…rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Zupełnie przypadkowo wypadło, że w moje imieniny. Całe szczęście nikt nie pamiętał. Zawsze się czuję skrępowany życzeniami, chociaż nie zaprzeczam, że jest mi miło. Krzepa jęczał o Czerwonego Wieprza, ale Andrzej polecał przybytek na Szkolnej 2/4: Tawerna Tabaka. Dodatkowo recenzje na gastronautach zachęcają. Mocna trójka w medianie i czwórka od chenoi dają gwarancję zadowolenia. Lecz de gustibus etc. – trzeba było spróbować samemu.
Jadziemy z tym koksem.
Piątek godzina 18:30 to zły czas na rezerwacje. Po prostu nie da się już wysiedzieć w fabryce, szczególnie mając w pamięci smak i zapach bułgarskiej czubricy. W końcu ten drugi to najtrwalszy ze zmysłów. Dlatego wesoło wpadliśmy do przybytku zaraz po szóstej. Nasz stolik, całe szczęście stał już wolny. Niestety miejscówka nieco mniej szczęśliwa, bo na głównej trasie gastronomicznej realcji kuchnia – sala.
Tabaka często bywa porównywana z Banja Luką na Puławskiej. Jeśli chodzi o metraż to ta druga równać się nie ma co. Na Szkolnej miejsca nie brak. A i rozkład siedzisk jest odpowiedni. Do gustu przypadły mi miejscówki we wnękach. Jest taka czteroosobowa za koralikowym zwisem sufitowym, jednak i te więcejosobowe za przepierzeniami z wiklinowego barachła też są fajne. Wśród przaśnego wystroju, lamp rodem ze Sfinksa, da się miło spędzić czas. Chociaż wiadomym jest, że nie miejsce, a towarzystwo gwarantuje dobrą zabawę. Co nie zawsze jest prawdą oczywiście
Każda podróż zaczyna się od schodów, czy jakoś tak. Tymi akurat schodziliśmy w dół, po podjęciu kurtek w szatni (panie szatniarzu: piwo bez soku smakuje lepiej) zostaliśmy poczęstowani lampką czegoś gorącego. Jeśli miał być w tym alkohol, to z pewnością wyparował po zagotowaniu. W każdym razie słodki korzenny soczek „z czegoś” był miłym gestem na powitanie. Nie wspominałbym być może o tym, gdyby nie to, że milszych gestów potem również nie brakowało. Od wejścia, a ja już od środy, nastawiliśmy się na przystawkę w formie Midi sa wino, (mule duszone na maśle i białym winie z dodatkiem czosnku, cebuli i natki pietruszki – 29zł). Porcja akurat odpowiednia dla dwóch osób, tak żeby zachęcić żołądek do mięsnego najazdu za trzy kwadranse. Przed skorupiakami zostaliśmy poczęstowani wspominaną, reklamowaną, chwaloną, pyszną oliwą z ciepłym pieczywem. Jako czekadełko (a bułki z kosza jako wylizadełko do sosu z omułków) spisało się wspaniale. Oliwa zaprawiona octem balsamicznym i ostrą papryką w połączeniu ze świeżym pieczywem wymiatała. Od czasów Butelki nie jadłem tak dobrej przystawki z oliwą w roli głównej. I niech w tym miejscu się schowa nawet St. Antonio ze swoim ziołowym przysmakiem. Jest to rzecz dla której zjawię się w Tabace raz drugi, trzeci i być może czwarty! Same morskie śmiecie nie były już wstanie dorównać darmowej przystawce. Tu oczywiście moje zdanie i zdanie krzepy rozbiło się o fiordy gustów i guścików. Ja twierdziłem, że przesolone omułki są dużo gorsze niż w Szwejku, jemu cebulowa zaprawa smakowala bardziej. Jak dla mnie zbyt słabo podduszona cebula i za ciężki sos zabijały smak skorupianego ustrojstwa i całośś przypominała bardziej jajecznicę na maśle z cebulką, niż owoce morza.
Po porcji mięczaków, sącząc Carlsberga (8zł – ale czemu nie było Okocimia palonego?) wsłuchiwaliśmy się w dźwięk dzwoneczków noszonych przez panie kelnerki na najlepszej części ciała kobiety. Nadawały one (dzwoneczki, nie pupy) na dość wysokich częstotliwościach, przypominając trochę ultradźwiękowe odstraszacze psów. Całe szczęście był piątek, więc wszyscy ubrani byli bardziej casual, niż korporacyjnie.
Nasza cierpliwość została nagrodzona. Chociaż czekanie Radzia nieco wcześniej. Na stół wjechał zamówiony przez niego gigantyczny kawał jagnięcego udźca (69zł). Wedle słów pani kelnerki marynowany przez 3 dni w specjalnej zalewie. Do dostania ponoć tylko w piątki i soboty. Plotki tej nie potwierdzam, jednak coś takiego jak sezonowośc dań w restauracjach bardzo mnie nakręca. Fajnie dostać coś, czego nie można zjeść na codzień. Taki wybieg odświeża ustalony model biznesowy w postaci, przetartego i podniszczonego czasem, menu.
Czekając grzecznie na swojego steka z wołowiny (43zł) podżerałem biednemu krzepie z jego grillowej pateni, czy rondla, soczystą owieczkę. Oczywiście z reporterskiego obowiązku musiałem spróbować Kebabczeta Marcina (30zł) i Pile po turski, czyli pieczony kurczak w miodzie i balsamico z prażonym sezamem i orzechami (30zł) Andrzeja. Niestety kebapcze w wykonaniu Tabaki to kolejna po mulach niedoróbka. Owszem smaczne jako kotlety, ale to co daja w Nesebarze bije miejscowe paluchy z mielonego na głowę. Kurczak w miodzie, a głównie jego wielkość, nokautował. Mięso soczyste, niewysuszone i do tego słodki, miodowy posmak. Napisałbym, że trzeba się było dobrać również do orzeszków, ale zabrzmialoby to dość homo, lub zaleciało dowcipem o przemytnikach wiewiórek.
Wracajmy więc do mojej sztuki mięsa. Stek, wysmażony w kratkę, przyrządzony na medium był boski! Może nie następnym, ale na pewno kolejnym razem wezmę coś nawet mnej wysmażonego. Wołowina rozpływała się w ustach, co zostało potwierdzone wyborem zena, który wziął to samo. Z tą różnicą, że zamówił sałatkę szopską (7zł), której nie dostał. Co oczywiście nie przeszkodzilo tejże pojawić się na rachunku. Fajnie by było, gdyby obsługa dopilnowywała zgodności tego co dostają klienci z tym za co płacą. W końcu technika WYSIWYG znana jest nie od dziś.
Ostatecznie ten zgrzyt nie zniechęci mnie do ponownej wizyty w Tabace. Było dobrze, powiedziałbym, że nawet bardzo dobrze. Do tego stopnia, iż następnym razem skuszę się chyba na Hejdučki kotleti, czyli kotleciki jagnięce (44zł), po których został mi taki niesmak z Banja Luki. Uraczono nas tamże, a dokładniej Kasię, (wy)suszonym ścierwem wokół owczych kostek. Całe szczęście od czasu menu jagnięcego na Podwalu i wielu wizyt w hinduskich knajpach wyleczyłem się z traumy po tamtym dniu. Co warte wzmianki, to to, że od 10 osób doliczają tu 10% serwis. Ciekaw jestem, czy przy rezerwacjach powyżej tej ilości wymuszają ustalenie menu, niestety jak gdzieniegdzie. Strasznie bydlacki to zwyczaj, tłumaczony zwykle „jakością serwisu” i tym podobnymi bzdurami. Screw that! Myślę, że wolę poczekać na jedzenie 30 minut dłużej niż być zmuszonym tydzień w przód do jego wyboru!