mali*ciouş

01/03/2009

Cztery w skali Beauforta

Filed under: Warszawa,fużyn,swojskie — maliboo @ 16:03

Kołysał nas zachodni wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą został.
I nagle ktoś jak papier zbladł:
Sztorm idzie, panie bosman!

Jako typowy szczur lądowy unikam grogu, szkorbutu i knajp z szantami. Jednak zaproponowany przez Kurę Galeon nie wyglądał jak typowa knajpa z rozśpiewanymi marynarzami i ich ubogimi krewnymi: żeglarzami z Mazur. Chociaż mając w pamięci otwarcie filmu „Trzeci”, to na tę ostatnią opcję mógłbym przystać. Pod warunkiem, że na pokładzie również będzie Szapołowska mojego pokolenia: Magda Cielecka (dzieci nie podglądają).

Nie wiedzieć czemu, pierwsze wrażenie jakie zrobiła na mnie ta knajpa, to celowanie w klientelę w wieku 40-50lat. Cóż w końcu człowiek ma tyle lat na ile się czuje. Zatem wpasowałem się idealnie.
Mimo, że na miejsce przybyliśmy dobry kwadrans przed rezerwacją obsługa nie robiła większych problemów. No może poza nadgorliwym panem ochroniarzem, który przemiłym tonem warszawskiego prażanina oznajmił kumplowi żeby ten zostawił plecak w szatni. Być może przemiły pan bał się, że wejdziemy z własnym pontonem, lub wyniesiemy ichnie kapoki?

Na temat wystroju nie ma się co rozpisywać. Kto był na Darze Pomorza, ten wie czego się spodziewać. No może jest tu trochę więcej miejsca niż na tej szkolnej łajbie. Już na wstępie ochoczo zobligowałem się do wspinaczki na takielunek. Obawiam się jednak, że ten był przymocowany równie trwale, jak życzliwe uśmiechy obsługi. Więc ostatecznie nie zaryzykowałem skrecęnia kostki. Chociaż na wygłupy przyzwalała atmosfera miejsca: mimo iż był piątek, sala w której siedzieliśmy była prawie pusta. No cóż kryzys panie.

Czekając na pozostałych zamówiliśmy trunek lądowych szczurów i programistów (żywiec 16zł/litr, 9zł/0.5), a do tego przystawkę w postaci chorizo duszonego w winie z trzema grzankami grzaneczkami (24zł). Bardzo dobre, ale to raczej sprawka masarza, nie kucharza. Oczywiście ilość miała się nijak do ceny. Jeśli jesteśmy przy przystawkach warto wspomnieć o ubogiej, aczkolwiek fajnie podanej porcji kęsków kurczaka w pikantnej panierce (16zł). Podlane zostały sosem czekoladowym i jakimś ostrym wynalazkiem. Kaszaną wieczoru okazał się tragiczny tatar z łososia (27zł). Zawsze mi się wydawało, że urok surowego mięsa polega na jego prostym smaku. A ten na pewno nie zostanie znaleziony wśród mieszaniny z cebulą w proporcji 1:1. Ryba to nie wołowina!

Gdy w głowie zaczynało już być słychać morza szum, ptaków śpiew przyszła pora na danie główne. Poza sporym rybnym wyborem znalazło się tu również miejsce na coś bardziej suchego za życia. Wybór padł na karkówkę z rusztu (27zł), kurczakową szpadę korsarza (34zł) i jagnięcinę pieczoną w ziołach z sosem baskijskim (51zł). Mając jeszcze w pamięci to co dostał krzepa w Tabace liczyłem na coś naprawdę godnego. Za wystawanie przed szereg zostałem upomniony, że pewnie znów dostanę spalone kostki. Jednak taka pomyłka jaką zaserwowano nam kiedyś w Banja Luce zdarza się chyba tylko raz na dekadę.
Rozczarowanie przyszło z innego frontu. Najgodniejszym okazał się talerz na którym zaserwowano moją owcę. Wielkością przypominał koło od malucha, a może nawet od dużego fiata. Na nim trzy ziemniaki opiekane w całości, trochę grillowanej papryki i czegoś co mogło być zdeptanym szparagiem. Pośród tego bogactwa warzyw, niczym mała, bezbronna owieczka na wielkiej ceramicznej polanie, krył się jagnięcy kotlecik. Na początku zacząłem szukać śladów sosu na brzegu talerza. Jednak nic nie wskazywało na to by reszta mięsa się ześlizgnęła kelnerowi z talerza. Tak miało być. Smak jak smak. Ziół w których, wedle opisu, była pieczona sztuka mięsa nie wyczułem. Sam kotlecik wyglądał bardziej jak rosołowe po ugotowaniu. W dodatku z tłustą wstawką.

Kurczak ze szpady bronił się dwoma sosami z którymi został podany. Chociaż po samej szpadzie zostały tylko przestrzeliny w kawałkach mięsa. Samo mięso wydało mi się mało słone i niebardzo doprawione. Podobny sos jak do kurczaka został podany do karkówki. Z tym, że tu już brakowało tego serowego (na czymś gorgonzolopodobnym), podany był tylko pomidorowy na bazie świeżych pomidorów i cebuli (o ile dobrze pamiętam). Ostatecznie wygrała karkówka, smakiem i ilością nie przebijająca jednak tego co można zjeść w Samych Swoich.

Najprzyjemniejsza część wieczoru przyszła jednak z rachunkiem. Kwitek, którego jeszcze nie zamówiliśmy, został dodatkowo przypomniany wybiciem szklanki przez obsługę. Znakomity przekaz wyjaśniający cel jego podania. Czas zapinać do domu drodzy klienci, jest piątek i chcemy już iść wracać! zdawał się śpiewać dźwięk dzwonka. Pijani bardziej swoim towarzystwem niż wypitym alkoholem (co jest oczywiście wierutną bzdurą i było zupełnie odwrotnie), sprawdziliśmy sumę i ochoczo przystąpiliśmy do zapłaty. Z całego siedmioosobowego towarzystwa nie znalazła się chyba ni jedna osoba, która byłaby w pełni zadowolona z obsługi, co też chcieliśmy „wyrazić” swoim gestem przy napiwku. Niestety tak to już bywa z dzisiejszymi kelnerami, którzy w swym zawodzie szukają jedynie łatwego zarobku. Doliczono nam bez pytania i co gorsza bez wcześniejszego ostrzeżenia „tradycyjne” 10% serwisu. W stanie lekko wskazującym nikt nie zwrócił na tę drobną pozycję. Zresztą po cóż to robić, jeśli holduje się zasadzie partnerskiej uczciwości.
Pozwoliłem sobie dziś zadzwonić do tego przybytku. Miły pan poinformował mnie jeszcze milszym głosem, że restauracja Galeon nie pobiera, ani nie wymaga żadnych dodatkowych opłat przy rezerwacji, czy od pewnej ilości osób. Zasada taka obowiązuje jedynie przy grupach, które z góry ustalają menu (swoją drogą to dziwne). Nie muszę wspominać, że nasze było wyborem chwili. W dodatku mój interlokutor zdziwiony był, że w Warszawie istnieją miejsca gdzie rezerwacja wymaga od klienta wpłacenia zaliczki, ustalenia menu, lub minimalnego rachunku na osobę. Ale zdarza się.

A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: – Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Cztery w skali Beauforta!

08/03/2008

Bednarska na kłopoty

Filed under: Warszawa,fużyn — Tagi: , , — maliboo @ 21:53

Tak jak Betlejem Tuska: Wolne Miasto Gdańsk miało swojego Bednarskiego, tak Warszawa posiada własną Bednarską. Ekspedycja, jak zwykle ostatnio, z polecenia. Zachęcony opowieściami o seróweczce z suszonymi pomidorami i nadzieją na roladkę z kurczaka z tymiże samymi (ooo WordPressie w Operze, jak ja cię nienawidzę!) wybyłem na miejsce w godzinę herbatnią. Idąc do celu trzeba mieć w pamięci to, że jest to ulica dość stroma i nie warto łoić przy stole do upadłego. Tym bardziej, że wracać trzeba pod górkę.
Od Krakowskiego Przedmieścia nie trafić tam nie sposób. Charakterystyczne logo z kapeluszem, który nosił Friedmann w piątkowym serialu wisi tuż obok Pierogarni. Wnętrze kawiarniane, ale też wybór żarcia nie wskazuje na to, że jest to przybytek dla nastawionych bardziej na konsumpcję. Z racji, że tego wieczoru nastawiłem się na browarzenie od razu zbadałem miejsce strategiczne dla tego wyboru. I tu moje rozczarowanie: na całą knajpkę jest ponoć tylko jeden pokój zwierzeń. Aliści mało to, bo knajpa dysponuje dwiema salami dla niepalących i jarących petki. Po wstępnym rekonesansie, mając na względzie popołudniową porę, zamówiliśmy od razu półtoralitrowe dzbanki piwa. Wszkaże po co kłopotać obsługę zbędnymi zapytaniami. Niestety, okazało się, że Tyskiego z internetowego menu, za blach 16 nima (jest za 18). Został „do wyboru” tylko Żywiec za 18. Do tego oczywiście serówa z suszo-pomido, ale nie za obiecane 10zł, tylko za złotych 12, bo chyba nikomu nie chciało się zaktualizować cen na własnej stronie. Sama pasta nie była zła, do tego sześć trójkątnych połówek chleba tostowego, na ciepło, ze świeżym ogórasem. Całość komponowała się trochę mdło, ser mógłby być ostrzejszy. Po lekkiej konsumpcji nadszedł czas na alkoholową kontemplację w „klimacie starej Warszawy”. Nie wydaje mi się, żeby przedwojenna Warszawa, nazywana drugim Paryżem, była ospała. A niestety obsługa, chociaż bardzo miła, taka tu bywa. Na pewno brak zasięgu w komórce doskonale wpisał się w ten slogan. Ale „stare”, tuż powojnenne, solidne budownictwo skutecznie blokowało wszelkie sygnały, mimo pobliskiego okienka na poziomie ulicy.

Po drugim dzbanku piwa przyszedł czas na coś konkretniejszego. Pomidory w serówce trzeba było znaleźć w czymś innym. Na stole wylądowała więc grillowana roladka z kurczaka z lekko kwaśnym nadzieniem z suszonych jabłek miłości. Do tego kostki opiekanych ziemniaków i blanszowane warzywa, podane z sosem z pleśniowego sera. Porcja ni mała, ni duża. Na wyrost można powiedzieć, że w sam raz jak na swoje 28zł. Na pewno więcej jedzenia było przy wieprzowych polędwiczkach w grzybowym sosie (30zł). Następnym razem skuszę się tu na zupę cebulową z serowymi grzankami (8zł) i którąś z sałatek. I na pewno o jeden dzbanek piwa mniej!

Bednarska, to przede wszystkim duży wybór herbat i kaw, a do tego kilka słodkich deserów również się znajdzie. Oczywista oczywistość bliskiej bliskości Starówki i przystępne ceny stawiają to miejsce na bardzo dobrej pozycji w rankingu stosunku cena/jakość/klimat. Tym bardziej, że można tu również skosztować legendarnego Starbucks‘a. Bednarska na kłopoty? Jak najbardziej! Kolejnego dnia kac gigant nie opuszczał mnie aż do wieczora.

29/10/2007

Lans? Eee..

Filed under: Warszawa,fużyn — maliboo @ 22:00

Nie wiem jak mi wpadło Lanse na placu Konstytucji, a.k.a. MDM, prawie na przeciwko indyjskiej Maharajiy. Chyba trafiłem na jakiś komentarz na warszawa.pogodzinach dotyczący gratisowego piwa do golonki w czwartki. Uprzedzając fakty golonki nie było, podobnie jak i czwartkowej promocji. Zresztą cóże ci to za golonka w miejscu, które jest lansowane szyldem SetPoint – doradztwa żywieniowego. Gdzie tłuszcz i puste kalorie?
Nie wiem skąd wzięła się miejska legenda na temat opinii gay-friendly tej restauracji. Jako prości heterycy nie odczuliśmy tu odmiennego charakteru miejsca. Może właśnie na tym polega sekret? Sztuczne pompowane renomy knajpy jako gejowska restauracja/klub/miejsce jest właśnie tym co dzieli, a nie naturalnie łączy ludzi.

Gdyby nie Marcin, to pewnie cofnęliby nam rezerwacje, bo wyjątkowo musiałem się spóźnić. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Wpadliśmy spóźnieni dobre pół godziny, głodni i spragnieni w związku z czym na stół od razu wjechał Żywiec (7zł za 0.5l i 12zł za 1l), a zaraz za nim cztery razy… przysmak św. Huberta (26zł) w ilości sztuk czterech. Spektrum degustacji zostało więc zawężone do jednego dania niestety. Chyba też dlatego tu jeszcze wrócę na nieodżałowaną golonkę. Jeśli chodzi o zamówione danie, to w menu stoi: „przysmak św. Huberta – polędwiczki wieprzowe w sosie z leśnych grzybów, kopytka majerankowe”. Pk, dostane majerankowe kopytka? Na pewno będzie to ciasto rozrabiane z majerankiem – to dość ciekawa kombinacja. Jakim zaskoczeniem było, obok górki sałaty, trzech zrazów i sosu grzybowego, parę kopytek… posypanych majerankiem. Na wierzchu. Od góry. Nie w środku, ugotowane z wonnym majerankiem. Nie. Posypane, z wysoka tak. Sos i grzybki były ok, mięsko, sałatka niczego sobie, .. pal licho te kopytka. Ale wszystkie jakieś takie bez charakteru. Niestety. Nie zachwyciło mnie jadło na talerzu i nawet kolejny, litrowy kufel piwa nie był w stanie zapełnić pustki rozczarowania. Rozczarowania właśnie. Nie było mi łyso, nie zatkało kakao, po prostu za mało. Szczególnie jak na miejsce, które zwie się typowo lansersko.

I to koniec. Naprawdę. Nie ma nic więcej. Może gdybyśmy wyszli wcześniej to zahaczylibyśmy pobliskiego Szwejka vis-à-vis. Trochę mi za mało było, ale też już więcej bym nie zmieścił, nie za mała, ale też niezbyt obfita z racji dietetycznej otoczki restauracji, porcja wystarczyła mi na ten wieczór. Gdyby nie hektolitry chmielu byłbym w stanie pamiętać dokładnie ten wieczór i pewnie jeszcze bym tu nie wrócił. Jednak golonka, tak, ta histerycznie powtarzana i upragniona świńska gicz zaciągnie mnie tu chociaż jeszcze jeden, ten jedyny raz…

05/09/2007

Pusta Butelka

Filed under: Warszawa,fużyn,swojskie — maliboo @ 19:19

Cynk na Butelkę na Podwale 29 dostałem podczas czwartkowej wizyty w Bierhalle. Po tej kulinarnej porażce jakim była ta warzelnia piwa muszę przyznać, że cokolwiek się napaliłem na lepsze i większe porcje. Poniedziałek zweryfikował trochę minirecenzję kolegi Piotrka.

Butelka to nowa knajpa, otwarta rzut beretem od Kompanii Piwnej na Podwalu 25. Bardziej lotne osoby z pewnością zauważą, że bliskie położenie zdradza już sama numeracja. Póki co nie mają tu żadnych promocji na bro, czy jedzenie. Ale jak się dowiedziałem coś takiego jest w planie. Przyda się. Sąsiedztwo takiej fabryki jedzenia jak Kompania nie ułatwia prowadzenia biznesu. Przezornie zarezerwowałem stolik, co jak się później okazało nie było zupełnie potrzebne. Po dotarciu na miejsce przywitały nas puchy. Przynajmniej na wewnętrznym ogródku osób było niewiele.
Menu nie przeraża wyborem, może to i dobrze, ale też nie łechce cenami. Pozostała nadzieja z minirecenzji na dobre i dużo. Ale na początek trzeba przygotować podkład – wjechało więc piwo, niestety Żywiec i tylko w półlitrowych kuflach (8zł). Jako wjazdowy apetizer wjechł chlebek na oliwie. Do wyboru: z czosnkiem lub papryką. Chlebek ciepły, niestety na pięciu chłopa ilość jaką nam podali starczyła na dwa kłapnięcia szczęką. Bez dokładki. Jeśli chodzi o grubsze jedzenie, to postanowiłem zaryzykować i wziąłem Parmiggiani- medalion cielęcy i z indyka zapieczony z serem mozarella i pomidorami (29zł), chociaż kusił mnie też wybór krzepy, czyli paski cielęciny w sosie śmietanowo-pieczarkowym z kluskami z deski (25zł). Ale wystraszyłem się trochę tych klusek z deski. W końcu wióry i drzazgi mogłyby mi powchodzić w dziąsła, co mogłoby skutkować załamaniem mojej grafomańskiej kariery.

Porcje, które wjechały na stół obiecywanym rozmiarem nie powaliły, aczkolwiek do małych też nie należały. Cielęcy wybór krzepy okazał się strzałem w dziesiątkę. Widocznie deska z której były kluski została dokładnie przemielona. Sos śmietanowy miło współgrał z paskami mięsa. Jeśli chodzi o moje medaliony, to lekkim rozczarowaniem był brak jakichkolwiek węglowodanów czy to w postaci ryżu, czy ziemniaków. Pomijając może mąkę, którą był zagęszczany sos. Obok mięsa pod serową pierzynką na patelni pojawił się również plaster bakłażana. Niestety swoją wielkością górował nad obydwoma kawałkami mięsa. Jeśli miałbym ponarzekać to na ciut kwaśny sos, ale za to czuć było w nim wyraźnie pomidory. Chyba niestety z puszki.

Było dobrze, chociaż po nazwie spodziewałem się czegoś w bardziej pijackim biesiadnym stylu. Jeśli chodzi o piwne, męskie posiadówki, to Butelka raczej nie wchodzi w grę. Jest tu za ładnie, a fontanna w patio nastraja bardziej romantycznie, niźli rubasznie. Jako miejsce na (nie)zobowiązującą kolację z dziewczyną, jak najbardziej. Póki co, miejsce jest nowe, więc chyba trzeba dać mu czas na lekkie urozmaicenie menu i oferty. W każdym razie do Butelki jeszcze zajrzę. Kusi mnie krem z brokułów z migdałami i żeberka z miodem i orzechami lub sosem barbacue (35zł).

Powered by WordPress