Wizyta w Bliss Garden trochę się nam przełożyła w czasie i musiała czekać końca mojego urlopu. W końcu jednak piątkowa kolacja odbyła się pod egidą przybytku na Twardej 42. Trochę spóźnieni wpadliśmy przed godziną dwudziestą w czeluście Związku Wędkarza, by zejść do podziemnego “ogrodu”. Na wejściu skinięciem glowy przywitała nas chińska matrona pilnująca kulinarnego dobytku. Od razu przyszła mi na myśl niezapomniana wizyta w świętej pamięci Tien-Tien, przemianowanym teraz na Mekong. Tomek już na nas czekał w towarzystwie staropramena (11zł), więc dołączyliśmy czem prędzej powiększając piwne kworum o rodzimego żywca (9zł).
Obsługa w postaci młodziutkiej azjatki, uroczo kaleczącej polski, podjęła nas błyskawicznie, domagając się zamówienia. niestety, widocznie żeńska cecha: niezdecydowanie skutecznie powstrzymała mnie od wyboru dania głównego, decydując się wprzódy na chińskie smażone pierożki (9zł/6 sztuk) w podwójnej porcji. W przeciwieństwie do piwa i na podobieństwo dań głównych na jedzenie musieliśmy chwilkę poczekać. Dwanaście podsmażonych z jednej strony paczuszek wylądowalo na wspólnym talerzyku w towarzystwie dwóch sosów. Łagodny i słodki nie przypadł mi do gustu. Jednak jego brat bliźniak, niczym Arnie w Twins, nadrabiał za dwóch, ratując z całkowitej porażki zarówno swojego sos-brata jak i pierogi. Sory Winnetou (bez mieszania w to indiańskiej kuchni)- ten wybór okazał się nietrafny.
Wesoło deliberując nad socjologicznymi aspektami portali społecznościowych, a w szczególności nad wagą kwizów w kontekście szacuna u ziomów, wybraliśmy dania główne. W kolejności: makaron sojowy smażony z warzywami (22zł), wołowinę w czarnym sosie (29zł) i jagnięcinę na gorącym talerzu (39zł). No i ryż (4 zł), ponieważ wliczenie go w koszt zestawu zapewne brzydko podniosłoby cenę. A tego w kryzysie nam nie trzeba. Oczywiście na dania dane było nam poczekać ciut dłużej niż na pierożkową przekąskę. W końcu dobre rzeczy wymagają czasu.
Jednak ani przeciętny makaron z warzywami, ani wołowina w czarnym sosie nie uwiodły mnie. Inaczej było z jagnięciną. Ta, wręcz przeciwnie, zamiast uwieść zawiodła. Na całej linii. Nie wiem jak się przyrządza małe owieczki na chiński sposób, ale tej, podanej mi nie rozpoznałbym od wieprzowiny ni kolorem ni smakiem. Może to kwestia przypraw, może sprawa smażenia lub języka ogłuszonego jednym piwem, ale bardziej przypominalo mi to pospolitą wieprzowinę niźli owcze mięso.
W pierwszym starciu Bliss Garden poległ. Jedyną nadzieję niosą ze sobą słodkie, sezamowe kuleczki z pastą sojową (12zł). Czy może powinny czerwonej fasoli? Dorodne niczym meksykańskie cojones, podane z paćkami bitej śmietany. Chociaż tu Blondi, i ja – po namyśle – preferujemy karmel, rodem z Wooka, który ostatnio trochę się podniósł ze swojej klęski. Acz nieznacznie. Czekając na …nie nie, nie na Godota, wykurowanie się zapisuję Bliss Garden w kajeciku, żeby zweryfikować powyższą wizytę. Może następny raz okaże się smaczniejszy.