mali*ciouş

06/03/2010

Masala Grill & Bar – hindusko-wrocławska mieszanka

Filed under: Wrocław,indyjskie — maliboo @ 23:28

Wrocław – do niedawna miasto bez indyjskiej kuchni i nadal beznadziejnymi światłami na przejściach dla pieszych. Według gastronautów (sto lat z okazji trzecich urodzin Olu!) są tu już co najmniej trzy miejsca w których podaje się ryż basmati (pozdrowienia dla miłośników patentów). Chciałoby się powiedzieć, że to cały czas za mało. Ale, jak pokazuje warszawska historia, wraz z ilością jakość nie wzrasta, a ceny nie spadają… Szkoda to, że kuchnia niewiele bardziej wyrafinowana od dobrego chińczyka nadal stoi na tak wysokim poziomie… cenowym. Bo czy naprawdę kawałek piersi kurczaka, popularna mieszanka ziół z TRS czy M.D.H. i porcja ryżu musi kosztować powyżej 35zł? Biorąc za bazę nawet ceny z przedrogich Kuchni Świata można wyliczyć, że hinduskie gotowanie to dobry interes.
Bardziej zorientowanym domorosłym kucharzom zawsze polecam Namaste na Noworodzkiej, gdzie te same zioła można dostać nawet 40% taniej. Ale dość utyskiwania na finansowe rozpasanie restauratorów.

We wrocławskiej Masali dane mi było stołować się dwa razy. Tym bardziej mnie to cieszy, gdyż czasem nachodzą mnie moralne opory przy opisywaniu knajpki raptem po jednej wizycie. Z drugiej strony: taki lajf. Wolę zaryzykować wizytę w nowym miejscu, niż ponownie dostać odgrzewanego kotleta. Podwójne nawiedzenie to jednak szansa dokładniejszego spojrzenia na kurs restauracji. Szczególnie jeśli można sobie porównać menu. A to w Masali od czasu mojej pierwszej wizyty pod koniec stycznia troszkę zmodyfikowano…

Pierwszy raz w tym miejscu był jak odkrycie przydrożnego baru podczas długiej podróży samochodem. Tym bardziej, że poprzedniego dnia próbowaliśmy się dobić do wrót Masali bez skutku – zarezerwowano ją chyba na ten dzień na jakąś imprezę zamkniętą. Całe szczęście za drugim strzałem, koło godziny 14, miejsca było aż nadto. Wybraliśmy więc przytulny kącik wypełniony dymem z kadzidełka i szumem wody płynącej w mini fontannie-wodospadziku. Wybór, a raczej szybki strzał, padł na Maith chicken masala (21zł) z ryżem basmati (5zł) i koziego kebabka – Seekh kebab (28zł) z chlebkiem naan (5zł). Do tego „w razie niebezpieczeństwa” trzeba było zamówić coś do ugaszenia pożaru kubków smakowych. Wybór padł na budweisera (10zł) i koktail gruszkowy Peari peari (19zł).
Czekając na zamówienie na stół wjechała darmo-przystawka w postaci małych chlebków z trzema sosami. W zasadzie dwoma sosami; tradycyjnymi ciemno-bordowym tamaryndowym i jasnozielonym miętowo-kolendrowym, oraz cebuli w czerwonym soku. Sosy zdały egzamin i przy okazji przypomniały mi mega-porażkę w Labono, gdzie do samosy zaserwowano mi sos kolendrowy i … keczap o_O. Taki miły dodatek na początek to duży plus, znokautować go mogłoby jedynie zastąpienie chlebków przez ciepłe papadamy. Jednak, jak się okazało przy drugiej wizycie, właściciele nie poszli dokładnie w tę stronę, o której myślałem.

Po chwili nie krótkiej, nie długiej,
Takiej chwili, takiej chwili,
w sam raz, idealnej…

przyszedł czas na plat principal. Na stole, w ładnych białych ceramicznych naczynkach z pokrywką, pojawił się ryż i kurczak, a na talerzu moja koźlina w towarzystwie gorącego, indyjskiego chlebka. Pierwszy kęs mielonego koziego mięsa i wiedziałem, że to TO. Garnirunek w postaci rozsypanego po talerzu mielonego kminu i siekanej bialej kapusty był trochę tani. Ale widocznie kucharz uznał, że czymś spory talerz z niewielką ilością mięsa z pieca tandoor trzeba przyozdobić.
Swoją drogą rzymski kmin, tak popularny w indyjskiej kuchni, nie ma wesołego żywota. Większość osób myli go z naszym „swojskim” kminkiem. Pomyłka ta jest krzywdząca i wiele kosztuje – konsumenta. Smak obu przypraw znacząco się różni. I zdecydowanie wypada in plus dla Cuminum cyminum. Egzamin zdał również kurczak maith masala – w delikatnym, kremowym sosie z orzechami nerkowca. Naprawdę przystępna kompozycja dla osób, które boją się ostrości dań z indyjskiego subkontynentu. Gruszkowy koktail alkoholowy nie musiał w tym przypadku robić za podręczną gaśnicę. Tu muszę zauważyć, że zawsze mnie dziwią nazwy w naszych polskich-indyjskich restauracjach. Googlując maith masala trudno znaleźć jakikolwiek oryginalny przepis. Czyżby nazwy dań były zwykłym hinduskim bełkotem, wzorem niektórych tatuaży? Wrcając do dobrego jedzenia – pierwsza wizyta w Masala Grill & Bar okazała się sukcesem i jednocześnie skłoniła nas do ponownych odwiedzin, blisko miesiąc później. Mimo iż z zakątka z kadzidełkami wychodziliśmy z lekkim wirem w głowach, spowodowanym dość mocnym zapachem palących się mieszanek.

W cieplejszej atmosferze i akompaniamencie pierwszego wielkopostnego piątku ponownie udaliśmy się na Kuźniczą. Tym razem korzystając z okazji bezmięsnego okresu Kasia zamówiła coś postnego: Fish curry (35.90zł). Natomiast ja, jako bezwstydny bezbożnik, postanowiłem pofolgować swoim chuciom i wziąłem Tandoori mixed grill (44.90zł). Nie dość, że mięsnie, to jeszcze dużo!
Przed wielkim żarciem zdecydowaliśmy się jeszcze na zupę z soczewicy masala special dal (7.90zł), która okazała się niczym specjalnym. Ot zwykła, gęsta zmiksowana polewka o smaku rosołu. Do zagryzania użyłem dwóch skromnych papadamo-podobnych wafli, które wylądowaly na stole zamiast uprzednio podawanej przystawki z sosikami. Było to spore rozczarowanie. Widocznie management Masali doszedł do wniosku, że trzy sosiki i kilka chlebków przerasta finansowe możliwości tej restauracji. Możliwe, że dla księgowości był to prosty rachunek: +2 do oszczędności, ale zdecydowanie -4 do poważnia u klientów.
Koktail mango batita (19zł), podany jak chyba wszystkie drinki tu, z małą przegryzką w postaci kawałków tropikalnych owoców z puszki był ok. Ale daleko mu do gruszkowego poprzednika. Wrócę jednak do dań głównych. Wybraliśmy je w towarzystwie ryżu szafranowego (8.90zł) i Paneer (kulcza) naan (14.90zł). Z wielkim rozczarowaniem zauważyłem, że faktycznie, zabrakło tu zwykłego czystego ryżu basmati. Wybierać można było tylko pomiędzy „najtańszym” szafranowym i jego droższymi modyfikacjami. Widocznie zmiana modelu cenowego weszła w bardziej zaawansowaną fazę… Również TRZYKROTNIE droższy naan od podstawowego, zamówionego przeze mnie miesiąc wcześniej, nie zdał porównania. Ja przepraszam, ale dopłacać 10zł (i nie kłóćmy się tu o 10 groszy) za posmarowanie placka pomidorowym sosem, to prawie skandal!
Ukoił mnie jedynie smak upieczonej mieszanki mięs. Niestety głównie kurczaka, gdyż kozina i jagnięcina wystąpiły tu bardzo gościnnie. Porcja za to była godna dwóch, może niezbyt głodnych, osób. Poddałem się po połowie i resztę mięsnych kęsków poprosiłem o spakowanie. Jeśli chodzi o rybę… To mam mieszane uczucia. Z jednej strony jej cenę tłumaczy łosoś, który krył się pod ichtiologicznym opisem >ryba<. Lecz 35 złotych to niemało. Tym bardziej, że praktycznie całość musieliśmy również wziąć na wynos. I to nie dlatego, że nie starczyło na nią miejsca w żołądkach. Łosoś aż nadto emanował zapachem ryby. Dla mnie – w granicach tolerancji, ale dla Kasi, która go zamówiła, było to aż nadto… Chociaż muszę przyznać, że drugiego dnia po leżakowaniu w lodówce był zjadliwy. Tak jak większość „hindusów” traci sporo na wymieszaniu się aromatów po dobowym leżakowaniu – ryba tylko zyskała.

Prawdę mówiąc nie wiem co począć z wrocławską Masalą. Gdyby rozpatrywać restauracje na dwuwymiarowej płaszczyźnie, po podwójnych odwiedzinach – zdanie miałbym już wyrobione. Część dań mocno broni dobrą pozycję. Jednak zdegradowanie czekadełek do dwóch wafli, rybo-aromatyczny łosoś, czy ponadwarszawska cena piwa (to niesprawiedliwie, żeby wejść z nią z bilonu w papier ! – 10zł) zdecydowanie odstraszają od tego miejsca. Mam jednak przeczucie, że kurczak biryani podawany tu na wynos przez okienko, wprost z otwartej kuchni, skusi mnie na conajmniej jedną wizytę.

24/02/2009

Tłusto, ciasno, smacznie. Namaste.

Filed under: Warszawa,indyjskie — maliboo @ 23:14

Gdy Cię głód do ściany przyprze,
to dokładki się nie wyprzesz.

Well, hołdem dla Isabel wypadało zacząć. W końcu ta wyspiarska monarchia jest drugą matką dla sporej części indyjskich emigrantów, byłych poddanych Jej Królewskiej Mości. Polskich zresztą (niestety) również. Cała nadzieja w tym, że wiosna za miesiąc, więc może Kaziu zakocha się. Znów.

Wypadałoby zacząć jakiś tryptyk, kwarptyk, czy inny pierdyptyk na temat hinduskiego żarcia w Warszawie, chociaż gastronauci kłamią, że coś podobnego serwują we Wrocku. Pics or didn’t happend, póki co Warszawa rządzi jeśli chodzi o kosmopolityczną kuchnię. Krakusów poproszę o hejt w komciach;> Zbieram się do tego od czasu bliżej nieokreślonego, podobnie jak do swojej magisterki. I obawiam się, że prędzej przyjdzie mi obić bloga w twardą okładkę, niż swoją magisterkę.

Zaczęło się jak zwykle leniwie, zima rozleniwia. Miało być pięknie i romantycznie w (od dawna obiecywanym sobie) Rubikonie. Ale lenistwo wzięło górę. Nawet stek z tuńczyka nie był w stanie ruszyć naszych zgrabnych tyłeczków mojej zsiedziałej dupy na daleki Służew. Skończyło się więc na Złych Tarasach™, parze nowych dżinsów i wizycie na Nowogrodzkiej 15. Punjabski trip zaczęliśmy w sumie dzień wcześniej, kiedy próbowałem sprawić kurczaka biriani. Ryż nie wyszedł, sól nie weszła. Dlatego tym razem wolałem się zdać na łaskę fachowca, który wie jak chochlą zamieszać.

Z krótkich recenzji nastawiłem się już, że w Namaste India trzeba trochę poczekać, lokal jest mały i w ogóle to najlepiej wziąć na wynos, bo sztućce hołdują zasadzie plastik is fantastik. Ale zdecydowalismy się na partyzantkę pełną gęba. Całe szczęście pora był odpowiednia, bo trafił nam się wolny stolik. Jeden z dwóch, dwuosobowych stolików na całą knajpkę. Resztę przestrzeni wypełnia tu meblościanka pełniąca funkcję witryny – sklepowych półek z szerokim wyborem suszonych ziół i wszelakich masali. Oraz ryżu basmati, soków z mango, past do zębów, żelów na romantyzm reumatyzm i maści na szczury. Jeśli chodzi o zaopatrzenie na romantyczny, pijacki, szpanerski, tematyczny (niepotrzebne skreślić) wieczór, to ceny i wybór jest konkurencyjny. Zwykła asafetyda w porównaniu do Kuchni Świata (10zł) kosztuje tu 4 blaszki. Reszty przestrzeni dopełnia kontuar z rubensowską panią hinduską. Oczywiście najlepiej dogadywać się w uniwersalnym esperanto: angielskim, bo z językim Reja i Kochanowskiego może być trudno.

Wybór był prosty: kurczak (22zł) i krewetki (22zł). No i obowiązkowa parantha (5, czy coś) (wchodzi mi bardziej niż naan), do tego ryż z kminem indyjskim (jakoś 12?). Poczekać trzeba było, co przy torturach w postaci szerokiego wyboru przypraw na półkach (circa 5zł od sporej paczuszki) nie było łatwym zadaniem. Na koniec zresztą skapitulowaliśmy i zakupilismy małe, puchatkowe conieco na domowe pichcenie.

Wreszcie na stole pojawiły się plastikowe pojemniczki z sosami brzemiennymi w mięso kurczaka i ciała krewetek. Poczułem się prawie jak za studenckich czasów, kiedy to na placu Zbawiciela wcinałem z fabim i kaktusem kurczaka na gorącym półmisku u kultowego chińczyka.
Pierwsze rozczarowanie przyszło z aromatem paranthy. Była zbyt tłusta i pachniała słodkim jełczem ghi, lub tańszym popcornem o „aromacie masła”. Duży minus, który jednak został zneutralizowany przez delikatność kurczaka z nerkowcami i miło łechtającą podniebienie ostrością sosu, w którym taplały się krewetki tygrysie. Zadowolenie: 8. Jednak jeśli chodzi o tłustość sosów, to przydałaby im się sauna solution, albo inna liposukcja. Nadmiar tłuszczu wytrącał się niczym ładunek Exxon Valdez w 1989. Również ryż opływał w lipo-dostatki, co jest może dobrym rozwiązaniem przed wieczorem obficie zakrapianym etanolem, ale nie na strawną przekąskę w tygodniu.
Mimo nasycenia tłuszczami nasyconymi Namaste ma swoja magię. Magię, która doczekała się drugiej siedziby w uprzedniej lokalizacji Herbacianego Ogrodu na warszaskey starówce. Jednak przed Mandalą i Kathmandu, zapraszam i polecam tu właśnie.

01/06/2008

Lama z Kathmandu

Filed under: Warszawa,indyjskie — maliboo @ 19:36

Do Kathmandu musiałem podejść dwa razy. Nie żeby było wysoko, czy specjalnie daleko, ale pierwsza wizyta na Wspólnej 65a nie przyprawiła mnie o zawrót głowy.

Miejsce odkryłem zupełnie przez przypadek, kiedy jakiś czas temu szukaliśmy przytulnego miejsca żeby opić z chłopakami mały sukcesik. Wybór padł na Peonię Macedonię. Niestety na miejscu okazało się, że to wcielenie najwyżej podgryza korzonki peonii. Na miejscu było już Kathmandu. Z racji, że oko nie przepada za egzotycznymi smakami, a na dzień dzisiejszy lokal nadal nie dorobił się koncesji, uciekliśmy wtedy do Małej Serbii. Ale co się odwlekło to nie uciekło…

Mój, ostatnio nasilony, lobbing hinduszczyzny spowodował, że w innym składzie i w cieplejszej porze nawiedziliłem ten adres ponownie. Pierwsze wrażenie: wnętrze przeszło chyba tylko lekki lifting ścian po poprzednim właścicielu, bo z południową Azją nie ma tu nic wspólnego. Podejrzewam, że nawet naczynia pozostały w spadku po czasach Peonii. Ale w końcu nie do galerii tu przyszliśmy. Od wejścia nie dało się przeoczyć tutejszego kelnera, chyba dokładnie takiego jakim powinni być ci wszyscy, którzy zajmują sie konsumentami w jadłodajniach. Szarmancki i pomocny, na oko po pięćdziesiątce (wiekowo, nie procentowo) – zawsze skłonny do wyjaśnień. Niestety za pierwszym razem nie mieliśmy przyjemności być obsłużonymi przez niego. Za drugim z kolei zostaliśmy potraktowani trochę po macoszemu. No cóż, para młodych ludzi, to nie sześciosoobowa grupa. Trochę szkoda, bo czar pierwszego wrażenia prysnął.

W przeciwieństwie do mojego ulubionego Arti, ani naan, ani parantha w menu tu nie występują. Są za to papadamy (3zł), podawane z dwoma sosami: zielonym (miętowo-kolendrowy) i czerwonym tamaryndowym o słodkim smaku. Warte spróbowania, chociaż nie warte swej ceny są pierożki momo. 20zł jak za 10 sztuk odgrzewanych klusek na przękąskę, to conajmniej o 5 za dużo. Wspaniałe jest za to tutejsze lassi mango (8zł). Na głowę bije owocowy jogurt, który próbowałem w Mandali. W wersji na słono, z kminem również niczego sobie. Za drugim razem dane mi było spróbować równiez nepalskiej zupy z kurczakiem (10zł) i to było chyba największe rozczarowanie. Smakowała jak cienki rosołek z mięsna wkładką i kokosowym posmakiem. Do czasu… Pani inżynier próbując go poszła w eksperyment i dodała sobie na łyżkę z wywarem zielonego sosu do papadamów. Fuzja ta była na tyle pozytywna, że od razu dorzuciłem dwie łyżeczki do miski z zupą. Może był to jakiś gwałt na zasadach, ale jego owoc był jak najbardziej smakowity. Tutejszy szef kuchni powinien pomyśleć nad lekka zmianą w tym daniu.

Ceny głównych dań są tu do siebie zbliżone i oscylują w granicach 24zł. Oczywiście jak zwykle, ryż nie jest doliczany i występuje tu tylko w jednej postaci: zwykłego biłego ryżu basmati (5zł). Jak zwykle wszystko podawane jest w osobnych miskach, zachęcających wręcz do dzielenia się smakami. Miałem okazję spróbować tu głównie jagnięciny: po nepalsku, w curry i jakiejś na ostro. Mój wybór padł na nepalską – ze świezym pomidorem i ćwiartkami jajka na twardo. Nie okazał się być bardzo trafiony, o niebo lepiej smakowała mi owieczka w curry. Jagnię w wersji ostrej, okazało się za to porażką. Z tego co się orientuję to w lodówce trzymam ostrzejszy ketchup ładgodny, niż to co nam zaserwowano. Narzekam tak, ponieważ kelnerka nastawiła nas na coś naprawdę palącego. Bonusowy kurczak zena okazał się drobiową odmianą mojego dania. Sos był ok, ale nie było to również nic powalającego. Z tego co pamiętam to jagnięcina w nepalskiej wersji z Mandali była smaczniejsza.

Tutejsze porcje, mimo, że nie wydają się wielkie naprawdę, sycą. Na oko ilość mięsa i sosu jest ciut mniejsza od tego co można dostać w Arti, ale nie można naprawdę narzekać. Po spałaszowaniu papadamów, pierożków i całej porcji jagnięciny czułem się naprawdę pełen. Być może uczucie to potęgował tutejszy klimat. Jest już dość ciepło, a klimatyzacji, czy inszego nawiewu się nie uświadczy. Podejrzewam, że z każdym kolejnym, letnim tygodniem może być gorzej. Szybkość obsługi również nie powala, ale to akurat, szczególnie gdy się nikomu nie śpieszy, uważam za plus. Jest czas na rozmowę i obserwację otoczenia. Które czasem może zaskoczyć swoim sfoszonym zachowaniem. I tu mała dygresja.

Po zapłaceniu rachunku sześcioosobowy stolik za nami, obsługiwany przez wspomnianego na początku kelnera, zajęła trzyosobowa ekipa haute consommateur, żądając wyraźnie obsługi przez pana kelnera. Widocznie pani – rodowita hinduska? im nie odpowiadała. Nowela jaką odegrali nie mogła pójść w niepamięć, chociażby dlatego, że zen i maczek by mi tego nie darowali.
Trzyosobowe państwo, które zasiadło, pod przewodnictwem naczelnego recenzenta kulinarnego prawdopodobnie z podsiedleckich rejonów, zabrało się właśnie do wyboru dań. Pan recenzent długo dywagował nad wyborem dań swoich gości. Stwierdził, że jeśli mięso nie będzie odpowiednie, to wyjdzie i nie zapłaci rachunku. Z tego co się zorientowałem kelner przystał na tę umowę. Gdy obserwowana współbiesiadniczka wybrać rybę, smakosz wtrącił się pytając, czy sola, podana będzie bez ości. Na hasło, że są to gotowe filety dopytał się jeszcze czy ze świeżej ryby. Słysząc przeczącą odpowiedź odradził chyba to danie.
Nie wiem czy pan zdawał sobie sprawę z położenia geograficznego Warszawy, ale jedyna świeża ryba, którą można tu dostać w cenie do 20zł to ta z Wisły. W czasie oczekiwania, siedząc w pobliżu, nie sposób było nie usłyszeć samo-uwag na temat ekonomicznej zaradności pana znawcy. Wszak sztuką jest „zwracać uwagę na każdą złotówkę”. Konsumpcja naprzeciwstolikowych gości rozpoczęła się i gdy już wydawać się mogło, że wszystko wszystkim smakuje (a siedząc niedaleko nie sposób było nie słyszeć) pan krytyk kulinarny zawezwał obsługę w celu złożenia zapytania:
- Co to za mięso?
Odpowiedź pani kelnerki, po chwili zaskoczenia tak głupim pytaniem: „jagnięcina” została skwitowana pogardliwym kręceniem głowy i parsknięciem gminnego znawcy. Następnie stwierdził kpiąco, że to chyba jakaś lama być musi i na pewno nie jest to jagnięcina. Zaawocowało to natychmiastowym stworzeniem tematu do dzisiejszego wpisu i ochrzeczenia go tym epitetem przez naszą ekipę. Po tej uwadze reszcie towarzystwa z jego stolika również przestało smakować i zaczęliśmy słyszeć narzekania, że „no tak”, „no mi też”, „jednak to nie to”. Cała sytuacja była tym bardziej żenująca, że miła starsza para, która niedawno zasiadła tuż obok nas, została lekko zbita z tropu. Fakt, gdy w restauracji słyszy się takie hasła zaraz po wejściu można się przestraszyć. W tym przypadku raczej antypatycznej klienteli w postaci pana lamy.

Żeby jednak na koniec zostawić coś dobrego rozpłynę się nad jagnięciną z kozieradką. Początkowo obawialiśmy się trochę zbyt mocnego aromatu przyprawy, jednak po zapewnieniach kelnera, że warto spróbować właśnie tego dania złamaliśmy się. I naprawdę było warto. Mnie osobiście odpowiadał lekko mdły smak sosu, z naprawdę delikatnym aromatem kozieradki. Jednak to danie, no i może jeszcze jagnięcina curry nie spowoduje, że zawitam tu raz jeszcze. Brak naanów i mimo wszystko niezbyt bogate menu (nie ma tu chyba nic „z pieca” tandoor) powoduje, że miejsce to jest raczej na dwa-trzy strzały. Jeśli chodzi o hinduszczyznę w przystępnej cenie dla mnie niepodzielnie króluje Arti przy placu Zawiszy.

13/11/2007

W koło mandali

Filed under: Warszawa,indyjskie — maliboo @ 21:21

Pragnienie czegoś inszego i rekomendacja Marcina zapędziła nas na Emilii Plater. Stare kąty, gdzie zdawałem z całkowitym niepowodzeniem (dzięki o Panie) na profil biol-chemiczny liceum Hoffmanowej. W drodze z Centrum na Emilii Plater 9/11 chcąc niechcąc musiałem minąć to miejsce dwudniowej bodajże katorgi, która miała miejsce latem 1994 roku. Żeby podtrzymać dramatyzm musiałbym w tym miejscu zacząć zmyślać, bo 13 lat robi swoje, a skleroza oczywiście nie boli. Więc skończę na tym.

Napaleni menu na stronie Mandali praktycznie od wejścia wiedzieliśmy jakie mięso wyląduje na stoliku. Wytęskniona jagnięcina przede mną i kaczucha dla Kasiorka. Ale zanim do tego doszło, czy raczej to doszło do nas czekała nas droga przez zakamarki starego Śródmieścia. Mijając Małą Serbię, która cały czas mam na to-eat liście w chłodzie i mżawce doprowadziliśmy swoje zadki w miejsce dokładnie takie, jak opisał to Nowak na wybiórczej. Ciemno było, tośmy elewacji nie popodziwiali, ale nawet wnętrze zdradza industrialną przeszłość budynku. Co oczywiście w konsumpcji nie przeszkadza. Restauracyjne wnętrze ma raptem kilka niedużych stolików, parę malowideł w indyjskim stylu na ścianach. Te ostatnie być może maźnięte przez wspomnianych u Nowaka „aspirujących do tego miana”. Wystrój tej części należy raczej do skromnych, niż przeładowanych kolorem, jak w filmach rodem z Bollywood. Mandala posiada też część klubową, jednak tam zawitać mi dane nie było.

Cierpliwie czekając przy swoim stoliczku, po dłuższej chwili osłodzonej wciąganiem mango lassi(10zł) dostaliśmy zamówioną jagnięcinę masala po nepalsku(30zł) i kaczkę zielone curry po tajsku(32zł). Jeśli chodzi o napój hinduskich bogów, to ten miksowany jogurt mnie nie zachwycił. Być może trzeba było zamówić bardziej tradycyjną, słoną wersje, która byłaby pewnie zbliżona smakiem do tureckiego ayranu. Ale wracając do papu… Wniesione porcje na początku nie wydawały się duże. Jednak to tylko złudzenie optyczne które przechodzi z każdym kolejnym kęsem. Ryż podany w jednej z przegródek naczynia w którym serwuje się tu dania był bardzo dobry. A ponoć nawet wyśmienity. Kaczka (jak ja nie cierpię tego mięsa) miała bardzo charakterystyczny, mdławy sos z dodatkiem trawy cytrynowej. Naprawdę inny od tego co jadam zarówno na co dzień jak i od święta. Nie wydaje mi się, żeby ktoś, kto nie gustuje w takich śmietanowo-kokosowych smakach zjadł wszystko. Toteż spakowaliśmy resztę na wynos. Za to moja jagnięcina to inna bajka. Podana w ostrawym sosie, z połówkami jajek na twardo na wierzchu, również w towarzystwie cytrynowego zielska, smakowała wybornie. To ona jest spirytusem mowensem chęci mojego powrotu na Platerowej dziewięć przez jedenaście. Kuszą mnie jeszcze warzywa i kurczak pakora(12zł), jak i coś z tofu w podobnym układzie z sosami, co reszta tutejszych mięs. Gdyby tylko bronx był tu ciut tańszy, wiedziałbym gdzie spędzić piwny wieczór w przyszłym tygodniu…

Powered by WordPress