Wrocław – do niedawna miasto bez indyjskiej kuchni i nadal beznadziejnymi światłami na przejściach dla pieszych. Według gastronautów (sto lat z okazji trzecich urodzin Olu!) są tu już co najmniej trzy miejsca w których podaje się ryż basmati (pozdrowienia dla miłośników patentów). Chciałoby się powiedzieć, że to cały czas za mało. Ale, jak pokazuje warszawska historia, wraz z ilością jakość nie wzrasta, a ceny nie spadają… Szkoda to, że kuchnia niewiele bardziej wyrafinowana od dobrego chińczyka nadal stoi na tak wysokim poziomie… cenowym. Bo czy naprawdę kawałek piersi kurczaka, popularna mieszanka ziół z TRS czy M.D.H. i porcja ryżu musi kosztować powyżej 35zł? Biorąc za bazę nawet ceny z przedrogich Kuchni Świata można wyliczyć, że hinduskie gotowanie to dobry interes.
Bardziej zorientowanym domorosłym kucharzom zawsze polecam Namaste na Noworodzkiej, gdzie te same zioła można dostać nawet 40% taniej. Ale dość utyskiwania na finansowe rozpasanie restauratorów.
We wrocławskiej Masali dane mi było stołować się dwa razy. Tym bardziej mnie to cieszy, gdyż czasem nachodzą mnie moralne opory przy opisywaniu knajpki raptem po jednej wizycie. Z drugiej strony: taki lajf. Wolę zaryzykować wizytę w nowym miejscu, niż ponownie dostać odgrzewanego kotleta. Podwójne nawiedzenie to jednak szansa dokładniejszego spojrzenia na kurs restauracji. Szczególnie jeśli można sobie porównać menu. A to w Masali od czasu mojej pierwszej wizyty pod koniec stycznia troszkę zmodyfikowano…
Pierwszy raz w tym miejscu był jak odkrycie przydrożnego baru podczas długiej podróży samochodem. Tym bardziej, że poprzedniego dnia próbowaliśmy się dobić do wrót Masali bez skutku – zarezerwowano ją chyba na ten dzień na jakąś imprezę zamkniętą. Całe szczęście za drugim strzałem, koło godziny 14, miejsca było aż nadto. Wybraliśmy więc przytulny kącik wypełniony dymem z kadzidełka i szumem wody płynącej w mini fontannie-wodospadziku. Wybór, a raczej szybki strzał, padł na Maith chicken masala (21zł) z ryżem basmati (5zł) i koziego kebabka – Seekh kebab (28zł) z chlebkiem naan (5zł). Do tego „w razie niebezpieczeństwa” trzeba było zamówić coś do ugaszenia pożaru kubków smakowych. Wybór padł na budweisera (10zł) i koktail gruszkowy Peari peari (19zł).
Czekając na zamówienie na stół wjechała darmo-przystawka w postaci małych chlebków z trzema sosami. W zasadzie dwoma sosami; tradycyjnymi ciemno-bordowym tamaryndowym i jasnozielonym miętowo-kolendrowym, oraz cebuli w czerwonym soku. Sosy zdały egzamin i przy okazji przypomniały mi mega-porażkę w Labono, gdzie do samosy zaserwowano mi sos kolendrowy i … keczap o_O. Taki miły dodatek na początek to duży plus, znokautować go mogłoby jedynie zastąpienie chlebków przez ciepłe papadamy. Jednak, jak się okazało przy drugiej wizycie, właściciele nie poszli dokładnie w tę stronę, o której myślałem.
Po chwili nie krótkiej, nie długiej,
Takiej chwili, takiej chwili,
w sam raz, idealnej…
przyszedł czas na plat principal. Na stole, w ładnych białych ceramicznych naczynkach z pokrywką, pojawił się ryż i kurczak, a na talerzu moja koźlina w towarzystwie gorącego, indyjskiego chlebka. Pierwszy kęs mielonego koziego mięsa i wiedziałem, że to TO. Garnirunek w postaci rozsypanego po talerzu mielonego kminu i siekanej bialej kapusty był trochę tani. Ale widocznie kucharz uznał, że czymś spory talerz z niewielką ilością mięsa z pieca tandoor trzeba przyozdobić.
Swoją drogą rzymski kmin, tak popularny w indyjskiej kuchni, nie ma wesołego żywota. Większość osób myli go z naszym „swojskim” kminkiem. Pomyłka ta jest krzywdząca i wiele kosztuje – konsumenta. Smak obu przypraw znacząco się różni. I zdecydowanie wypada in plus dla Cuminum cyminum. Egzamin zdał również kurczak maith masala – w delikatnym, kremowym sosie z orzechami nerkowca. Naprawdę przystępna kompozycja dla osób, które boją się ostrości dań z indyjskiego subkontynentu. Gruszkowy koktail alkoholowy nie musiał w tym przypadku robić za podręczną gaśnicę. Tu muszę zauważyć, że zawsze mnie dziwią nazwy w naszych polskich-indyjskich restauracjach. Googlując maith masala trudno znaleźć jakikolwiek oryginalny przepis. Czyżby nazwy dań były zwykłym hinduskim bełkotem, wzorem niektórych tatuaży? Wrcając do dobrego jedzenia – pierwsza wizyta w Masala Grill & Bar okazała się sukcesem i jednocześnie skłoniła nas do ponownych odwiedzin, blisko miesiąc później. Mimo iż z zakątka z kadzidełkami wychodziliśmy z lekkim wirem w głowach, spowodowanym dość mocnym zapachem palących się mieszanek.
W cieplejszej atmosferze i akompaniamencie pierwszego wielkopostnego piątku ponownie udaliśmy się na Kuźniczą. Tym razem korzystając z okazji bezmięsnego okresu Kasia zamówiła coś postnego: Fish curry (35.90zł). Natomiast ja, jako bezwstydny bezbożnik, postanowiłem pofolgować swoim chuciom i wziąłem Tandoori mixed grill (44.90zł). Nie dość, że mięsnie, to jeszcze dużo!
Przed wielkim żarciem zdecydowaliśmy się jeszcze na zupę z soczewicy masala special dal (7.90zł), która okazała się niczym specjalnym. Ot zwykła, gęsta zmiksowana polewka o smaku rosołu. Do zagryzania użyłem dwóch skromnych papadamo-podobnych wafli, które wylądowaly na stole zamiast uprzednio podawanej przystawki z sosikami. Było to spore rozczarowanie. Widocznie management Masali doszedł do wniosku, że trzy sosiki i kilka chlebków przerasta finansowe możliwości tej restauracji. Możliwe, że dla księgowości był to prosty rachunek: +2 do oszczędności, ale zdecydowanie -4 do poważnia u klientów.
Koktail mango batita (19zł), podany jak chyba wszystkie drinki tu, z małą przegryzką w postaci kawałków tropikalnych owoców z puszki był ok. Ale daleko mu do gruszkowego poprzednika. Wrócę jednak do dań głównych. Wybraliśmy je w towarzystwie ryżu szafranowego (8.90zł) i Paneer (kulcza) naan (14.90zł). Z wielkim rozczarowaniem zauważyłem, że faktycznie, zabrakło tu zwykłego czystego ryżu basmati. Wybierać można było tylko pomiędzy „najtańszym” szafranowym i jego droższymi modyfikacjami. Widocznie zmiana modelu cenowego weszła w bardziej zaawansowaną fazę… Również TRZYKROTNIE droższy naan od podstawowego, zamówionego przeze mnie miesiąc wcześniej, nie zdał porównania. Ja przepraszam, ale dopłacać 10zł (i nie kłóćmy się tu o 10 groszy) za posmarowanie placka pomidorowym sosem, to prawie skandal!
Ukoił mnie jedynie smak upieczonej mieszanki mięs. Niestety głównie kurczaka, gdyż kozina i jagnięcina wystąpiły tu bardzo gościnnie. Porcja za to była godna dwóch, może niezbyt głodnych, osób. Poddałem się po połowie i resztę mięsnych kęsków poprosiłem o spakowanie. Jeśli chodzi o rybę… To mam mieszane uczucia. Z jednej strony jej cenę tłumaczy łosoś, który krył się pod ichtiologicznym opisem >ryba<. Lecz 35 złotych to niemało. Tym bardziej, że praktycznie całość musieliśmy również wziąć na wynos. I to nie dlatego, że nie starczyło na nią miejsca w żołądkach. Łosoś aż nadto emanował zapachem ryby. Dla mnie – w granicach tolerancji, ale dla Kasi, która go zamówiła, było to aż nadto… Chociaż muszę przyznać, że drugiego dnia po leżakowaniu w lodówce był zjadliwy. Tak jak większość „hindusów” traci sporo na wymieszaniu się aromatów po dobowym leżakowaniu – ryba tylko zyskała.
Prawdę mówiąc nie wiem co począć z wrocławską Masalą. Gdyby rozpatrywać restauracje na dwuwymiarowej płaszczyźnie, po podwójnych odwiedzinach – zdanie miałbym już wyrobione. Część dań mocno broni dobrą pozycję. Jednak zdegradowanie czekadełek do dwóch wafli, rybo-aromatyczny łosoś, czy ponadwarszawska cena piwa (to niesprawiedliwie, żeby wejść z nią z bilonu w papier ! – 10zł) zdecydowanie odstraszają od tego miejsca. Mam jednak przeczucie, że kurczak biryani podawany tu na wynos przez okienko, wprost z otwartej kuchni, skusi mnie na conajmniej jedną wizytę.


