krewetkami, dla mnie lekko gumowe. Po zakąsce wjechała osumashi, a po niej podwójny zestaw „rozmaitości”. Zupa poniżej przeciętnej, bez wyraźnego smaku, ani miłych reminiscencji na kubkach smakowych. Maczysław nie był również zachwycony swoją miso. Do sushi dostaliśmy porcję sałatki, całkiem miłej w zestawieniu z sosem sojowym. Niestety wasabi nie było w formie kostki do gry, jak było na zdjęciach w menu. Fotosy w spisdojadle to duży plus: menu jest prawie w trybie WhatYouSeeIsWhatYouEat ;-) w końcu przed podaniem mogliśmy, jak zwykle, podumać nad pozycjami, żeby w końcu zdecydować się na jeden z pierwszych wyborów. Ośmiornica znów nie przypadła mi do gustu, za to tuńczyk był jednym z lepszych jakie jadłem w Warszawie. Krewetkę zjadła Kasia, mówiła, że dobra, pozostaje mi wierzyć na słowo. Reszta kawałków jakoś nie utkwiła mi w pamięci, łącznie z nazwą zestawu, który wzięliśmy na dokładkę.

To co zostało mi w głowie, to dość ślamazarna obsługa pani kelnerki, miałem wrażenie, że musimy się prosić o jej uwagę. Ale nic to, napiwek dostała. Sama knajpa jest chyba na jeden raz, zobaczyć i zapomnieć. Żarcie mnie nie urzekło, ale też nie zniechęciło, a klimat,… gdyby nie bambusowe stoły i krzesła, mógłby to być bar sałatkowy… Sytuacji nie ratowało nawet duże akwarium w tle. Uznaliśmy je za szczyt sadyzmu ;-) Akwarium w barze sushi, to prawie tak jak pobyt w klatce u ludożerców, w czasie ich święta dziękczynienia.

Powered by WordPress