mali*ciouş

11/05/2008

Yeah, here come the rooster

Filed under: Warszawa,amerykańskie — Tagi: — maliboo @ 13:01

Całe szczęście wiesz, że nie umrę (po tutejszym jedzeniu). Chociaż restauracja jadłodajnia Rooster na Krakowskim Przedmieściu powinna się martwić o swoją przyszłość. Pamiętam, że będąc dwa lata temu w Zoppot Stadt knajpa ta była jedną z bardziej obleganych w sąsiedztwie. Widocznie w małych miejscowościach turystycznych (a widzę, że w Zakopanem i Krakowie też mają filię) to spora atrakcja dla znudzonych turystów. Jednak w zblazowanej Warszawce trzeba chyba czegoś więcej. Krótkie gatki mamy w Jeffsie, a piękne panie w Nowym Orleanie (dla wieczoru kawalerskiego warto się ożenić!).

Mój dobry kompan Gburczysław Krzepki jak zwykle marudził, że rezerwacja na 17:15 to zbyt wcześnie. I tak na miejsce dotarlismy spóźnieni dobre 25 minut. Nie byłbym sobą, gdybym po drodze nie poganiał, martwiąc się, że rezerwacja już nam przepadła. O dziwo nie i miejsce przywitało nas pustkami jak na okolice godziny 18. Czerwone Majtki nr 1 przywitała nas z uśmiechem i zaproponowała miejsce w sali nr dwa w głębii lokalu. Po szybkim rekonesansie doszliśmy do wniosku, że piłka nożna i kilkunastoosobowa ekipa głośnych, nalanych, typowo ryżo-blond angolskich angoli, to niezbyt dobry pomysł na spędzenie wieczoru. Wróciliśmy zatem na z góry upatrzoną i zarezerwowaną pozycję, przy wejściu na przeciwko internetowej kamery.

Na początku jak zwykle zgrzyt cenowy. Ja nie wiem co łatwiej zrobić: przygotować i wydrukować nowe menu w lokalu, czy uaktualnić ceny na stronie internetowej. Kiedy właściciele lokali, ba! stron internetowych, połąpią się w końcu, że w A.D. 2008 pierwszym kontaktem z usługodawcą jest Internet. Okocim palone podrożał o całe 50 groszy! Z zachęcającego 7.50 w karcie stało 8zł. Skandal, w obliczu rosnącej inflacji w Którejśkolejnej RP takie zmiany są niedopuszczalne. Do piwa należałoby wciagnąć tradycyjnie kurcze skrzydełka. Niestety okazało się, że tych pikantnych, podwędzanych za 11.90 nima. Zamiast tego wzięliśmy pałeczki z kurczaka. Sztuk cztery. Kury, które były ich dawcami musiały pamiętać chyba jeszcze czasy Wietnamu i ojca Cantrella. Kości na biednych nóżkach byly upitolone w pół jakimś ostrym narzędziem. Mięso natomiast dość mocno przyprawione, nie sugerowało pierwszej świeżości. Całość ratowały trzy sosy, a dokładnie jeden. Ten który pierwej za ketchup wziąłem, ale okazał się nawet całkiem zjadliwą salsą. Dwa udka na głowę to żaden wyczyn, czekając na Jędrka, Który Pracy Się Nie Boi, domówiliśmy kiepskie frytki i kolejny bro. Do piwa nasza miła pani kelnerka Czerwone Majtki nr 1 doniosła popcorn niepierwszej świeżości. I tak już było do końca.

Konsumpcja produktów stałych sprzyja niemówieniu, szczególnie, gdy interlokutor siedzi na przeciwko. Rozglądając się po knajpie zauważyłem parę ciekawych rzeczy. Po pierwsze primo: słupy stylizowane na telekomunikacyjne, czy inne średniego napięcia to lekki serek. Po drugie primo: dział rekrutujący nie bardzo wgryzł się we rozdział „Nasza filozofia” podręcznika Rooster. Po trzecie primo: dość śmieszną sytuacją było, gdy do środka wdarł się trzyosobowy bodajże oddział emerytek. Starsze panie raczej nie pasowały do targetu tego lokalu, jednak usiadły sobie na kawę. Obsługująca je dziewczyna, chyba odruchowo, obciągnęła sobie koszulkę, chowając nerki i brzuch. Po spożytej kawusi wydało mi się, że babcie opuściły lokal nie płacąc. Wrażenie to potwierdziło jeszcze dość dziwne zachowanie kelnerki. No ale to już sprawa pomiędzy nią, a moherowym patrolem.

Mimo kolejnego piwa, a może przez to – moje zdziwienie jak wielkie pustki w knajpie tej są uczynione, ciągle rosło. Była dobra godzina 20, gdy nie tylko można było znaleźć, ale i wybrać sobie miejsce. Widocznie sex nie sprzedaje tak dobrze jak wszyscy sądzą. Smutne to jest jak wszelakiej maści menadżerowie podchodzą lekką rączką do nowych inwestycji. Tu nie wystarczy sprawdzony scenariusz z letniskowych miasteczek, ale trzeba wymyslić coś nowego. Jak piwne promocje w poniedziałek, czy inne happy hour.

Ale do rzeczy, a więc do jedzenia. Jako główne danie tego wieczoru strzeliliśmy sobie po farmer burgerze (24.90zł bodajże). Przeglądałem wcześniej menu i to co dostałem zaskoczyło mnie raczej in plus w stosunku do tego co można zobaczyć na zdjęciach. Znów odbiegnę od tematu, ale zawsze mi się wydawało, że prezentacja towaru powinna być jak w najlepsza. Natomiast zdjęcia w internetowej ofercie wyglądają jak robione telefonem komórkowym u klienta na stole. Może to jakiś trend Web 2.0, czy inne „prawdziwe-bo-amatorskie” porno?
Sam burger jednak smakował ciut lepiej niż się oczekiwałem. Na pewno był smaczniejszy niż ten z Jeffsa, jednak nie umywał się do kanapki z Hard Rock Cafe. Przykre było też to, że nasza kelnerka nie raczyła nawet spytać jakie mięso sobie życzymy. W efekcie na naszym stole wylądowały dwa dobrze wysmażone kawałki mięsa z dość przypalonym grubym kawałkiem boczku. jak dla mnie grubośc można było zdecydowanie zamienić na ilość (dwa cienkie). A i sam kotlet uderzał w lekko suchawe akordy. Nie mogę jednak powiedzieć, że nie byłem ostrzeżony. Przestroga jakiej mi udzielił malak w stosunku do tutejszej kuchni i nie tylko nie była przesadzona.

Jedno jest pewne, nie zaśpiewam raczej z Irenką Santor. Jedyne co by mnie kusiło w menu to stek. Ale na tego wolę powrócić na Podwale, czy do Szwejka, gdzie podają go z sosem z zielonym pieprzem. Cena podobna, a wolę zaufać sprawdzonym garkuchniom. W obecnej formie Rooster nie jest w stanie zaoferować nic więcej ponad Czerwone Majtki™ – a i to tylko raczej pijanym anglikom.

21/09/2007

Jeff’s, amerykański lajf na Polach Mokotowskich

Filed under: Warszawa,amerykańskie — maliboo @ 22:30

Kolejka wpisów jest już lekko przeterminowana, więc nietaktem byłoby sprzedawać nieświeże wspomnienia z Sarmacji, czy Samych Swoich na Pradze. Zaśmiardły się już w poczekalni łącznie z Bordo i Czekoladą na Chmielnej (być tam w sierpniu i nie napisać do tej pory!). Ale nie ma tego złego. Jeśli chodzi o pierwszą restaurację to wpadniemy tam jeszcze nie raz, bo było warto. Co do ostatniej gorzkiej słodkości napisze o tym słów kilka przy okazji kolejnej wizyty w knajpie koloru wina z Bordeaux.
Po całym tygodniu kombinowania i optymalizowania kodu pod starego dobrego, pięcioletniego Flasha MX mózg mam zmulony jak żołądek po paczce żelek. Ale środowy wypad do kolejnej knajpy Jarczyńskiego: Jeff’s wart jest opisania.

Jeśli dobrze pamiętam w miejscu gdzie teraz jest Jeff’s dobrych parę miesięcy stała spalona knajpa. Ale to było tak dawno temu, że już prawie nieprawda. Lokacja przynosi parę wspomnień związanych z wizytami w pobliskiej Proximie i nocnymi powrotami z przystanku vis à vis. Oczywiście nadal mam żal, że wywalili mnie pewnej sobotniej nocy z tego klubu. Z drugiej strony, czy spotkałbym wtedy Adama Małysza?
Środa to dzień krewetek. W dodatku trafiliśmy na ich festiwal, jednak jakoś się nie skusiliśmy. Trudno. Zamówiliśmy standardowe na maśle z czosnkiem. Tutaj na nowo zdefiniowałem sobie pojęcie WYSIWYG. To co pokazują na stronie nie do końca odpowiada temu co się dostaje. Lekka bida, złe nie było, jednak do tych, które jedliśmy w Szwejku się nie umywają. Ale jak mówi Boguś „nie uprzedzajmy faktów”. Na wstęp wjechały wszakże objęte promocja Happy Hour Mozzarella Sticks. Panierowane paluszki z sera, podane z salsą. Sztuk pięć, 11zł, smaczne. Zanim wybiła magiczna godzina 18:00 i szczęśliwogodzinny Kopciuszek zamienił się w mniej przystępną cenowo ofertę krzepa domówił jeszcze Buffalo Wings w ilości sztuk dwunastu, za złotych jedenaście. Średnio ostre, jak dla mnie trochę za, ale biły ten papierowy smak, którym czasem się żywię i bronię w KFC. Tutaj wchodzą wcześniej uprzedzone fakty w postaci podwójnej porcji krewetek za 39zł. W przeciwieństwie do Szwejka dają tu ryż. Jednak same krewetki jakby mniejsze. I tylko jeden smak, ponieważ na ostro były tylko w ofercie festiwalowej. A to i bez okazji dostaniemy na placu Konstytucji we wtorki. Po morskim żarciu i odrobinie promocyjnego Żywca (22zł za 1.5l dzbanek x2 między 15:00 a 18:00) czas było na jeszcze odrobinę rozpusty. Blondi wzięła obrzydliwą tagliatelle z morskimi śmieciami (16zł), a my z krzepciem na pół tłuste, amerykańskie śniadanie (9zł, tak, śniadanie. Po 20:00). Jajka, kiełbaski, boczek, grzanki i kartofle zrobiły swoje. Poziom spustu został osiągnięty.
Trochę żałuję, że nie spróbowałem tutejszych burgerów. Jak powiedział mi Marcin: „jeffs nie jest amerykanska jadlodajnia? bo jesli tak to grzech nie wpieprzyc burgera. to jakby w staropolskiej restauracji objadac sie suszi”. Trzeba się zrehabilitować i dodać do kolekcji spożytych premium burgerów tutejsze. Nie ma tego złego, po wizycie byłem na tyle zadowolony, że wpadnę tu jeszcze nie raz. Tym bardziej, że powrót do Centrum jest miodny z pobliskiego przystanku. W sumie to rzut pawiem beretem od knajpy. Następnym razem od razu na wjazd zamówię półtoralitrowy dzbanuszek Paulanera. Sprzedają go tu w trakcie szczęśliwych godzin za jedyne 35zł/1.5l x2 = 3l. W sumie najtaniej w knajpie, jak do tej pory widziałem.
Jeff’s to całkiem miła miejscówka w całkiem miłym miejscu. Grzech go nie odwiedzić, jeśli kolekcjonujesz kulinarne wspomnienia. Tym bardziej, że mimo braku rezerwacji nie mieliśmy problemu ze zdobyciem miejsca koło godziny 17:00. Dodatkowo pobyt umila (poza krótkimi spodenkami kelnerek w stylu Hooters, czy Rooster) tu muzyka do kotleta, na żywo. Klimaty coverowo-rockowe, przynajmniej w środę. Co prawda Brothers in Arms chłopaki nie zagrali, ale inne standardy Dire Straits i reszta hamerykańskiego rocka poleciała.

12/06/2007

T-Bone w Rodeo Drive. Na każdego steka znajdzie się Kozak

Filed under: Wrocław,amerykańskie,texmex — maliboo @ 22:19

Zew krwi i piątkowy rajd po wrocławskich galeriach wymusił wizytę w Rodeo Drive. Ok, kłamię – planowałem to sobie mniej, czy bardziej od odkrycia tej knajpy przy okazji pisania o fastfoodach. Pewnie ze względu na długi weekend problemów z miejscami nie było, chociaż z klimą a i owszem. Na pięterku było ciut duszno, ale taka pora. Otwarte okna to nie to samo co dmuchawa pod sufitem. Z drugiej strony zwisające z niego wiatraki i lekki zaduch stworzyły południowy, teksański nastrój.

Mimo tego, że marudziliśmy na początku, jak zwykle, nie wiedząc na co się zdecydować pani Kasia podjęła nas wzorowo. Upalny dzień domagał się zgaszenia szklaneczką paulanera (9zł) i truskawkowym drinkiem/koktajlem (ca. 16zł). Schłodzenie istoty białej pomogło w podjęciu decyzji: bierzemy fajitę (35zł) zamiast quesedilli (17zł) i t-bone (49zł) zamiast filetu mignon (39 i 49zł). Przyznam się, że przy opcji drugiej pomogła mi informacja, że dziś na dużą porcję mignona nie mam co liczyć. Naturalną rzeczą przy mięchu było to, że w cenie podanej na karcie są również dodatki: o niebiosa! do wyboru! Wybrałem sobie więc, za namową kelnerki, faszerowanego ziemniaczka oraz fasolkę z boczkiem.

Czekając na grillowane białko z tłuszczami na stół wjechał ichni chlebek cebulowy, razem z kulką czosnkowego masła. Porcja spora, podobnie jak i noże podane do mięsa. Ciepła połowa małego bochenka zniknęła prawie tak szybko jak się pojawiła. I dobrze, fundamenty do głównego solidnie osiadły w żołądku. W tak zwanym międzyczasie wleciały porcje gości siedzących przed nami. „Wleciały” to dobre słowo. Wniósł je krzepki, aczkolwiek niepozornej postury kelner na gigantycznej tacy, kładąc na rozkładanym stojaczku. Po przestawieniu solidnych porcji na stół kelner i stojaczek zniknęli z tą samą gracją z jaką się pojawili. Muszę przyznać, że balansowanie tym latającym talerzem wychodziło mu co najmniej tak dobrze, jak nie lepiej, jak dziewczynom z Kompanii. Talerz z chlebem został doszczętnie spustoszony, a że coś się kończy, coś się zaczyna, niedługo potem pojawił się ten sam kelner niosąc mojego steka i kasiową fajitę. Tu kolejne miłe zaskoczenie fajita była w zestawie Słodowego „zrób to sam”. Osobno zostały podane

  • skwierczący talerzyk z warzywami (o ile tak szumnie można nazwać zestaw papryczek i cebuli), oraz wołowiną i kurczaczyną pokrojonymi w paski,
  • talerzyk z serem, śmietaną, guacamole, siekanymi pomidorami ułożonych na krojonej kapuście,
  • cztery tortille zawinięte w papier do pieczenia,
  • talerzyk do przygotowania metyskich naleśników,
  • wilgotny ręcznik do wytarcia rąk.

Pół stołu zostało zagracone, na mojej części znalazł się już nie tak rozłożysty, ale nadal całkiem spory t-bone z sosem z zielonym pieprzem. Wielki nóż średnio zdał egzamin przy krojeniu tego bydlaka, wolałbym coś ostrego, bez ząbków, ewentualnie coś mniejszego. Część polędwicowa porterhausa była wysmażona akuratnie, jednak rostbef był już ciut podeszwowaty. Zawiodłem się na faszerowanym ziemniaku: trzeba było wybrać sprawdzone, pieczone kartofelki, lub frytki. Również porcję fasolki teraz zamieniłbym na szpinak.

Fajita, mimo podgrzanego talerzyka wystygła dość szybko, więc mnie dane było sprobować już raczej wystudzonego mięsa i placków. Przy okazji skwierczenia naczynia na którym było podane główne nadzienie przypomniały mi się studenckie czasy, kiedy to chodziliśmy do chinola na kurczaka na gorącym półmisku, który to również był podawany na jakimś żeliwnym półmisku, o który nie raz dane mi sie było poparzyć. Przy steku fajita wypadła dość blado i to bynajmniej nie ze względu na kolor ciasta. Pomijając to, że wolę cięższe burrito.

Pozostaje mieć nadzieję, że Rodeo Drive trafi w końcu do stolycy, wtedy wrócę tu na mignona albo inszego burgera. Póki co myślę, że Wrocław wyposażony jest jeszcze w kilka nieodwiedzonych, godnych uwagi miejsc. Jednak jeśli kogoś na wrocławskim rynku najdzie nagle chęć na wchłonięcia porządnej porcji mięcha za dobrą cenę to najbliżej będzie miał właśnie do RD.

07/05/2007

Super Size Me: burgery we Warszawiy

Filed under: Warszawa,amerykańskie — maliboo @ 23:53

Jeśli chodzi o burgery, te z duszą, nie z maka, czy bergerkinga (jeszcze nie otwartego, ale już wkrótce w Złotych Tarasach) – to w stolycy znam trzy miejsca. Dwa pierwsze, ciągle pending, to Jeff’s oczywiście Jarczyńskiego i Amigos po drodze do fabryki. Trzecie to „legendarne” Hard Rock Cafe. Otwarte w zzieleniałej spuściźnie po Piskorskim, na tyłach Dworca Centralnego.

Hard Rock Cafe Warsaw

Początkowo miała być to wyprawa do Małej Serbii, na która ostrze sobie zęby już od dłuższego czasu. Z racji, że pora była nie ta a znajomość numeracji Emilii Plater jakoś u mnie nie jest na pierwszy miejscu po drodze z Czerwonego Pic-Nic’a było akurat do HRC. Nie ta pora przysłużyła się jednak obfitości wolnego miejsca, co jednak nie oszczedziło nam wyproszenia z mięciutkich kanap. Upatrzyliśmy sobie akurat taką miłą miejscóweczkę pod gitarami Cockera i Davida Bowie. Niestety miła pani menago kazała nam sobie stamtąd pospieprzesiąść się na skutek rezerwuaracji:( Nic to, zdrowie bananowej młodzieży, która jej dokonała i fetowała nawiedzenie „legendarnej” kawiarni kolejnymi porcjami sałat, frytek i burgerów (viva Victoria na koniec żarcia). Niestety dane nam było usiąść przy regularnym stoliku z twardym stolcem pod zadkiem. Za to przy stroju Eltona i kotarze, która z pewnością chroniła dostępu do sali VIPów. Założę się, że zanim tam zajrzeliśmy, siedzieli tam Krzychu Krawczyk do spółki z imiennikiem Cugowskim. Co udowodnił finalny entrance zapomnianego, być może z powodu gabarytów, Krzysztofa Kasowskiego, znanego ze współpracy z Piaskiem i Fanki Fajlonem. K.A.S.A. jednak, być może z racji wypłowiałej już sławy, został usadzony dzieś tam w środku sali dla „zwykłego” pospólstwa.

Z racji, że ceny juz znałem wcześniej, te nie zaskoczyły mnie jakoś. Cóż 13zł za dużego Paulanera, nawet jak na Warszawę niską ceną nie jest. Podobnie z małym bronksem po 8zł. Koniec narzekania. To co należy zaliczyć in plus, to keczap Heinza do dań i drinki na zamówienie. No dobra, to drugie powinno być w każdej szanującej się knajpie. Tym sposobem na naszym stole wylądowały białe ruski policzone jako wóda i mleko+kahlúa (ca. 20zł). Lód był na pewno „on the house” ;>. Dobry weizen pod mięso wydaje się rzeczą niezbędna. I bliźniaczo zapodano nam Legendary 10 oz. Burger czyli Słynny na całym świecie: 10 uncji (280g), świeżej, delikatnie przyprawionej wołowiny Angus®, do tego chrupiący bekon, dwa plasterki sera i smażone Onion Rings. Mimo pierwszego wrażenia: nie jest za duży, kanapka daje miłe uczucie sytości. Ok, można i należy tego oczekiwać za 35zł sztuka. Dla tych, którzy przywykli do suchego mak-wióra będzie to nielada odkrycie. Soczyste mięso, smażone „na zamówienie”, chociaż tu bym się spierał. Mój burger miał być dobrze wysmażony i takiego przypominał. Natomiast mięso zena miało być wysmażone średnio. A skoro nie widać różnicy… Natomiast frytki to osobna historia. Wydaje mi się, że były czymś delikatnie doprawione (Kasia oponowała) i wysmażone zgodnie z kanonami preparacji kartofli ziemniaków.
Mimo takiego wypasu i tłuszczowo-białkowej orgii zapakowanej w węglowodanowe, podpieczone okładki gdzieś w głębi coś szeptało mi, że nie jest do do końca Fair Trade. Ciut za mało frytek, brak jakiejś sałatki… Ale za ląns cza płacić.

Jeśli chodzi o stałość miejscówki: to chyba szkoda mi kasy, ze względu na ceny bro. Niestety to towar wymagany do rozbudowania klimatu miejsca. Jakoś się tam nie odnajduję. I bynajmniej nie chodzi mi o klasykę rocka puszczaną w tle. Raczej o to, że wszystkie te legendarne gadżety wpompowane są bardziej z powodu licencji i legendy legendarnej HRC, niźli fajnego klimatu. Czuję się tam bardziej jak w muzeum na Wawelu (NIE DOTYKAĆ HARABALDY!), niż w klimatycznej knajpie z rokową duszą. Ale chciałbym tu jeszcze wpaść na Blackened Chicken Pasta, czy coś z ichniej „osławionej”, bo „największej w Warszawie” wędzarni i wytworów jej trzewi w postaci kurczaka Hickory Smoked Chicken czy żeberek Hickory Smoked Back Ribs. Co by nie mówić, Król na pewno nogi swej tu nie postawi.

Powered by WordPress