mali*ciouş

06/03/2010

Masala Grill & Bar – hindusko-wrocławska mieszanka

Filed under: Wrocław,indyjskie — maliboo @ 23:28

Wrocław – do niedawna miasto bez indyjskiej kuchni i nadal beznadziejnymi światłami na przejściach dla pieszych. Według gastronautów (sto lat z okazji trzecich urodzin Olu!) są tu już co najmniej trzy miejsca w których podaje się ryż basmati (pozdrowienia dla miłośników patentów). Chciałoby się powiedzieć, że to cały czas za mało. Ale, jak pokazuje warszawska historia, wraz z ilością jakość nie wzrasta, a ceny nie spadają… Szkoda to, że kuchnia niewiele bardziej wyrafinowana od dobrego chińczyka nadal stoi na tak wysokim poziomie… cenowym. Bo czy naprawdę kawałek piersi kurczaka, popularna mieszanka ziół z TRS czy M.D.H. i porcja ryżu musi kosztować powyżej 35zł? Biorąc za bazę nawet ceny z przedrogich Kuchni Świata można wyliczyć, że hinduskie gotowanie to dobry interes.
Bardziej zorientowanym domorosłym kucharzom zawsze polecam Namaste na Noworodzkiej, gdzie te same zioła można dostać nawet 40% taniej. Ale dość utyskiwania na finansowe rozpasanie restauratorów.

We wrocławskiej Masali dane mi było stołować się dwa razy. Tym bardziej mnie to cieszy, gdyż czasem nachodzą mnie moralne opory przy opisywaniu knajpki raptem po jednej wizycie. Z drugiej strony: taki lajf. Wolę zaryzykować wizytę w nowym miejscu, niż ponownie dostać odgrzewanego kotleta. Podwójne nawiedzenie to jednak szansa dokładniejszego spojrzenia na kurs restauracji. Szczególnie jeśli można sobie porównać menu. A to w Masali od czasu mojej pierwszej wizyty pod koniec stycznia troszkę zmodyfikowano…

Pierwszy raz w tym miejscu był jak odkrycie przydrożnego baru podczas długiej podróży samochodem. Tym bardziej, że poprzedniego dnia próbowaliśmy się dobić do wrót Masali bez skutku – zarezerwowano ją chyba na ten dzień na jakąś imprezę zamkniętą. Całe szczęście za drugim strzałem, koło godziny 14, miejsca było aż nadto. Wybraliśmy więc przytulny kącik wypełniony dymem z kadzidełka i szumem wody płynącej w mini fontannie-wodospadziku. Wybór, a raczej szybki strzał, padł na Maith chicken masala (21zł) z ryżem basmati (5zł) i koziego kebabka – Seekh kebab (28zł) z chlebkiem naan (5zł). Do tego „w razie niebezpieczeństwa” trzeba było zamówić coś do ugaszenia pożaru kubków smakowych. Wybór padł na budweisera (10zł) i koktail gruszkowy Peari peari (19zł).
Czekając na zamówienie na stół wjechała darmo-przystawka w postaci małych chlebków z trzema sosami. W zasadzie dwoma sosami; tradycyjnymi ciemno-bordowym tamaryndowym i jasnozielonym miętowo-kolendrowym, oraz cebuli w czerwonym soku. Sosy zdały egzamin i przy okazji przypomniały mi mega-porażkę w Labono, gdzie do samosy zaserwowano mi sos kolendrowy i … keczap o_O. Taki miły dodatek na początek to duży plus, znokautować go mogłoby jedynie zastąpienie chlebków przez ciepłe papadamy. Jednak, jak się okazało przy drugiej wizycie, właściciele nie poszli dokładnie w tę stronę, o której myślałem.

Po chwili nie krótkiej, nie długiej,
Takiej chwili, takiej chwili,
w sam raz, idealnej…

przyszedł czas na plat principal. Na stole, w ładnych białych ceramicznych naczynkach z pokrywką, pojawił się ryż i kurczak, a na talerzu moja koźlina w towarzystwie gorącego, indyjskiego chlebka. Pierwszy kęs mielonego koziego mięsa i wiedziałem, że to TO. Garnirunek w postaci rozsypanego po talerzu mielonego kminu i siekanej bialej kapusty był trochę tani. Ale widocznie kucharz uznał, że czymś spory talerz z niewielką ilością mięsa z pieca tandoor trzeba przyozdobić.
Swoją drogą rzymski kmin, tak popularny w indyjskiej kuchni, nie ma wesołego żywota. Większość osób myli go z naszym „swojskim” kminkiem. Pomyłka ta jest krzywdząca i wiele kosztuje – konsumenta. Smak obu przypraw znacząco się różni. I zdecydowanie wypada in plus dla Cuminum cyminum. Egzamin zdał również kurczak maith masala – w delikatnym, kremowym sosie z orzechami nerkowca. Naprawdę przystępna kompozycja dla osób, które boją się ostrości dań z indyjskiego subkontynentu. Gruszkowy koktail alkoholowy nie musiał w tym przypadku robić za podręczną gaśnicę. Tu muszę zauważyć, że zawsze mnie dziwią nazwy w naszych polskich-indyjskich restauracjach. Googlując maith masala trudno znaleźć jakikolwiek oryginalny przepis. Czyżby nazwy dań były zwykłym hinduskim bełkotem, wzorem niektórych tatuaży? Wrcając do dobrego jedzenia – pierwsza wizyta w Masala Grill & Bar okazała się sukcesem i jednocześnie skłoniła nas do ponownych odwiedzin, blisko miesiąc później. Mimo iż z zakątka z kadzidełkami wychodziliśmy z lekkim wirem w głowach, spowodowanym dość mocnym zapachem palących się mieszanek.

W cieplejszej atmosferze i akompaniamencie pierwszego wielkopostnego piątku ponownie udaliśmy się na Kuźniczą. Tym razem korzystając z okazji bezmięsnego okresu Kasia zamówiła coś postnego: Fish curry (35.90zł). Natomiast ja, jako bezwstydny bezbożnik, postanowiłem pofolgować swoim chuciom i wziąłem Tandoori mixed grill (44.90zł). Nie dość, że mięsnie, to jeszcze dużo!
Przed wielkim żarciem zdecydowaliśmy się jeszcze na zupę z soczewicy masala special dal (7.90zł), która okazała się niczym specjalnym. Ot zwykła, gęsta zmiksowana polewka o smaku rosołu. Do zagryzania użyłem dwóch skromnych papadamo-podobnych wafli, które wylądowaly na stole zamiast uprzednio podawanej przystawki z sosikami. Było to spore rozczarowanie. Widocznie management Masali doszedł do wniosku, że trzy sosiki i kilka chlebków przerasta finansowe możliwości tej restauracji. Możliwe, że dla księgowości był to prosty rachunek: +2 do oszczędności, ale zdecydowanie -4 do poważnia u klientów.
Koktail mango batita (19zł), podany jak chyba wszystkie drinki tu, z małą przegryzką w postaci kawałków tropikalnych owoców z puszki był ok. Ale daleko mu do gruszkowego poprzednika. Wrócę jednak do dań głównych. Wybraliśmy je w towarzystwie ryżu szafranowego (8.90zł) i Paneer (kulcza) naan (14.90zł). Z wielkim rozczarowaniem zauważyłem, że faktycznie, zabrakło tu zwykłego czystego ryżu basmati. Wybierać można było tylko pomiędzy „najtańszym” szafranowym i jego droższymi modyfikacjami. Widocznie zmiana modelu cenowego weszła w bardziej zaawansowaną fazę… Również TRZYKROTNIE droższy naan od podstawowego, zamówionego przeze mnie miesiąc wcześniej, nie zdał porównania. Ja przepraszam, ale dopłacać 10zł (i nie kłóćmy się tu o 10 groszy) za posmarowanie placka pomidorowym sosem, to prawie skandal!
Ukoił mnie jedynie smak upieczonej mieszanki mięs. Niestety głównie kurczaka, gdyż kozina i jagnięcina wystąpiły tu bardzo gościnnie. Porcja za to była godna dwóch, może niezbyt głodnych, osób. Poddałem się po połowie i resztę mięsnych kęsków poprosiłem o spakowanie. Jeśli chodzi o rybę… To mam mieszane uczucia. Z jednej strony jej cenę tłumaczy łosoś, który krył się pod ichtiologicznym opisem >ryba<. Lecz 35 złotych to niemało. Tym bardziej, że praktycznie całość musieliśmy również wziąć na wynos. I to nie dlatego, że nie starczyło na nią miejsca w żołądkach. Łosoś aż nadto emanował zapachem ryby. Dla mnie – w granicach tolerancji, ale dla Kasi, która go zamówiła, było to aż nadto… Chociaż muszę przyznać, że drugiego dnia po leżakowaniu w lodówce był zjadliwy. Tak jak większość „hindusów” traci sporo na wymieszaniu się aromatów po dobowym leżakowaniu – ryba tylko zyskała.

Prawdę mówiąc nie wiem co począć z wrocławską Masalą. Gdyby rozpatrywać restauracje na dwuwymiarowej płaszczyźnie, po podwójnych odwiedzinach – zdanie miałbym już wyrobione. Część dań mocno broni dobrą pozycję. Jednak zdegradowanie czekadełek do dwóch wafli, rybo-aromatyczny łosoś, czy ponadwarszawska cena piwa (to niesprawiedliwie, żeby wejść z nią z bilonu w papier ! – 10zł) zdecydowanie odstraszają od tego miejsca. Mam jednak przeczucie, że kurczak biryani podawany tu na wynos przez okienko, wprost z otwartej kuchni, skusi mnie na conajmniej jedną wizytę.

01/02/2010

Gdy zima napiera nie schodź do piwnicy

Filed under: Wrocław — Tagi: , — maliboo @ 22:36

Za oknem minus pięć, albo i więcej. Całe szczęście czapki jeszcze na głowach, bo na wrocławskim Rynku nie byłoby się gdzie schować. Upatrzyliśmy sobie tego wieczoru Masalę Grill & Bar. Pomijając niewybredną nazwę (ileżto było Budda barów i innych Tandoorów), to całkiem dobre miejsce – jak się okaże w kolejnym wpisie. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Masala okazała się być całkowicie zajęta tego wieczoru. Wyglądało mi to nawet bardziej na rezerwację całgo lokalu, niż pospolite ruszenie festungowych turystów.
Lokalizację i orientalne nastawienie na ten wieczór trzeba było zmienić. Szybki rajd po rynkowych uliczkach przy ponad dziesięciostopniowym mrozie nie dał pozytywnych wyników. Wylądowaliśmy między innymi pod Piwnicą Świdnicką. Nota bene, jak strona głosi, „najstarszą restauracją w Europie”. Możliwe, ponieważ gdy weszliśmy nikt nas nie podjął. Wygląda na to, że cała obsługa ewakuowała się tu w styczniu 1945. Naprawdę próbowaliśmy pokręcić się po trzewiach tego przybytku, by jakoś zaanonsować swoją obecność. Ale poza grupką osób siedzących w pustej sali (nazwijmy ją na potrzeby tego opisu #1) i kolejnej sali (tę z kolei nazwijmy #2), która zajęta była przez, wyraźnie celebrującą coś parkę, nie uświadczyliśmy żywej duszy. Już myślałem żeby rozkuwać ściany w poszukiwaniu obsługi, lub jej resztek, zamurowanej tu może w skutek opieszałego serwisu. Za namową Kasi udaliśmy się jednak na poziom zero wroclawskiego rynku.

Muszę przyznać, że naprawdę nie rozumiem tutejszego podejścia do czasu i obsługi. Można to nazwać stolicznym rozpasaniem, a może zbyt dużą nachalność obsługi knajpek i restauracji spotykałem pod różnymi szerokościami i długościami geograficznymi. Tego wieczoru, mimo braków w obłożeniu niczym u 90-letniego starca, sami musieliśmy się prosić o obsługę. I tak, po drodze donikąd, zahaczając o Rodeo Drive, gdzie (nie)zostaliśmy powitani podobnie (z takim samym prawie-pustym zapełnieniem!) trafiliśmy w końcu do Piwnicy pod Złotym Psem.

Decydującym czynnikiem, który nas zachęcił do zdecydowania się na tę knajpę był oczywiście mróz. A zaraz po nim tablica z wykredowanym napisem, który mówił coś o grillu, patelniach z mięsem i podprogową już, obietnicą fajności. Z trzech dostępnych kondygnacji wybraliśmy tą środkową – przy barze. Odrzucając zadymione wnętrze najniższej oraz puste i zimne najwyższej części. Mimo tego miejsce to musiało odwiedzać sporo potomków cyrkowców, którzy nauczeni przez starszyznę zapominali, że drzwi, w przeciwieństwie do kotary, same się nie zaciągną. W związku z tym – do nas – zaciągał mróz z pięterka…
Zmarznięty i głodny zdecydowałem się na rybny wstęp (nie żeby piątek zobowiązywał) pod postacią zupy rybnej z grzankami i ostrygą (17zł). Do towarzystwa dobrałem Piasta (7zł, podobnie jak Okocim), bo to piwo na mazowszu ostatni raz widziałem chyba na studenckiej imprezie pożegnalnej (pomijam przedwczorajszą wizytę w Piotrze i Pawle) latem 2000 roku.
Wywar dał radę, oczywiście w porównaniu do bouillabaisse smakował jak wyciąg ze sznurowadeł, ale było to zjadliwe. Gorzej z owocami morza. Te, jako owoce, nadawałyby się do poselskiego tłumaczenia przy kontroli drogowej – gdy to zwykle fermentują. Pierwszej świeżości zdecydowanie nie były… Szczególnie jedna pływająca ostryga, która – mam nadzieję – nie była przekazywana z garnka do garnka, aż w końcu trafi na frajera, który zaryzykuje ją skonsumować. W każdym razie sensacji nie było. Ani podczas jedzenia, ani dnia następnego. Jakkolwiek lepiej bym się czuł, gdyby pani kelnerka zapaliła świeczkę-podgrzewaczkę pod garnuszkiem z zupą. Pogrzewaczka wisiała sobie smętnie pod naczynkiem, czekając byc może na bardziej dewizowego klienta.

Zaspokojenie pierwszego glodu pomogło mi (ok – w sumie nam – ale ten fragment pisze mój wewnętrzny egoista) wytrzymać do głównego dania: steku New York (59zł) i patelni Dworskiej (39zł).  Fajnie, że obsługa zapytała się jak sobie życzę wysmażone mięso. Niefajnie, że wziąłem moje ulubione – trochę mniej niż medium rare. Mięso okazało się niepierwszej świeżości, co było czuć głównie przy brzegach, na początku jedzenia. Przyznam szczerze, że pierwszy raz było mi glupio, że zamówiłem tak mało wysmażony stek. Trzeba było zostać w opozycji do Bourdaina i zamówić dobrze wysmażony. Mięso nie byłoby takie złe, gdyby nie żyłki i inne zwierzęcopochodne tałatajstwa w środku sztuki wołu. Trochę mi się zeszło na chirurgicznym cyzelowaniu tej części. Do mojego dania podany był sos serowy na bazie czegoś pleśniowego (gorgonzola jakby), który mimo wszystko wypadł dużo gorzej niż dip serwowany do skrzydełek w Jeffsie.

Patelnia Dworska to osobna opowieść. Samo mięso (bodajże polędwiczki wieprzowe), sztuk niewiele, było całkiem smaczne – towarzystwo frytek i jakiejs standardowej sałaty lodowej ze szczątkami warzywnej kompanii (jakieś pomidorki koktajlowe i cośtam jescze) nie powalało. Jednak sos z zielonym pieprzem serdecznie mnie, a może żołądkowo – bo mowa o jedzeniu – ujął. To było to czego brakowało mi we własnym zamówieniu. I całe szczęscie nie przypasowal on Kasi, w związku z czym wmłóciłem całość zapasu na jej patelni.
W trakcie jedzenia kusił mnie jeszcze czarny Johnnie (18zł), ale tego odpuściłem sobie wiedząc, że w domu czeka na mnie taneczny kumpel Jim. W lekkim chłodzie opuściliśmy tę piwnicę, by nigdy już tu nie powrócić. Myślę, że Wrocław ma jeszcze parę wartych odwiedzenia miejsc, jak chociażby niezamierzenie „podsłuchane” w pocciągu Pod Papugami, w której ponoć podają powalającego łososia. To jeszcze będzie dane mi sprawdzić, chociaż póki co… Nie ma mnie tu

06/01/2010

Planet Sushi – sushi nie z tej planety…

Filed under: Wrocław,blah!,japońskie — Tagi: , — maliboo @ 00:03

Wrocław. Wspaniały Rynek wraz z okolicznymi klubami, porypana sygnalizacja świetlna, brak IMAXa i tragiczne sushi. Tego dnia mieliśmy się wybrać do Sakany, jednak ponownie odstraszył nas uporczywie serwowany sushi bar, bez stolików. Czasy, kiedy bawiła mnie kolejka elektryczna i jej wodna odmiana w postaci łódeczek z sushi bezpowrotnie minęły. Nad łowienie ryżowo-rybnych kąsków przedkładam sobie towarzystwo osoby siedzącej na przeciwko. Dlatego wycofaliśmy się z powrotem do Rynku. Brnąc przez włoski zakątek Wrocławia przyklejony do ulicy Więziennej dotarliśmy do Planet Sushi. Jej opinie na gastronautach nie wyglądały zniechęcająco, więc powiedzenie, że postanowiliśmy „zaryzykować” byłoby nadużyciem. Głównie czas oczekiwania… Poczekać kilkadziesiąt minut na dobrą rybkę to nie wysiłek. Tym bardziej, że na bezrobociu czasu mam pod dostatkiem. W końcu nawet w domu zwinięcie paru rolek ryżu z wodorostem nie zajmuje dłużej niz dwie godziny. Wliczając w to gotowanie ryżu.

Zajęliśmy sobie miejsca na pierwszym piętrze dwupoziomowej kamienicy sushowej planety. Intymnie i z dala od parterowego ruchu, gdzie znajduje się  stanowisko sushi masterów i wejście do restauracji. A biorąc pod uwagę porę roku – jest cieplej. Jak się okazało nie tylko dla ciała, ale również i dla portfela. We wtorek – w dniu naszej wizyty – obowiązuje tu promocja minus 50% mniej na dania gorące. Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej okazji. Krzepcio ma tu swoja teorię na temat moich semickich korzeni (zwłaszcza kiedy się nie ogolę), jednak spuszczę na nią zasłonę milczenia.
Po zamówieniu dwóch drinków: Long Island (18z ł) i Japanese Bug (17zł) zdecydowaliśmy się na ciepłe dania w postaci tuńczyka Maguro Cośtam (49zł) i ostre krewetki Paprika Ebi (29zł). Po 25-30 minutach okazało się jednak, że tenże się skończył. Jak się okazało, potem na podanym sushi jednak jeszcze się trzymał… A może po prostu był za drogi na wtorkowy upust? Drugi strzał padł więc na Toro Sake (35zł) – łososia z małżami św. Jakuba i krewetkami. No i oczywiście cel tego wieczoru: sushi – w postaci firmowego zestawu Kirishima (50zł) oraz dodatkowej batalii maków: Sake Maki (19zł).
Powoli sącząc drinki, po blisko, godzinie doczekaliśmy się na moje krewetki. Trochę mnie tu zaskoczyła dolnośląska gwara – w krótej szumnie brzmiąca rukola wygląda i smakuje jak szpinak, a grzyby shitake to zwykłe smażone pieczarki. Ilość krewetek i dość tłusty sos pomidorowy w jakim były umaziane przekonała mnie jednak. W końcu od rana nic nie jadłem, a było już zdrowo po godzinie 16. Spałaszowałem więc małe skorupiaki przy pomocy najbardziej lichych pałeczek jakimi dane mi było operować i pierwszy głód został zaspokojony. Mój. Ponieważ Kasia na swojego łososia musiała poczekać jeszcze kilkadziesiąt kolejnych minut.

W tak zwanym międzyczasie było nam dane poobserwować tutejszą klientelę. Równie co my poirytowaną fatalnym czasem obsługi. Chociaż do samych kelnerek zarzutu mieć nie mogliśmy, to kuchenne uwijanie przypominało bardziej muchy w smole niż kuchnię Gordona Ramsey’a. Para przy ścianie w rogu, przed nami, po długim czasie oczekiwania zdecydowała się wziąć tutejszy wyrób na wynos (pomyłka – bo, uprzedzając fakty, nie mogli reklamować). A czwórka miłych młodych ludzi w przeciwległym rogu, lekko poirytowana, zdawała się przedwcześnie wyjść tego wieczora. Do końca realizacji zamówienia zdaje się, wytrwaliśmy tylko my i młoda dziewczyna obok. Opuszczona przez zniecierpliwioną koleżankę w pośpiechu zjadała widelcem spóźnione sushi i również poprosiła o rachunek.

Muszę jednak przyznać, że oczekiwanie na rybę sprawiło mi wiele radości. Szczególnie wtedy, gdy zainteresowałem się naściennymi ozdobami. Niestety moja ciekawośc okazała się mocniejsza niż zaczepienie tychże. Co zaowocowało widowiskowym spadem całego rozwijanego ustrojstwa w stylu japońskim. Bardziej najedzony wstydem, niż dotychczasowym serwisem, czemprędzej powiesiłem tałatajstwo z powrotem na swoim miejscu. Oczywiście natychmiast sprowadziłem tym na siebie uwagę calej sali. W jednej chwili przeleciało mi moje. nie-tak-krótkie życie. przed oczami i przypomniałem sobie identyczne zdarzenie na własnej studniówce, kiedy to zaraz przy mnie (i jeśli dobrze pamiętam Asi Sz.) spadała wysoka, papierowa ozdoba doczepiona do drabinek w sali gimnastycznej. Dodatkowo w całym tym kipiszu nie zauważyłem, że swym tyłkiem smakosza odpycham fotel na tyle, że choinka stojąca za mną, ustawiła się w niebezpiecznym pochyleniu. Jednak kolejna tragedia nie doszła do skutku – bożonarodzeniowy krzaczek pozostał-stał na swoim miejscu.

Chwilę przed, czy chwilę po opisywanym zamieszaniu na stole pojawił się długo wyczekiwany łosoś. Szkoda, że obsługa nie zapytała wcześniej jak ma być wysmażony. To co zjawiło się na talerzu nie było tartacznym wiórem, ale dla mnie i Katarzyny mogło leżeć na ogniu dużo krócej. Jednak nie stan denaturacji białka ryby wzbudził moje obiekcje. A raczej sposób podania. W menu jak byk stało, iż ryba będzie podana z małżami św. Jakuba i krewetkami. Natomiast to co pojawiło się na talerzu przypominało bardziej moje krewetki z pieczarkami w pomidorowym sosie. Tylko bez niego. Zacząłem zachodzić w głowę – czy wszystko na ciepło podają tu z tym hodowlanym grzybem? Po zgłoszeniu obiekcji u pani Martyny, która nas obsługiwała, na stole pojawiły się szybko dwie krewetki i dwa jakubowe mięczaki. Naturalnie w towarzystwie przeprosin i tłumaczeń doprawionych winą i zapomnieniem przygotowującego ich kucharza. Niestety „bonusowy” dodatek okazał się zwykłym, zbeszczeszczonym planktonem panierowanym w „czymś”. Dodatkowo smażenie na zbyt głębokim tłuszczu spowodowało, że cały smak pozostał zapewne na dnie naczynia w którym martwe ciałka frutti di mare były frytowane.

Koniec końców nasze oczekiwanie zostało zwieńczone podaniem sushi. Upragnionych kawałków ryby, na które czekaliśmy od blisko trzech godzin (SIC!). Pierwsze na stole wylądowały porcje sake maki, które okazały się być zjadliwe. Mógłbym się przyczepić do ryżu, który smakował tak jakby leżał w tym zestawie od rana, ale ogólnie nie było to złe. Oczywiście na gorsze przyszła pora. Wraz z zestawem Kirishima na stole pojawiła istna sushi-Hiroshima.

Zestaw składający się głównie z nigiri (i dwóch gunkan-maki) okazał się być tragiczną pomyłką. Nierówne, zarówno pod względem kształtu jak i smaku, oraz jakości kawałki ryby wylądowały przed nami na okrągłej misce. W naczyniu, które wolałbym by gościło hiszpańska paellę, pojawiły się rozmiękłe gunkan-maki, oraz ledwostrawne nigiri. Jeśli chodzi o te drugie, to w naszym zestawie pojawiły się dwie sztuki: jedna z pomarańczową ikrą, a druga z łososiem udekorowanym ptasią kupą. Prawdopodobnie – tak jak guano – wygląda zleżały, japoński majonez. Z czasem ciemnieje, przybierając barwę brązu (który tak lubią dziewczyny). Jeśli chodzi o nigiri, to pomijając zjadliwego łososia resztę, oprócz kalmara pominę milczeniem. Głowonoga nie daruję, gdyż musiałem go wypluć w chusteczkę. W smaku był zleżało-mocno-rybny, a pod językiem sprawiał wrażenie śliskiego niczym Olejniczak w telewizji. Całe szczęście dodatkowo zamówione tyskie (8zł) zdołało przepłukać niesmak spowodowany ostatnim kęsem.

Nasze zdegustowanie degustacją serwowanego przez Planet Sushi jedzenia zostało podsumowane wspólną odpowiedzią na pytanie pani kelnerki przy wystawioeniu rachunku:
- Smakowało?
- Nie!
Niestety późniejsza reakcja managmentu Planet sushi była bardziej żałosna niż nasza odpowiedź. Na moją propozycję rekompensaty straconego czasu (blisko trzy godziny!) i jakości jedzonego posiłku otrzymaliśmy odpowiedź: może jakaś darmowa kawa lub herbata? Niestety na taki asumpt musieliśmy zareagować odmową. Naprawdę serce mi się krajało na myśl o tym, że pani manager Planet Sushi mogłaby odjąć sobie od ust pitą kawusię, by oddać nam i  zrekompensować nam niesmak pozostały po konsumpcji tutejszych „specjałów”. Zapłaciliśmy więc rachunek i w milczeniu udaliśmy się do wyjścia. Mam nadzieję ku Nowemu Wspaniałemu Światu. Planet Sushi, jak dla mnie, leży w zbyt odległej galaktyce…

03/10/2007

Czaru Maru. Siedem zgrzytów głównych

Filed under: Wrocław,japońskie — maliboo @ 23:06

Przyznam się, że kusiła mnie Sakana we Wrocławiu. Po warszawskiej legendzie i sławie jaką ma ta suszernia warto by było sprawdzić wrocławską filię. Jednak, jak się okazało po dotarciu na Odrzańską bar jest zaprojektowany jako typowy sushi-bar z krzesełkami przy kontuarze, bez osobnych stolików. To nam średnio pasowało, zatem wybór padł na Maru, na Rynku.
Zdjęcia w menu na ich stronie zachęcały. A na samo wspomnienie surówki z rzepy maczanej w sosie sojowym ślinka cieknie. Szybki spacerek przez Odrzańską z zaliczeniem zwierząt rzeźnych i jesteśmy na miejscu. Knajpa była trochę pustawa, ale też pora jaką był poniedziałek po trzeciej nie sprzyjała tłumom. Za to udało nam sie wbić w lunch-time porę na zestawy sushi. Szybki wybór i zaraz po czekadełkowych sałatkach na stole ląduje zestaw maki/sushi/sashimi z miso i dwoma kolejnymi sałatkami (45zł). Do tego herbata (wszytkie po 8zł) i leszek (7zł). Strasznie smakowała mi sałatka z zielonego czegoś (szpinak?) z dodatkiem czosnku i ziaren sezamu. Chociaż Kasi przypadła do gustu inna, z kapusty, kiełków i marchewki, polana sosem sojowym podawana do zestawu. W sumie zjedliśmy cztery sałatki, z czego czwarta kompletnie wyleciała mi z głowy, a trzecia została tam tylko przez swoją ostrość. Zaraz po zjedzeniu wylądowała miso i tu kolejny zgrzyt, po pierwszym jakim były zwykłe talerze podane do pałaszowania sushi. Miso jaką mi podano była w plastikowym naczynku. Trzeci zgrzyt, do jedzenia podana była zwykła, aluminiowa łyżka. Doh! Jakby powiedział Homer Simpson. Czwarty zgrzyt: miseczka jest mała, piąty moja miso shiru nie jest nawet dość ciepła. Wciągnąłem ją błyskawicznie coby się zupełnie nie wychłodziła i przeszliśmy do podanego zestawu.
Na początku zaskoczyło nas blade wasabi. Spodziewałem się jakiegoś mieszanka z chrzanem, ale pierwszy kęs i zaskoczenie: jedna z mocniejszych past jakie jadłem! Z pierwszym kęsem surowej ryby przyszedł również szósty zgrzyt. Ryż był za bardzo rozgotowany. Kleił się do talerzyka na którym został podany. Wodorosty w jakie były zawinięte maki lekko żujliwe. Mimo tego, ze trochę nam się czekało na zestaw, ten wydawał się lekko zleżały. Ryba położona na kawałkach sushi była pokrojona dość grubo (zgrzyt siódmy). Ok, widzę, że nie żałują, ale każde jedzenie ma swoją odpowiednią grubość krojenia. Centymetrowe plastry najlepszej szynki nie smakują najlepiej. Więc nawet gdy ktoś przygotuje mi hojne kanapki z szynko szwarcwaldzko pokrojoną grubość na 3mm nie będę zachwycony… Łosoś wypadł blado, zarówno w przenośni, jak i kolorach. Jestem przyzwyczajony do dość jaskrawego koloru jego mięsa, a ten tutaj wyglądał na najwyżej bladą, bałtycką odmianę. To samo odnośnie sashimi w jednym rodzaju rybiego mięsa. To co zostało nam podane wyglądało trochę na maślaną, ale ciemne wstawki sugerowałyby jej mniej szlachetny rodowód. Grube plasterki z porcją wasabi, zamoczone w kikkomanie były jednak do przełknięcia. Kawałki sushi z tuńczykiem lekko zrehabilitowały niesmak jaki pozostał po wszamaniu łososia. Kolejna rehabilitacja przyszła po wszamaniu california maki (jednak nie w tym większym rozmiarze!) z tobiko. Całość radości była jednak nadal stłumiona rozgotowanym ryżem. Definitywnie nie jest to miejsce ani na pierwszą, ani na każdą kolejną przygodę z sushi. Można się zrazić mimo dość smacznych california maki w pomarańczowej ikrze.

Po przygodzie z miso, sushi i zimną wodą w łazience, wiedząc, że już raczej tu nie wrócę ostatni wybór padł na kurczaka teriyaki. Porcja jaką nam podano (28zł) była spora. Jednak Kasia po ostatniej przygodzie z teriyaki spasowała po pierwszym kęsie. Kurczak przyzwoity, chociaż mając na względzie szybkość przygotowywania potraw w orientalnych kuchniach, nie był jakoś optymalnie dosmażony, potrzymałbym go jeszcze trochę dłużej.

Całokształt wizyty we wrocławskim Maru nie przekonuje mnie do ponownych odwiedzin. Może brak orientalnego kucharza, brak cen na ich stronie, a na pewno cała reszta niedociągnięć w postaci siedmiu zgrzytów głównych nie przekonuje mnie do kolejnych odwiedzin. Jedno wiem na pewno: skuszę się tym razem na Sakanę, albo trochę oddalony od Rynku Kyoto Bar. Tam na pewno poczuję się jak w Niebie ;-)

12/06/2007

T-Bone w Rodeo Drive. Na każdego steka znajdzie się Kozak

Filed under: Wrocław,amerykańskie,texmex — maliboo @ 22:19

Zew krwi i piątkowy rajd po wrocławskich galeriach wymusił wizytę w Rodeo Drive. Ok, kłamię – planowałem to sobie mniej, czy bardziej od odkrycia tej knajpy przy okazji pisania o fastfoodach. Pewnie ze względu na długi weekend problemów z miejscami nie było, chociaż z klimą a i owszem. Na pięterku było ciut duszno, ale taka pora. Otwarte okna to nie to samo co dmuchawa pod sufitem. Z drugiej strony zwisające z niego wiatraki i lekki zaduch stworzyły południowy, teksański nastrój.

Mimo tego, że marudziliśmy na początku, jak zwykle, nie wiedząc na co się zdecydować pani Kasia podjęła nas wzorowo. Upalny dzień domagał się zgaszenia szklaneczką paulanera (9zł) i truskawkowym drinkiem/koktajlem (ca. 16zł). Schłodzenie istoty białej pomogło w podjęciu decyzji: bierzemy fajitę (35zł) zamiast quesedilli (17zł) i t-bone (49zł) zamiast filetu mignon (39 i 49zł). Przyznam się, że przy opcji drugiej pomogła mi informacja, że dziś na dużą porcję mignona nie mam co liczyć. Naturalną rzeczą przy mięchu było to, że w cenie podanej na karcie są również dodatki: o niebiosa! do wyboru! Wybrałem sobie więc, za namową kelnerki, faszerowanego ziemniaczka oraz fasolkę z boczkiem.

Czekając na grillowane białko z tłuszczami na stół wjechał ichni chlebek cebulowy, razem z kulką czosnkowego masła. Porcja spora, podobnie jak i noże podane do mięsa. Ciepła połowa małego bochenka zniknęła prawie tak szybko jak się pojawiła. I dobrze, fundamenty do głównego solidnie osiadły w żołądku. W tak zwanym międzyczasie wleciały porcje gości siedzących przed nami. „Wleciały” to dobre słowo. Wniósł je krzepki, aczkolwiek niepozornej postury kelner na gigantycznej tacy, kładąc na rozkładanym stojaczku. Po przestawieniu solidnych porcji na stół kelner i stojaczek zniknęli z tą samą gracją z jaką się pojawili. Muszę przyznać, że balansowanie tym latającym talerzem wychodziło mu co najmniej tak dobrze, jak nie lepiej, jak dziewczynom z Kompanii. Talerz z chlebem został doszczętnie spustoszony, a że coś się kończy, coś się zaczyna, niedługo potem pojawił się ten sam kelner niosąc mojego steka i kasiową fajitę. Tu kolejne miłe zaskoczenie fajita była w zestawie Słodowego „zrób to sam”. Osobno zostały podane

  • skwierczący talerzyk z warzywami (o ile tak szumnie można nazwać zestaw papryczek i cebuli), oraz wołowiną i kurczaczyną pokrojonymi w paski,
  • talerzyk z serem, śmietaną, guacamole, siekanymi pomidorami ułożonych na krojonej kapuście,
  • cztery tortille zawinięte w papier do pieczenia,
  • talerzyk do przygotowania metyskich naleśników,
  • wilgotny ręcznik do wytarcia rąk.

Pół stołu zostało zagracone, na mojej części znalazł się już nie tak rozłożysty, ale nadal całkiem spory t-bone z sosem z zielonym pieprzem. Wielki nóż średnio zdał egzamin przy krojeniu tego bydlaka, wolałbym coś ostrego, bez ząbków, ewentualnie coś mniejszego. Część polędwicowa porterhausa była wysmażona akuratnie, jednak rostbef był już ciut podeszwowaty. Zawiodłem się na faszerowanym ziemniaku: trzeba było wybrać sprawdzone, pieczone kartofelki, lub frytki. Również porcję fasolki teraz zamieniłbym na szpinak.

Fajita, mimo podgrzanego talerzyka wystygła dość szybko, więc mnie dane było sprobować już raczej wystudzonego mięsa i placków. Przy okazji skwierczenia naczynia na którym było podane główne nadzienie przypomniały mi się studenckie czasy, kiedy to chodziliśmy do chinola na kurczaka na gorącym półmisku, który to również był podawany na jakimś żeliwnym półmisku, o który nie raz dane mi sie było poparzyć. Przy steku fajita wypadła dość blado i to bynajmniej nie ze względu na kolor ciasta. Pomijając to, że wolę cięższe burrito.

Pozostaje mieć nadzieję, że Rodeo Drive trafi w końcu do stolycy, wtedy wrócę tu na mignona albo inszego burgera. Póki co myślę, że Wrocław wyposażony jest jeszcze w kilka nieodwiedzonych, godnych uwagi miejsc. Jednak jeśli kogoś na wrocławskim rynku najdzie nagle chęć na wchłonięcia porządnej porcji mięcha za dobrą cenę to najbliżej będzie miał właśnie do RD.

12/04/2007

Hiszpański dzień z_dolnego Śląska

Filed under: Wrocław,hiszpańskie — maliboo @ 21:50

Wtorek po Lanym Poniedziałku miał być lajcikowym dniem z Labiryntem Fauna i czymś z owocami morza po filmie. Już miałem pisać SMSa do Blondi w sprawie tego gdzie we Wrocku znależć knajpę co wypieści nas kalmarami, krewetkami i innym morskim robactwem. Jednak tuż przed wejsciem do Heliosa zauważyłem coś, co do tej pory było albo skryte przed oczętami memi ślicznemi, albo nowowyrosło.

Taberna Flamenca de CamaronTaberna Flamenca de Camaron, Ruska 19Taberna Flamenca de Camaron

Zapobiegliwie, aczkolwiek, jak się okazało, niekoniecznie przed seansem zrobiliśmy rezerwuarację na pięterku. Na dole waliło trochę piwniczną stęchnizna spod poziomu Odry. Mnie osobiście to nie przeszkadzało, klima tam na browarnicze posiedzenie była chyba idealna. Co mnie miło zaskoczyło, to to, że pani za kontuarem zaśpiewała coś po hiszpańsku do pana, który jejże w tymże samym langłedżu coś odpowiedział. To był hint pierwszy. Po dwugodzinnym wypasie z małą Ofelią (chociaż Filip oponuje) i jej przybranym papciem Vidalem przyszedł czas na konsumpcję.

Pięterko było już zarezerwowane, po środku sali siedzieli jacyś iberyjscy goście. Kolejny znak od Boga. Jeśli skośnooki koleś siedzi w suszibarze, jeśli turek kupuje kebaba i jeśli ktoś wcina klasyczną tortillę mówąc po hiszpańsku, to znak, że kuchnia powinna być jak u mamy. Tu: hiszpańskiej madre. Wracając do sali. W tle kranik z ciurkającą wodą, może boleć przy ostrym kacu i dość niewygodne stoliki. Ramę, która usztywnia nogi mają na wysokości piszczeli. Ani oprzeć stóp, ani przełożyć nóg, bo bałbym się o przełożeniu zapomnieć po piwku, czy dwóch i samemu sie przełożyć przez krzesło na podłogę. Miejsce mieliśmy przy oknie, z którego mieliśmy widok na ulicę Ruską (loko pod numerem 19) i na pobliski budynek z reklamą… hiszpańskich łazienek:

10042007(003)

Z racji, że lokal nie ma (jeszcze?) strony internetowej, będę odtwarzał z pamięci zamówione jedzenie. Na pewno były kalmary po rzymsku (18zł), z sałatą, miękkie takie-jak-powinny-być. Same krążki miały może trochę za dużo ciasta jak na mój gust. Ale wysmażone były w samraźnie. Porcja całkiem spora i podejrzewam, że Kasia sama rady by sobie nie dała (trzeba znaleźć wytłumaczenie dla swojego łakomstwa). Bardzo przypasowała mi podawana z głowonogami sałata z podduszonymi pomidorami i oliwkami.

Ja wziąłem sobie tapas (23zł). Dokładnie, jeśli dobrze pamiętam, była to pierwsza pozycja z menu, pod nazwą Trio de Tapas ..cośtam. W każdym razie trzy rodzaje przekąsek: 4x panierowane pulpeciki jajeczne, przekładaniec z łososia i tuńczyk z oliwkami na smażonej papryce z czosnkiem. Wszystko podane na sałacie z sosem. Jako całość trudno to zaliczyć do kategorii „przekąski” – „danie główne” pasowałoby tu bardziej. Jajowe kotlecikinie powaliły mnie. Lekko mdłe, w pozytywnym znaczeniu, pozbawione były z tego co pamiętam soczewicy, która była w składzie w menu, lecz została brutalnie wykreślona czarnym markerem. Przekładaniec z łososia, z serkiem to osobna bajka. Coś nowego dla mojego styranego podniebienia. Warstwy łososia i jabłka przekładane były kremem z białego sera, całość przykryta ponownie plasterkami jabłka. Tym razem skarmelizowanymi. Na deser tuńczyk na smażonej papryce. Coś prostego, jednak to najbardziej przypadło mi do gustu. Pewnie przez wyrazisty smak papryki i czosnku.

Całość spięta oczywiście została dwoma bronxami (5zł: ze świeczką tego w Warszawie szukać) i kawą z łyski i kremem (9zł). Pani kelnerka, zupełnie nie-hiszpańskiej, bo słowiańskiej, miłej oku urody spisała się na medal. Przychylam się k’temu, że i ona i taberna raczej zaczynają swoją przygodę. Oby potrwały jeszcze lat parę. Z przybytku ucieszą się na pewno miłośnicy flamenco, bo przecież pod takim szyldem działa Taberna. Do nich z pewnością dołączą iberofile, no a na końcu ja – kiedy tylko nadarzy mi się być w pięknej Twierdzy Breslau.

11/11/2006

Mexico Bar, do drei mal stück

Filed under: Wrocław,texmex — maliboo @ 00:12

Próbowaliśmy się tam wbić od usranej śmierci. Fakt, z marszu w godzinach szczytu wbić się trudno… Ale w końcu przezornie zarezerwowałem dwa krzesła dzień wcześniej. Blon zachwalała burito. Nota bene stąd wyciągnęła przepis, którym zdarzyło jej się uraczyć mnie i zena jakiś czas temu (kurczaka chyba też). Było dobre, ale w jej wykonaniu większość rzeczy jest taka jak Mr God przykazał.

Ale wracając, całość Mexico Bar znajduje się na Rzeźniczej 34 w Breslau naturlich. (Cholera, może by skombinować mapkię w google maps?) Stronę mają megaparchatą, w dodatku na fajerfoksie generuje błędy krytyczne (czytaj: nie odpalisz bracie). Wnętrze knajpy ujdzie, jest ciasno, to jest ból. Po jakichś 15 minutach zauważyłem dopiero śmieszny żyrandol z butelek po coronie.Fajna sprawa, gdybym miał jeszcze swoją kolekcje flaszek po bro na pewno bym coś takiego zmajstrował… No kinkiet przynajmniej.

Do żarcia wzięliśmy naczosy z guacamole, drina z parasolką i bronks dla mnie. Gwoździem było MEXICAN ESPECIALIDADE, za menu „zestaw dla dwojga”. I faktycznie, musieliśmy poprosić o spakowanie reszty, bo trudno nam było wciągnąć całość. Ale po kolei. Na ciepłe musieliśmy czekać koło 30 minut (troszkę mniej). Nie tragedia, tym bardziej, że w tym czasie szamaliśmy naczosy. Zgodnie z Kasią stwierdziliśmy, że wolimy te z hipermarketu, mniej tłuste. Jeśli chodzi o guacamole – ma fajny, świeży smak, trochę za bardzo cebulowy. „Wolę twoje, bardziej czosnkowe” usłyszałem ;) . Ale i to mi przypasowało, bo nie żałowali
pomidorów. Chociaż gazpacho zjemy tu ponoć tylko podczas sezonu (za kartą).

Po okocimiu palonym, pinia coladzie i okocimiu zwykłym (miał być palony DRUGI! Ghrrr) wjechało żarcie. Wielkość trochę mnie zaskoczyła (+), Były pieczone ziemniaki, oliwki w ziołach (-, mogłyby być też/tylko bez), jakaś kapusta pekińska (-, nie było żadnego dressingu), pieczary smażone no i main entrance: chiełbaski i „polędwica drobiowa” smakująca, wyglądająca i reagująca na „siad” zupełnie jak piersi drobiowe. Wszystko to w cieście obtoczone, dodatkowo mięso z kuraka na drewnianej, długiej wykałaczce można obgryzać. Mnie smakowało, ale nie powiem, żebym zachwycon był. Za to Qfiateque zachwycony nie był, szans im nie dając w następnym starciu („ale nie pójdziemy już tam, prawda?”). Chociaż nie powiem, żeby dnia następnego ciasta kukurydzianego nie wcinała :) – ja zjadłem wtedy chiełbaskę. Na zimno czuć wyraźniej smak daktyli, którymi są nadziewane. Chociaż sama kiełbaska smakuje jak typowa myśliwska, czy inna taka tam…
Nasz błąd, że nie wzięliśmy czegoś typowo „meksykańskiego” – mięso, fasola, paliwryj, śmierdzi spoconym meksem. Prawie jak mój sosik z podsmażanych pomidorów, smażonej i surowej cebuli i curry. Ja proponuję dać im jeszcze jedną szansę Kaś, co Ty na to? Teraz wezmę coś żeby zmarnować żołądek jak prawdziwy mężczyzna. Burito albo kesedila…

Aha, obsługa nie zachwyca, chociaż już przy stoliku jak najbardziej poprawnie. Ale zaraz po wejściu poczułem się trochę olany. Uważam, że jeśli prowadzi się przybytek usługowy, naturalną rzeczą jest usługiwanie tym co wchodzą. Tu musiałem się prosić o uwagę, żeby zakomunikować, że miałem rezerwację i chcę swój stolik…

Powered by WordPress