mali*ciouş

01/03/2009

Gdyby w Besuto było bardziej suto…

Filed under: Warszawa,japońskie — maliboo @ 23:13

…z pewnością byłaby to jedna z moich ulubionych suszerni. Mimo tego, że zeszłoponiedziałkowy wypad na surowe rybsko uważam za smaczne zaliczenie, to z perspektywy tygodnia nie jest juz tak różowo. Szczególnie, że doczytałem na gastronautach, że pałeczki są jednak wielorazowe. Oczywiście była to jedna z pierwszych rzeczy na którą zwróciła uwagę Kasia. Wydawało mi się wtedy, że to po prostu patyki na bogato, zmieniane są po każdym gościu. W końcu ceny jak na takie miejsce i lokalizację są na dobrym stolicznym poziomie. Jak na knajpę bez kibla.
Oczywiście nawet jesli takowy się tu znajduje, a z tripów po okolicznych pawilonach i ich piwnicach można się tego spodziewać, nie był w żaden sposób oznaczony.  Nie miałem potrzeby, nie pytałem, a wiadomo, że ignorancja jest błogosławieństwem. Więc: kibla nie było.

Ostatni (ach, te podwójne znaczenia) poniedziałek okazał się nad wyraz leniwiy. Kusiło sushi, zniechęcała perspektywa ruszenia tyłków gdzieś dalej. Oczywiście mogliśmy tego dnia wylądować w Akashii w Złych, ale kolejny, dobrze już znany, lunchbox nie przekonywał tak jak perspektywa nowych miejsc. Ruszyliśmy więc z powrotem na Nowy Świat, tym razem w znane zagłębie pawilonów, by zdeflorować językiem dość leciwą już suszarnię Besuto.

Nie wiem czy to moje szczęście, czy jednak kryzys, ale ostatnio gdzie się nie udam, to miejsce świeci pustkami. Casa to tu, Galeon, czy bieżące Besuto. Widocznie czas spotkań naszej-klasy się skończył i knajpy już nie mają takiego wzięcia. W każdym razie zasiedliśmy sobie w mikrym wnętrzu. Jednak spore lustro na ścianie dawało złudzenie dużo większej przestrzeni niż w rzeczywistości. Podjęcie menu to była praktycznie formalność, bo z góry nastawiliśmy się na zestaw Miko (89zł). Trzy zestawy bliźniaków nigiri: tuńczyk, maślana i łosoś, 6 sztuk małych maków z rybnym paluszkiem krabowym i 10 sztuk (futo?)maków. Doprawdy nie wiem jak zdolnemu matematykowi na stronie Besuto wyszły z tego 23 sztuki. Miłym akcentem tego popołudnia była promocja na gunkan maki z tatarem z łososia. Oczywiście nie wierzę w darmowy obiad, więc pewnie zapasy tej ryby niebezpiecznie zaczęły się zbliżać do końca terminu przydatności do spożycia. Jakkolwiek by nie było łosoś był smaczny. Przebił moim zdaniem nawet hojne maki z tuńczykiem, szparagami i pikantnym olejem sezamowym. Nota bene jego pikantność pozostała chyba w butelce w której był przechowywany. Nigiri z łososiem i tuńczykiem: bardzo dobre i równie dobrze złożone. Czasem ryba odpada od ryżowych paluszków już na talerzu.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się nie doczepił. Proponowany przez stronę „napój bezalkoholowy do wyboru gratis” nie został przez kelnerkę nawet zaproponowany. Naczynka na sos sojowy i podstawki pod sushi, mimo że fajnie wyglądają, to naprawdę kiepsko się sprawują w swoich rolach. Zbyt pretensjonalne, siłujące się na pseudoprymitywność. Zwykłe płaskie ceramiczne miseczki i deseczka na podstawkach naprawdę wystarczyłyby. W dodatku prowadzona przez obsługę i ich znajomych rozmowa na temat tego, że „to jasne, że dla siebie robi się lepiej” w obecności gości (nawet jeśli była ich tylko dwójka) jest jakoś nie na miejscu. Oczywiście, nie upieram się, że rozmówczyni racji nie miała. Miała, ale wolę myśleć, że obsługują mnie fachowcy lubiący swoją pracę i szanujący własnych gości na równi z tymi, którzy płacą.

Pewnie wpadnę tu jeszcze na maki z pieczonym łososiem, ale mimo wszystko uważam, że ceny nie przystają do lokalizacji. Tym bardziej iż na dzień dzisiejszy wg gastronautów mamy w Warszawie jakieś 86 restauracji trudniących się susheniem. Po pierwszym zachwycie surowym rybskiem pora moi wszyscy drodzy właściciele zejść trochę z cen, bo zawijanie ryżu, mimo iż jest dobrym interesem, nie jest wcale takie drogie.

Cztery w skali Beauforta

Filed under: Warszawa,fużyn,swojskie — maliboo @ 16:03

Kołysał nas zachodni wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą został.
I nagle ktoś jak papier zbladł:
Sztorm idzie, panie bosman!

Jako typowy szczur lądowy unikam grogu, szkorbutu i knajp z szantami. Jednak zaproponowany przez Kurę Galeon nie wyglądał jak typowa knajpa z rozśpiewanymi marynarzami i ich ubogimi krewnymi: żeglarzami z Mazur. Chociaż mając w pamięci otwarcie filmu „Trzeci”, to na tę ostatnią opcję mógłbym przystać. Pod warunkiem, że na pokładzie również będzie Szapołowska mojego pokolenia: Magda Cielecka (dzieci nie podglądają).

Nie wiedzieć czemu, pierwsze wrażenie jakie zrobiła na mnie ta knajpa, to celowanie w klientelę w wieku 40-50lat. Cóż w końcu człowiek ma tyle lat na ile się czuje. Zatem wpasowałem się idealnie.
Mimo, że na miejsce przybyliśmy dobry kwadrans przed rezerwacją obsługa nie robiła większych problemów. No może poza nadgorliwym panem ochroniarzem, który przemiłym tonem warszawskiego prażanina oznajmił kumplowi żeby ten zostawił plecak w szatni. Być może przemiły pan bał się, że wejdziemy z własnym pontonem, lub wyniesiemy ichnie kapoki?

Na temat wystroju nie ma się co rozpisywać. Kto był na Darze Pomorza, ten wie czego się spodziewać. No może jest tu trochę więcej miejsca niż na tej szkolnej łajbie. Już na wstępie ochoczo zobligowałem się do wspinaczki na takielunek. Obawiam się jednak, że ten był przymocowany równie trwale, jak życzliwe uśmiechy obsługi. Więc ostatecznie nie zaryzykowałem skrecęnia kostki. Chociaż na wygłupy przyzwalała atmosfera miejsca: mimo iż był piątek, sala w której siedzieliśmy była prawie pusta. No cóż kryzys panie.

Czekając na pozostałych zamówiliśmy trunek lądowych szczurów i programistów (żywiec 16zł/litr, 9zł/0.5), a do tego przystawkę w postaci chorizo duszonego w winie z trzema grzankami grzaneczkami (24zł). Bardzo dobre, ale to raczej sprawka masarza, nie kucharza. Oczywiście ilość miała się nijak do ceny. Jeśli jesteśmy przy przystawkach warto wspomnieć o ubogiej, aczkolwiek fajnie podanej porcji kęsków kurczaka w pikantnej panierce (16zł). Podlane zostały sosem czekoladowym i jakimś ostrym wynalazkiem. Kaszaną wieczoru okazał się tragiczny tatar z łososia (27zł). Zawsze mi się wydawało, że urok surowego mięsa polega na jego prostym smaku. A ten na pewno nie zostanie znaleziony wśród mieszaniny z cebulą w proporcji 1:1. Ryba to nie wołowina!

Gdy w głowie zaczynało już być słychać morza szum, ptaków śpiew przyszła pora na danie główne. Poza sporym rybnym wyborem znalazło się tu również miejsce na coś bardziej suchego za życia. Wybór padł na karkówkę z rusztu (27zł), kurczakową szpadę korsarza (34zł) i jagnięcinę pieczoną w ziołach z sosem baskijskim (51zł). Mając jeszcze w pamięci to co dostał krzepa w Tabace liczyłem na coś naprawdę godnego. Za wystawanie przed szereg zostałem upomniony, że pewnie znów dostanę spalone kostki. Jednak taka pomyłka jaką zaserwowano nam kiedyś w Banja Luce zdarza się chyba tylko raz na dekadę.
Rozczarowanie przyszło z innego frontu. Najgodniejszym okazał się talerz na którym zaserwowano moją owcę. Wielkością przypominał koło od malucha, a może nawet od dużego fiata. Na nim trzy ziemniaki opiekane w całości, trochę grillowanej papryki i czegoś co mogło być zdeptanym szparagiem. Pośród tego bogactwa warzyw, niczym mała, bezbronna owieczka na wielkiej ceramicznej polanie, krył się jagnięcy kotlecik. Na początku zacząłem szukać śladów sosu na brzegu talerza. Jednak nic nie wskazywało na to by reszta mięsa się ześlizgnęła kelnerowi z talerza. Tak miało być. Smak jak smak. Ziół w których, wedle opisu, była pieczona sztuka mięsa nie wyczułem. Sam kotlecik wyglądał bardziej jak rosołowe po ugotowaniu. W dodatku z tłustą wstawką.

Kurczak ze szpady bronił się dwoma sosami z którymi został podany. Chociaż po samej szpadzie zostały tylko przestrzeliny w kawałkach mięsa. Samo mięso wydało mi się mało słone i niebardzo doprawione. Podobny sos jak do kurczaka został podany do karkówki. Z tym, że tu już brakowało tego serowego (na czymś gorgonzolopodobnym), podany był tylko pomidorowy na bazie świeżych pomidorów i cebuli (o ile dobrze pamiętam). Ostatecznie wygrała karkówka, smakiem i ilością nie przebijająca jednak tego co można zjeść w Samych Swoich.

Najprzyjemniejsza część wieczoru przyszła jednak z rachunkiem. Kwitek, którego jeszcze nie zamówiliśmy, został dodatkowo przypomniany wybiciem szklanki przez obsługę. Znakomity przekaz wyjaśniający cel jego podania. Czas zapinać do domu drodzy klienci, jest piątek i chcemy już iść wracać! zdawał się śpiewać dźwięk dzwonka. Pijani bardziej swoim towarzystwem niż wypitym alkoholem (co jest oczywiście wierutną bzdurą i było zupełnie odwrotnie), sprawdziliśmy sumę i ochoczo przystąpiliśmy do zapłaty. Z całego siedmioosobowego towarzystwa nie znalazła się chyba ni jedna osoba, która byłaby w pełni zadowolona z obsługi, co też chcieliśmy „wyrazić” swoim gestem przy napiwku. Niestety tak to już bywa z dzisiejszymi kelnerami, którzy w swym zawodzie szukają jedynie łatwego zarobku. Doliczono nam bez pytania i co gorsza bez wcześniejszego ostrzeżenia „tradycyjne” 10% serwisu. W stanie lekko wskazującym nikt nie zwrócił na tę drobną pozycję. Zresztą po cóż to robić, jeśli holduje się zasadzie partnerskiej uczciwości.
Pozwoliłem sobie dziś zadzwonić do tego przybytku. Miły pan poinformował mnie jeszcze milszym głosem, że restauracja Galeon nie pobiera, ani nie wymaga żadnych dodatkowych opłat przy rezerwacji, czy od pewnej ilości osób. Zasada taka obowiązuje jedynie przy grupach, które z góry ustalają menu (swoją drogą to dziwne). Nie muszę wspominać, że nasze było wyborem chwili. W dodatku mój interlokutor zdziwiony był, że w Warszawie istnieją miejsca gdzie rezerwacja wymaga od klienta wpłacenia zaliczki, ustalenia menu, lub minimalnego rachunku na osobę. Ale zdarza się.

A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: – Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Cztery w skali Beauforta!

25/02/2009

Tapas tapping*

Filed under: Warszawa,hiszpańskie — maliboo @ 21:49

Warszawska SKM to prawdziwa wygoda dla tyłka. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu przeklinałem anus Warszawy jakim jest był Rembertów. Dzięki nie-tak-szybkiej, ale kursującej regularnie, kolei miejskiej awansowaliśmy do roli jelita grubego stolicy, przesuwając końcowy odcinek układu pokarmowego w stronę Ząbek (sory Endrju). Niecałe dwadzieścia minut jazdy i można się cieszyć klimatem Nowego Światu. To tu dom jadłodajny Gesslerowej ma swoją siedzibę. Nota bene España to tu również. Obydwie restauracje sąsiadują ze sobą. Piwnicą.

Jeden z wielu przepisów na kuchnia.tv zafiksował nas na chorizo. Dlatego wybór, praktycznie od razu, skończył się na paelli z pikantną kielbasą i kurczakiem (58zł – porcja dla dwóch osób). Co oczywiście musiało być poprzedzone dwudziestominutową medytacją nad menu. Całe szczęście oczekiwanie na główny talerz umiliły nam tytułowe tapas – drobne, aczkolwiek sycące przekąski w postaci Tapas con Embutidos (13zł) i Jamón con Melón (21zł). Na te z kolei czekaliśmy zajadając czekadełko w postaci bułki z sosem majonezowo czosnkowym (alioli). Wydaje mi się, że majonez mógł być własnej roboty, ale nie zdziwiłbym się jeśli walnęliby kielecki. Darmowa przekąska nie byłaby zła, gdyby bułeczki były cieplutkie (tak, mialo zabrzmiec perwersyjnie). Bo zaprawdę powiadam Wam, iż mieszanie starszego pieczywa ze świeżym nie jest dobrym pomysłem. Klient z kubeczkami smakowymi nie wyżartymi przez tytoń i alkohol wyczuje różnicę pomiędzy poprzedniodniową i świeżą bułą. Naprawdę.
Przekąski spisały się za to znakomicie. Cztery kanapeczki z chorizo i suszoną szynką dały radę. O wiele bardziej niż niedojrzały melon podany do suszonej jamón serrano. Jeśli chodzi o surowe szynki, to zdecydowanie wolę tą szwarcwaldzką. Po wygranej walce z przekąskami i szklanką balantajnsa (14zł, złota akurat wypiła wybyła) przyszedł czas na patelnię paelli. Dobra, chociaż może bardziej dzięki magii chorizo, niż rękom kucharza. Na pewno ciut lepsza od tego, co serwują we wrocławskiej Espanoli.

Wypadałoby napisać słowo o nastroju-wystroju. Bo, pomijając śmierdzący kibel, jest tam przytulnie. Do gustu przypadła mi minisalka w piwnicy. Dwa dwuosobowe stoliki, czerwone ściany, naprawdę nastrojowo. Niestety zostaliśmy usadzeni w zimnej przestrzeni na lewo od zejścia. Doskwierał tu trochę brak ogrzewania, a sączona na rozgrzewkę whisky sprawiła, że chciałem wydoić kartonową sylwetkę krowy usadowioną tuż nad kominkiem. Całe szczęście zostałem poinstruowany, że bydlę jest płci męskiej. A już w przedszkolu nauczyli mnie, że byki mleka nie dają. Chyba, że jest się pracownikiem stacji inseminacji ze sporą wyobraźnią.

W menu pozostało jeszcze pare kuszących pozycji, które niczym imienne zaproszenie ciągną z powrotem. Patatas bravas, czy polędwica owinięta suszona szynką  to solidne magnesy. Jednak ceny tapas: spiritus movens tego przybytku odstraszają. Lokalizacja zobowiązuje, ale nie dajmy się zwariować. Proste przekąski, w dodatku nie zwalające z nóg (w trakcie, ani parę godzin po jedzeniu), nie powinny kosztować więcej niż 80% aktualnej ceny. W końcu to żadna sztuka położyć na pieczywie kawałek mięsa garnirowanego… pietruszką.

* – tapping (verb). The act of sexual intercourse.

24/02/2009

Tłusto, ciasno, smacznie. Namaste.

Filed under: Warszawa,indyjskie — maliboo @ 23:14

Gdy Cię głód do ściany przyprze,
to dokładki się nie wyprzesz.

Well, hołdem dla Isabel wypadało zacząć. W końcu ta wyspiarska monarchia jest drugą matką dla sporej części indyjskich emigrantów, byłych poddanych Jej Królewskiej Mości. Polskich zresztą (niestety) również. Cała nadzieja w tym, że wiosna za miesiąc, więc może Kaziu zakocha się. Znów.

Wypadałoby zacząć jakiś tryptyk, kwarptyk, czy inny pierdyptyk na temat hinduskiego żarcia w Warszawie, chociaż gastronauci kłamią, że coś podobnego serwują we Wrocku. Pics or didn’t happend, póki co Warszawa rządzi jeśli chodzi o kosmopolityczną kuchnię. Krakusów poproszę o hejt w komciach;> Zbieram się do tego od czasu bliżej nieokreślonego, podobnie jak do swojej magisterki. I obawiam się, że prędzej przyjdzie mi obić bloga w twardą okładkę, niż swoją magisterkę.

Zaczęło się jak zwykle leniwie, zima rozleniwia. Miało być pięknie i romantycznie w (od dawna obiecywanym sobie) Rubikonie. Ale lenistwo wzięło górę. Nawet stek z tuńczyka nie był w stanie ruszyć naszych zgrabnych tyłeczków mojej zsiedziałej dupy na daleki Służew. Skończyło się więc na Złych Tarasach™, parze nowych dżinsów i wizycie na Nowogrodzkiej 15. Punjabski trip zaczęliśmy w sumie dzień wcześniej, kiedy próbowałem sprawić kurczaka biriani. Ryż nie wyszedł, sól nie weszła. Dlatego tym razem wolałem się zdać na łaskę fachowca, który wie jak chochlą zamieszać.

Z krótkich recenzji nastawiłem się już, że w Namaste India trzeba trochę poczekać, lokal jest mały i w ogóle to najlepiej wziąć na wynos, bo sztućce hołdują zasadzie plastik is fantastik. Ale zdecydowalismy się na partyzantkę pełną gęba. Całe szczęście pora był odpowiednia, bo trafił nam się wolny stolik. Jeden z dwóch, dwuosobowych stolików na całą knajpkę. Resztę przestrzeni wypełnia tu meblościanka pełniąca funkcję witryny – sklepowych półek z szerokim wyborem suszonych ziół i wszelakich masali. Oraz ryżu basmati, soków z mango, past do zębów, żelów na romantyzm reumatyzm i maści na szczury. Jeśli chodzi o zaopatrzenie na romantyczny, pijacki, szpanerski, tematyczny (niepotrzebne skreślić) wieczór, to ceny i wybór jest konkurencyjny. Zwykła asafetyda w porównaniu do Kuchni Świata (10zł) kosztuje tu 4 blaszki. Reszty przestrzeni dopełnia kontuar z rubensowską panią hinduską. Oczywiście najlepiej dogadywać się w uniwersalnym esperanto: angielskim, bo z językim Reja i Kochanowskiego może być trudno.

Wybór był prosty: kurczak (22zł) i krewetki (22zł). No i obowiązkowa parantha (5, czy coś) (wchodzi mi bardziej niż naan), do tego ryż z kminem indyjskim (jakoś 12?). Poczekać trzeba było, co przy torturach w postaci szerokiego wyboru przypraw na półkach (circa 5zł od sporej paczuszki) nie było łatwym zadaniem. Na koniec zresztą skapitulowaliśmy i zakupilismy małe, puchatkowe conieco na domowe pichcenie.

Wreszcie na stole pojawiły się plastikowe pojemniczki z sosami brzemiennymi w mięso kurczaka i ciała krewetek. Poczułem się prawie jak za studenckich czasów, kiedy to na placu Zbawiciela wcinałem z fabim i kaktusem kurczaka na gorącym półmisku u kultowego chińczyka.
Pierwsze rozczarowanie przyszło z aromatem paranthy. Była zbyt tłusta i pachniała słodkim jełczem ghi, lub tańszym popcornem o „aromacie masła”. Duży minus, który jednak został zneutralizowany przez delikatność kurczaka z nerkowcami i miło łechtającą podniebienie ostrością sosu, w którym taplały się krewetki tygrysie. Zadowolenie: 8. Jednak jeśli chodzi o tłustość sosów, to przydałaby im się sauna solution, albo inna liposukcja. Nadmiar tłuszczu wytrącał się niczym ładunek Exxon Valdez w 1989. Również ryż opływał w lipo-dostatki, co jest może dobrym rozwiązaniem przed wieczorem obficie zakrapianym etanolem, ale nie na strawną przekąskę w tygodniu.
Mimo nasycenia tłuszczami nasyconymi Namaste ma swoja magię. Magię, która doczekała się drugiej siedziby w uprzedniej lokalizacji Herbacianego Ogrodu na warszaskey starówce. Jednak przed Mandalą i Kathmandu, zapraszam i polecam tu właśnie.

01/02/2009

Tabaka w rogu

Filed under: Warszawa,bałkańskie,bułgarskie — maliboo @ 00:08

…rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Zupełnie przypadkowo wypadło, że w moje imieniny. Całe szczęście nikt nie pamiętał. Zawsze się czuję skrępowany życzeniami, chociaż nie zaprzeczam, że jest mi miło. Krzepa jęczał o Czerwonego Wieprza, ale Andrzej polecał przybytek na Szkolnej 2/4: Tawerna Tabaka. Dodatkowo recenzje na gastronautach zachęcają. Mocna trójka w medianie i czwórka od chenoi dają gwarancję zadowolenia. Lecz de gustibus etc. – trzeba było spróbować samemu.

Jadziemy z tym koksem.
Piątek godzina 18:30 to zły czas na rezerwacje. Po prostu nie da się już wysiedzieć w fabryce, szczególnie mając w pamięci smak i zapach bułgarskiej czubricy. W końcu ten drugi to najtrwalszy ze zmysłów. Dlatego wesoło wpadliśmy do przybytku zaraz po szóstej. Nasz stolik, całe szczęście stał już wolny. Niestety miejscówka nieco mniej szczęśliwa, bo na głównej trasie gastronomicznej realcji kuchnia – sala.

Tabaka często bywa porównywana z Banja Luką na Puławskiej. Jeśli chodzi o metraż to ta druga równać się nie ma co. Na Szkolnej miejsca nie brak. A i rozkład siedzisk jest odpowiedni. Do gustu przypadły mi miejscówki we wnękach. Jest taka czteroosobowa za koralikowym zwisem sufitowym, jednak i te więcejosobowe za przepierzeniami z wiklinowego barachła też są fajne. Wśród przaśnego wystroju, lamp rodem ze Sfinksa, da się miło spędzić czas. Chociaż wiadomym jest, że nie miejsce, a towarzystwo gwarantuje dobrą zabawę. Co nie zawsze jest prawdą oczywiście ;-)

Każda podróż zaczyna się od schodów, czy jakoś tak. Tymi akurat schodziliśmy w dół, po podjęciu kurtek w szatni (panie szatniarzu: piwo bez soku smakuje lepiej) zostaliśmy poczęstowani lampką czegoś gorącego. Jeśli miał być w tym alkohol, to z pewnością wyparował po zagotowaniu. W każdym razie słodki korzenny soczek „z czegoś” był miłym gestem na powitanie. Nie wspominałbym być może o tym, gdyby nie to, że milszych gestów potem również nie brakowało. Od wejścia, a ja już od środy, nastawiliśmy się na przystawkę w formie Midi sa wino, (mule duszone na maśle i białym winie z dodatkiem czosnku, cebuli i natki pietruszki – 29zł). Porcja akurat odpowiednia dla dwóch osób, tak żeby zachęcić żołądek do mięsnego najazdu za trzy kwadranse. Przed skorupiakami zostaliśmy poczęstowani wspominaną, reklamowaną, chwaloną, pyszną oliwą z ciepłym pieczywem. Jako czekadełko (a bułki z kosza jako wylizadełko do sosu z omułków) spisało się wspaniale. Oliwa zaprawiona octem balsamicznym i ostrą papryką w połączeniu ze świeżym pieczywem wymiatała. Od czasów Butelki nie jadłem tak dobrej przystawki z oliwą w roli głównej. I niech w tym miejscu się schowa nawet St. Antonio ze swoim ziołowym przysmakiem. Jest to rzecz dla której zjawię się w Tabace raz drugi, trzeci i być może czwarty! Same morskie śmiecie nie były już wstanie dorównać darmowej przystawce. Tu oczywiście moje zdanie i zdanie krzepy rozbiło się o fiordy gustów i guścików. Ja twierdziłem, że przesolone omułki są dużo gorsze niż w Szwejku, jemu cebulowa zaprawa smakowala bardziej. Jak dla mnie zbyt słabo podduszona cebula i za ciężki sos zabijały smak skorupianego ustrojstwa i całośś przypominała bardziej jajecznicę na maśle z cebulką, niż owoce morza.

Po porcji mięczaków, sącząc Carlsberga (8zł – ale czemu nie było Okocimia palonego?) wsłuchiwaliśmy się w dźwięk dzwoneczków noszonych przez panie kelnerki na najlepszej części ciała kobiety. Nadawały one (dzwoneczki, nie pupy) na dość wysokich częstotliwościach, przypominając trochę ultradźwiękowe odstraszacze psów. Całe szczęście był piątek, więc wszyscy ubrani byli bardziej casual, niż korporacyjnie.

Nasza cierpliwość została nagrodzona. Chociaż czekanie Radzia nieco wcześniej. Na stół wjechał zamówiony przez niego gigantyczny kawał jagnięcego udźca (69zł). Wedle słów pani kelnerki marynowany przez 3 dni w specjalnej zalewie. Do dostania ponoć tylko w piątki i soboty. Plotki tej nie potwierdzam, jednak coś takiego jak sezonowośc dań w restauracjach bardzo mnie nakręca. Fajnie dostać coś, czego nie można zjeść na codzień. Taki wybieg odświeża ustalony model biznesowy w postaci, przetartego i podniszczonego czasem, menu.

Czekając grzecznie na swojego steka z wołowiny (43zł) podżerałem biednemu krzepie z jego grillowej pateni, czy rondla, soczystą owieczkę. Oczywiście z reporterskiego obowiązku musiałem spróbować Kebabczeta Marcina (30zł) i Pile po turski, czyli pieczony kurczak w miodzie i balsamico z prażonym sezamem i orzechami (30zł) Andrzeja. Niestety kebapcze w wykonaniu Tabaki to kolejna po mulach niedoróbka. Owszem smaczne jako kotlety, ale to co daja w Nesebarze bije miejscowe paluchy z mielonego na głowę. Kurczak w miodzie, a głównie jego wielkość, nokautował. Mięso soczyste, niewysuszone i do tego słodki, miodowy posmak. Napisałbym, że trzeba się było dobrać również do orzeszków, ale zabrzmialoby to dość homo, lub zaleciało dowcipem o przemytnikach wiewiórek.
Wracajmy więc do mojej sztuki mięsa. Stek, wysmażony w kratkę, przyrządzony na medium był boski! Może nie następnym, ale na pewno kolejnym razem wezmę coś nawet mnej wysmażonego. Wołowina rozpływała się w ustach, co zostało potwierdzone wyborem zena, który wziął to samo. Z tą różnicą, że zamówił sałatkę szopską (7zł), której nie dostał. Co oczywiście nie przeszkodzilo tejże pojawić się na rachunku. Fajnie by było, gdyby obsługa dopilnowywała zgodności tego co dostają klienci z tym za co płacą. W końcu technika WYSIWYG znana jest nie od dziś.

Ostatecznie ten zgrzyt nie zniechęci mnie do ponownej wizyty w Tabace. Było dobrze, powiedziałbym, że nawet bardzo dobrze. Do tego stopnia, iż następnym razem skuszę się chyba na Hejdučki kotleti, czyli kotleciki jagnięce (44zł), po których został mi taki niesmak z Banja Luki. Uraczono nas tamże, a dokładniej Kasię, (wy)suszonym ścierwem wokół owczych kostek. Całe szczęście od czasu menu jagnięcego na Podwalu i wielu wizyt w hinduskich knajpach wyleczyłem się z traumy po tamtym dniu. Co warte wzmianki, to to, że od 10 osób doliczają tu 10% serwis. Ciekaw jestem, czy przy rezerwacjach powyżej tej ilości wymuszają ustalenie menu, niestety jak gdzieniegdzie. Strasznie bydlacki to zwyczaj, tłumaczony zwykle „jakością serwisu” i tym podobnymi bzdurami. Screw that! Myślę, że wolę poczekać na jedzenie 30 minut dłużej niż być zmuszonym tydzień w przód do jego wyboru!

18/01/2009

Pasta z kawą

Filed under: Warszawa,włoskie — maliboo @ 22:32

Co by dobrego nie mówić o praskich klimatach, warszawskim duchu i „krawaciarskim” rezerwacie jakim jest prawobrzeżna strona stolicy, jedno trzeba przyznać. Jest dużo bardziej zaniedbana, niż jej „lepsze” odbicie po lewej stronie lustra Wisły. Architektonicznie i szynkowo. Ok, mamy tu Saską Kępę ze swoim kulinarnym zagłębiem na czele którego stoi Passe Partout, mamy Villa Moldova, a nawet greckie Santorini. Niestety wobec ponad tysiąca knajp podanych na gastronautach, ledwie lichy procent promil znajduje się po praskiej stronie. Po trosze wynika to pewnie z mentalności rdzennie przyjezdnych „warsiawiaków”, którzy na słowo „Praga” starają się skryć w najbliższej stacji metra. Niczym na sygnał alarmu A-bombowego. Z tego wynika zapewne dość powolny proces rewitalizacji tych rejonów. W każdym razie „perełki”, które tu rezydują czasem trzeba wygrzebywać spośród niechlubnych „wieprzy”. Tak było z Knajpą Sami Swoi jak i PastaCafe. Pierwszy lokal, ze względu na sentyment, czeka od dawien dawna w kolejce po wenę. Pasta Cafe trafiła się niejako przez przypadek, podczas przeczesywania mapy restauracji w okolicy.

Lokalizacja miejsca, jak i godziny otwarcia (a la carte jest do 20:00), sugerowałaby rolę lokalnej lunchowni, niż jakiejś średniej restauracyjki. Niestety podobnie i ceny, których poziom jest o jakieś 3-5zł zawyżony. Bliskość wszelakich firm i urzędów implikuje obecność biurw, jak i młodszego pokolenia kapitalizmu, zbiegającego się tu niczym mieszkańcy sawanny do wodopoju. Wnętrze znajduje się w typowej praskiej kamienicy. Ok, może nie tak typowej, ponieważ fasada ma w miarę nowy (czyt. pewnie ciut młodszy niż 30-letni) tynk, zamiast poczerniałych, brunatnych cegieł. Z zewnątrz trzyma się to kupy.
Wejściówka jest dość skitrana i muszę przyznać, że za drugim razem niechcący minąłem nagły skręt w bramę z niedużym szyldem wieszczącym iż teraz i tu PastaCafe stoi otworem. Nad wystrojem wnętrza trudzić się raczej nikt nie musiał, ot tynkowane ściany, a na nich przeciętne zdjęcia z przeciętna modelką na tle praskich podwórek, starych zakładów i takietam. Na piętrze palarnia-piwiarnia z kanapami i mam wrażenie, że chciałbym tam zasiąść czasem ze szklanką czwartego, piątego bro w doborowym, bo dobranym towarzystwie. Chociaż czuję, że będzie to pewnie bliżej lipca, niż lutego…

Ale bynajmniej nie na piwo wyrywamy się na trójkwadransowy lunch z objęć ronda-które-rondem-nie-jest Wiatraczna. Pierwszy raz dane nam tu było spędzić czas na paście. Makaronie w sensie i dodam, że był to czas stracony. Wybraliśmy się pakietowym teamem z &rju i Czarkiem w nadziei iż odnajdziemy coś innego niż możemy zastać w starych, dobrych Samych Swoich u Sundmannów. Tego dnia gdy byliśmy tu pierwszy raz było dość tłoczno, więc przezornie zamówiliśmy jako przystawkę włoskie focaccia (8zł). Przybyły z pewnym takim opóźnieniem, jednak jak się okazało duuuużo wcześniej niż nieszczęsny makaron Andrzeja. Spód od pizzy z sosami nawet mi leżał, chociaż dużo bardziej smakował z sosem pomidorowym i oliwami stojącymi przy barze. Jak na mój gust oliwa z papryczkami chili była zbyt łagodna. Cóż to nie to samo co w śp. Butelce na Podwalu. Po długiej przerwie wkroczyły makarony: moje farfalle z kurczakiem (24zł czy coś) i szpinakiem i czarkowe kluchy z szynką parmeńską (24 chyba). Szpinaku mało, szynka za grubo pokrojona, nie było to nic wartego swojej ceny. Ani ilość ani jakość nie przystawała do (prze-)za-płaconych dwudziestu blaszek. Tym czasem w trakcie naszego pałaszowania Andrzej czekał cierpliwie. Z racji tego, że nie dostał jeszcze swojego talerze obaj z Czarkiem nie spieszyliśmy się zbytnio z pałaszowaniem, kątem-plując chwile konsumpcji. Gdzieś tak przy końcu, gdy makaron wyparował z talerza, tudzież był już zimny, dojechał talerz trzeci. Linguine (chyba), ze śmieciami z morza (27 czy coś). Zbyt rzadki sos i portowy nie zachwyciła chyba biednego Endrju, jak i mnie – tupeciarsko podżerającego mu z talerza porcjyjkę tryout. Smaku nie uratowal nawet – o zgrozo – parmezan podany do owoców morza (sic!). Widocznie w kuchni nie uznają wyjątków i dają ten ser – mordercę delikatnego smaku – do wszystkiego, jak leci. Chociaż pewnie żona Jacquesa Pépina uznałaby inaczej;) Taak, pierwsza wizyta nie wypadła szczęśliwie.

Starając się nie oceniać  PastyCafe po (o ironio!) pastach, postanowiliśmy wpaść tu drugi raz na pizzę. Całe szczęście, że mieliśmy takowe żelazne postanowienie, ponieważ tej wizyty w daniu dnia gościła sola z warzywami i ryżem (28zł). Jednak nie złamałem się, uznając że jak na typowy lunch, szeregowego pracownika jest to cena zbyt wygórowana. Zamówiliśmy więc pizze, chociaż Czarek, się wyłamał decydując się na jakąś sałatkę z cytrusami i krewetkami (28 chyba, ale głowy nie dam). Ja wziąłem placek ze szpinakiem, czosnkiem i sadzonym jajkiem (22zł), a Endrju tradycyjna pepperoni (20-coś, jak wszystko tu). Makaron Agaty, która zamówiła „mojego” kurczaka ze szpinkiem wydawał się jakby większy niż podczas ostatniej wizyty. Albo ja byłem głodniejszy czekając na zamówienie. Podana pizza miło mnie zaskoczyła, chociaż zaskoczyłaby milej gdybym dostał do niej sos (można dokupić za złotówkę), pepperoni okazała się dość przeciętnym plackiem, który bronił się jedynie mięsem i sosem na nim leżącym. Natomiast zamówiona sałatka to już osobna bajka. Już przy czytaniu menu wydawało mi się, że krewetki i pomarańcze coś raczej nie są ze sobą kompatybilne, tak jak zestawy lego. Co przyznał Cezary pałaszując zieleninę zagryzaną kawałkiem focaccia. Ostry smak cytrusów zagłuszył delikatność morskiego robactwa.

Cóż do typowych lunchowni, gdzie oczekuję obiadu za 15-18zł PastCafe nie należy, jednak pizza i cena piwa (7zł) są przystępne, jeśli brać pod uwagę miejsce jako before-party. Podejrzewam nawet, że trafienie z daniem dnia mogłoby dać dużą przyjemnośc podniebieniu. Lecz do tego trzebaby tu być gościem codziennym, nie niedzielnym jak w naszym przypadku. Oczywiście proza strawy jaką oferuje się w praskich okolicach jeszcze nie raz nas tu zaprowadzi, ale tęsknić też jakoś nie będę.

05/01/2009

St. Antonio: Solarium wliczone w cenę

Filed under: Warszawa,włoskie — maliboo @ 23:05

Pane e vino. Panem et circenses! Po włosku, chociaż bez pizzy. Ciepło, ale za oknem śnieg w niczem Italii nie przypominający. Tak wita styczniowe St. Antonio na swej zadaszonej werandzie, patiem tudzież zwanej, podgrzewanej przez baterię podwieszanych lamp podczerwonych, które robią za darmowe solarium.

Wybraliśmy się tu, bo po świętach, pieczonych boczkach, karkówce z piekarnika, ćwikłach, sałatkach warzywnych, karpiach w galarecie i smażonych, kapustach z grochem, makowcach, kluskach z makiem, rybach po grecku, śledziach z cebulą i tych w occie,  pierogach, racuchach, ciastach słodkich, mniej słodkich i piernikach przeżyć się już nie dało. A kolejna knajpa Jarczyńskiego kusiła od dawna. Tym bardziej, że Podwale spadło na psy i już tylko metr mułu dzieli je od Wooka. Od kiedy podnieśli w Piwnej Kompanii cenę smalcu, by go ostatecznie zlikwidować czuję, że jakiś kawałek mnie zniknął bezpowrotnie. Chociaż ciała przybyło. Ale do rzeczy…

Pierwszy raz zawitaliśmy tu honorową ekipą na steku (39zł), chociaż co poniektórym udało się zjeść kotleciki jagnięce, które niestety zostały wyparte przez cielęce odpowiedniki. Bez zmiany fotki w menu o zgrozo! Stek, porównywalny do tego co można zjeść na Starówce, bardziej wykazywał znamiona dorodniejszego krewnego z placu Konstytucji (czytaj, był lepszy niż na Podwalu i porównywalny do tego co u Szwejka dają). Tu mała uwaga do dzierżycieli przybytku: na tablicy przed wejściem nadal stoi iż stek ten we wtorki po 29zł podają, co wierutnym kłamstwem, zweryfikowanym i potwierdzonym przez kelnera jest. Swoja drogą nigdy mnie nie przestaną dziwić promocje, które nie różnią sie ni groszem złamanym od tego co stoi w menu. A ceny steków tych właśnie identycznymi są i we wtorki i środy i czwartki, et cetera, wbrew temu co podają na kartonie przytroczonym do płota. Nie wypada zapomnieć o przepysznej pomidorowej z owocami morza (21zł), wartej każdej ceny i ofiary.
MIłym akcentem jest wstępny pane, którym pasieni są goście przed podaniem dania głównego. Chleb, wypiekany ponoć na miejscu, podawany jest w stanie ciepłym wraz z ziołami i oliwą na talarzyku, jako czekadełko przed zamówionym daniem. Wraz z druga wizytą nastawiłem się na wspomniane wcześniej kotleciki jagnięce, które tak tajemniczo zniknęły z menu…

Głód jagnięciny spowodował, że ostatniej wizycie wybór padł na gicz jagnięcą (39zł). Dokladnie tę, która jest duszona w rosole z pieczonym ziemniakiem i papryką nadziewaną kruchymi warzywami podana. Kasia wybrała stek z łososia (36zł) z warzywami i ryżem. Ryba, rybą, ale ponoć ryż był pierwszorzędny. Natomiast giczy wiele zarzucić nie można. Owszem, smak bliższy był golonce (tej szlachetniejszej), niż małej, zarżniętej owieczce. Mimo to pałaszowało się miło. Szczególnie zapiekana papryka z warzywami smakowała wybornie. Przynajmniej z wierzchu, który gościł bliżej żarnika pieca w którym była zapiekana. Blondi wzięła makaron z owocami morza (26zł), którego pokonać nie zdołała. Niestety nie próbowałem tego wyjątkowo;), więc wypowiadać się nie będę. Wyglądało to na pewno smaczniej i było tego więcej niż to co dostał dziś Endrju w Pasta Cafe za blaszek dwadzieścia pięć bodajże. I zaserwowane było bez parmezanowej sugestii w postaci posypki, którą raczyć wszystkich w makaronowej kawiarni na Pradze łaszczą.

Święty Antoni kusi jeszcze swymi borowikami z płatkami polędwicy z makaronem do wyboru podanym, omletami wychwalanymi w menu i cielęcymi kotlecikami z jagnięcych przerobinymi. Wpaść tu nie problem, od metra blisko, piwo dobrą ceną stoi (7zł), a i w newsletterze krabami kuszą. Od czasu pałaszowania skorupiaka w Cannes nie potrafię odżałować tego, że w Polsce nie da się dostać tak dobrych stawonogów jak na kocim dazurze.

01/06/2008

Lama z Kathmandu

Filed under: Warszawa,indyjskie — maliboo @ 19:36

Do Kathmandu musiałem podejść dwa razy. Nie żeby było wysoko, czy specjalnie daleko, ale pierwsza wizyta na Wspólnej 65a nie przyprawiła mnie o zawrót głowy.

Miejsce odkryłem zupełnie przez przypadek, kiedy jakiś czas temu szukaliśmy przytulnego miejsca żeby opić z chłopakami mały sukcesik. Wybór padł na Peonię Macedonię. Niestety na miejscu okazało się, że to wcielenie najwyżej podgryza korzonki peonii. Na miejscu było już Kathmandu. Z racji, że oko nie przepada za egzotycznymi smakami, a na dzień dzisiejszy lokal nadal nie dorobił się koncesji, uciekliśmy wtedy do Małej Serbii. Ale co się odwlekło to nie uciekło…

Mój, ostatnio nasilony, lobbing hinduszczyzny spowodował, że w innym składzie i w cieplejszej porze nawiedziliłem ten adres ponownie. Pierwsze wrażenie: wnętrze przeszło chyba tylko lekki lifting ścian po poprzednim właścicielu, bo z południową Azją nie ma tu nic wspólnego. Podejrzewam, że nawet naczynia pozostały w spadku po czasach Peonii. Ale w końcu nie do galerii tu przyszliśmy. Od wejścia nie dało się przeoczyć tutejszego kelnera, chyba dokładnie takiego jakim powinni być ci wszyscy, którzy zajmują sie konsumentami w jadłodajniach. Szarmancki i pomocny, na oko po pięćdziesiątce (wiekowo, nie procentowo) – zawsze skłonny do wyjaśnień. Niestety za pierwszym razem nie mieliśmy przyjemności być obsłużonymi przez niego. Za drugim z kolei zostaliśmy potraktowani trochę po macoszemu. No cóż, para młodych ludzi, to nie sześciosoobowa grupa. Trochę szkoda, bo czar pierwszego wrażenia prysnął.

W przeciwieństwie do mojego ulubionego Arti, ani naan, ani parantha w menu tu nie występują. Są za to papadamy (3zł), podawane z dwoma sosami: zielonym (miętowo-kolendrowy) i czerwonym tamaryndowym o słodkim smaku. Warte spróbowania, chociaż nie warte swej ceny są pierożki momo. 20zł jak za 10 sztuk odgrzewanych klusek na przękąskę, to conajmniej o 5 za dużo. Wspaniałe jest za to tutejsze lassi mango (8zł). Na głowę bije owocowy jogurt, który próbowałem w Mandali. W wersji na słono, z kminem również niczego sobie. Za drugim razem dane mi było spróbować równiez nepalskiej zupy z kurczakiem (10zł) i to było chyba największe rozczarowanie. Smakowała jak cienki rosołek z mięsna wkładką i kokosowym posmakiem. Do czasu… Pani inżynier próbując go poszła w eksperyment i dodała sobie na łyżkę z wywarem zielonego sosu do papadamów. Fuzja ta była na tyle pozytywna, że od razu dorzuciłem dwie łyżeczki do miski z zupą. Może był to jakiś gwałt na zasadach, ale jego owoc był jak najbardziej smakowity. Tutejszy szef kuchni powinien pomyśleć nad lekka zmianą w tym daniu.

Ceny głównych dań są tu do siebie zbliżone i oscylują w granicach 24zł. Oczywiście jak zwykle, ryż nie jest doliczany i występuje tu tylko w jednej postaci: zwykłego biłego ryżu basmati (5zł). Jak zwykle wszystko podawane jest w osobnych miskach, zachęcających wręcz do dzielenia się smakami. Miałem okazję spróbować tu głównie jagnięciny: po nepalsku, w curry i jakiejś na ostro. Mój wybór padł na nepalską – ze świezym pomidorem i ćwiartkami jajka na twardo. Nie okazał się być bardzo trafiony, o niebo lepiej smakowała mi owieczka w curry. Jagnię w wersji ostrej, okazało się za to porażką. Z tego co się orientuję to w lodówce trzymam ostrzejszy ketchup ładgodny, niż to co nam zaserwowano. Narzekam tak, ponieważ kelnerka nastawiła nas na coś naprawdę palącego. Bonusowy kurczak zena okazał się drobiową odmianą mojego dania. Sos był ok, ale nie było to również nic powalającego. Z tego co pamiętam to jagnięcina w nepalskiej wersji z Mandali była smaczniejsza.

Tutejsze porcje, mimo, że nie wydają się wielkie naprawdę, sycą. Na oko ilość mięsa i sosu jest ciut mniejsza od tego co można dostać w Arti, ale nie można naprawdę narzekać. Po spałaszowaniu papadamów, pierożków i całej porcji jagnięciny czułem się naprawdę pełen. Być może uczucie to potęgował tutejszy klimat. Jest już dość ciepło, a klimatyzacji, czy inszego nawiewu się nie uświadczy. Podejrzewam, że z każdym kolejnym, letnim tygodniem może być gorzej. Szybkość obsługi również nie powala, ale to akurat, szczególnie gdy się nikomu nie śpieszy, uważam za plus. Jest czas na rozmowę i obserwację otoczenia. Które czasem może zaskoczyć swoim sfoszonym zachowaniem. I tu mała dygresja.

Po zapłaceniu rachunku sześcioosobowy stolik za nami, obsługiwany przez wspomnianego na początku kelnera, zajęła trzyosobowa ekipa haute consommateur, żądając wyraźnie obsługi przez pana kelnera. Widocznie pani – rodowita hinduska? im nie odpowiadała. Nowela jaką odegrali nie mogła pójść w niepamięć, chociażby dlatego, że zen i maczek by mi tego nie darowali.
Trzyosobowe państwo, które zasiadło, pod przewodnictwem naczelnego recenzenta kulinarnego prawdopodobnie z podsiedleckich rejonów, zabrało się właśnie do wyboru dań. Pan recenzent długo dywagował nad wyborem dań swoich gości. Stwierdził, że jeśli mięso nie będzie odpowiednie, to wyjdzie i nie zapłaci rachunku. Z tego co się zorientowałem kelner przystał na tę umowę. Gdy obserwowana współbiesiadniczka wybrać rybę, smakosz wtrącił się pytając, czy sola, podana będzie bez ości. Na hasło, że są to gotowe filety dopytał się jeszcze czy ze świeżej ryby. Słysząc przeczącą odpowiedź odradził chyba to danie.
Nie wiem czy pan zdawał sobie sprawę z położenia geograficznego Warszawy, ale jedyna świeża ryba, którą można tu dostać w cenie do 20zł to ta z Wisły. W czasie oczekiwania, siedząc w pobliżu, nie sposób było nie usłyszeć samo-uwag na temat ekonomicznej zaradności pana znawcy. Wszak sztuką jest „zwracać uwagę na każdą złotówkę”. Konsumpcja naprzeciwstolikowych gości rozpoczęła się i gdy już wydawać się mogło, że wszystko wszystkim smakuje (a siedząc niedaleko nie sposób było nie słyszeć) pan krytyk kulinarny zawezwał obsługę w celu złożenia zapytania:
- Co to za mięso?
Odpowiedź pani kelnerki, po chwili zaskoczenia tak głupim pytaniem: „jagnięcina” została skwitowana pogardliwym kręceniem głowy i parsknięciem gminnego znawcy. Następnie stwierdził kpiąco, że to chyba jakaś lama być musi i na pewno nie jest to jagnięcina. Zaawocowało to natychmiastowym stworzeniem tematu do dzisiejszego wpisu i ochrzeczenia go tym epitetem przez naszą ekipę. Po tej uwadze reszcie towarzystwa z jego stolika również przestało smakować i zaczęliśmy słyszeć narzekania, że „no tak”, „no mi też”, „jednak to nie to”. Cała sytuacja była tym bardziej żenująca, że miła starsza para, która niedawno zasiadła tuż obok nas, została lekko zbita z tropu. Fakt, gdy w restauracji słyszy się takie hasła zaraz po wejściu można się przestraszyć. W tym przypadku raczej antypatycznej klienteli w postaci pana lamy.

Żeby jednak na koniec zostawić coś dobrego rozpłynę się nad jagnięciną z kozieradką. Początkowo obawialiśmy się trochę zbyt mocnego aromatu przyprawy, jednak po zapewnieniach kelnera, że warto spróbować właśnie tego dania złamaliśmy się. I naprawdę było warto. Mnie osobiście odpowiadał lekko mdły smak sosu, z naprawdę delikatnym aromatem kozieradki. Jednak to danie, no i może jeszcze jagnięcina curry nie spowoduje, że zawitam tu raz jeszcze. Brak naanów i mimo wszystko niezbyt bogate menu (nie ma tu chyba nic „z pieca” tandoor) powoduje, że miejsce to jest raczej na dwa-trzy strzały. Jeśli chodzi o hinduszczyznę w przystępnej cenie dla mnie niepodzielnie króluje Arti przy placu Zawiszy.

11/05/2008

Yeah, here come the rooster

Filed under: Warszawa,amerykańskie — Tagi: — maliboo @ 13:01

Całe szczęście wiesz, że nie umrę (po tutejszym jedzeniu). Chociaż restauracja jadłodajnia Rooster na Krakowskim Przedmieściu powinna się martwić o swoją przyszłość. Pamiętam, że będąc dwa lata temu w Zoppot Stadt knajpa ta była jedną z bardziej obleganych w sąsiedztwie. Widocznie w małych miejscowościach turystycznych (a widzę, że w Zakopanem i Krakowie też mają filię) to spora atrakcja dla znudzonych turystów. Jednak w zblazowanej Warszawce trzeba chyba czegoś więcej. Krótkie gatki mamy w Jeffsie, a piękne panie w Nowym Orleanie (dla wieczoru kawalerskiego warto się ożenić!).

Mój dobry kompan Gburczysław Krzepki jak zwykle marudził, że rezerwacja na 17:15 to zbyt wcześnie. I tak na miejsce dotarlismy spóźnieni dobre 25 minut. Nie byłbym sobą, gdybym po drodze nie poganiał, martwiąc się, że rezerwacja już nam przepadła. O dziwo nie i miejsce przywitało nas pustkami jak na okolice godziny 18. Czerwone Majtki nr 1 przywitała nas z uśmiechem i zaproponowała miejsce w sali nr dwa w głębii lokalu. Po szybkim rekonesansie doszliśmy do wniosku, że piłka nożna i kilkunastoosobowa ekipa głośnych, nalanych, typowo ryżo-blond angolskich angoli, to niezbyt dobry pomysł na spędzenie wieczoru. Wróciliśmy zatem na z góry upatrzoną i zarezerwowaną pozycję, przy wejściu na przeciwko internetowej kamery.

Na początku jak zwykle zgrzyt cenowy. Ja nie wiem co łatwiej zrobić: przygotować i wydrukować nowe menu w lokalu, czy uaktualnić ceny na stronie internetowej. Kiedy właściciele lokali, ba! stron internetowych, połąpią się w końcu, że w A.D. 2008 pierwszym kontaktem z usługodawcą jest Internet. Okocim palone podrożał o całe 50 groszy! Z zachęcającego 7.50 w karcie stało 8zł. Skandal, w obliczu rosnącej inflacji w Którejśkolejnej RP takie zmiany są niedopuszczalne. Do piwa należałoby wciagnąć tradycyjnie kurcze skrzydełka. Niestety okazało się, że tych pikantnych, podwędzanych za 11.90 nima. Zamiast tego wzięliśmy pałeczki z kurczaka. Sztuk cztery. Kury, które były ich dawcami musiały pamiętać chyba jeszcze czasy Wietnamu i ojca Cantrella. Kości na biednych nóżkach byly upitolone w pół jakimś ostrym narzędziem. Mięso natomiast dość mocno przyprawione, nie sugerowało pierwszej świeżości. Całość ratowały trzy sosy, a dokładnie jeden. Ten który pierwej za ketchup wziąłem, ale okazał się nawet całkiem zjadliwą salsą. Dwa udka na głowę to żaden wyczyn, czekając na Jędrka, Który Pracy Się Nie Boi, domówiliśmy kiepskie frytki i kolejny bro. Do piwa nasza miła pani kelnerka Czerwone Majtki nr 1 doniosła popcorn niepierwszej świeżości. I tak już było do końca.

Konsumpcja produktów stałych sprzyja niemówieniu, szczególnie, gdy interlokutor siedzi na przeciwko. Rozglądając się po knajpie zauważyłem parę ciekawych rzeczy. Po pierwsze primo: słupy stylizowane na telekomunikacyjne, czy inne średniego napięcia to lekki serek. Po drugie primo: dział rekrutujący nie bardzo wgryzł się we rozdział „Nasza filozofia” podręcznika Rooster. Po trzecie primo: dość śmieszną sytuacją było, gdy do środka wdarł się trzyosobowy bodajże oddział emerytek. Starsze panie raczej nie pasowały do targetu tego lokalu, jednak usiadły sobie na kawę. Obsługująca je dziewczyna, chyba odruchowo, obciągnęła sobie koszulkę, chowając nerki i brzuch. Po spożytej kawusi wydało mi się, że babcie opuściły lokal nie płacąc. Wrażenie to potwierdziło jeszcze dość dziwne zachowanie kelnerki. No ale to już sprawa pomiędzy nią, a moherowym patrolem.

Mimo kolejnego piwa, a może przez to – moje zdziwienie jak wielkie pustki w knajpie tej są uczynione, ciągle rosło. Była dobra godzina 20, gdy nie tylko można było znaleźć, ale i wybrać sobie miejsce. Widocznie sex nie sprzedaje tak dobrze jak wszyscy sądzą. Smutne to jest jak wszelakiej maści menadżerowie podchodzą lekką rączką do nowych inwestycji. Tu nie wystarczy sprawdzony scenariusz z letniskowych miasteczek, ale trzeba wymyslić coś nowego. Jak piwne promocje w poniedziałek, czy inne happy hour.

Ale do rzeczy, a więc do jedzenia. Jako główne danie tego wieczoru strzeliliśmy sobie po farmer burgerze (24.90zł bodajże). Przeglądałem wcześniej menu i to co dostałem zaskoczyło mnie raczej in plus w stosunku do tego co można zobaczyć na zdjęciach. Znów odbiegnę od tematu, ale zawsze mi się wydawało, że prezentacja towaru powinna być jak w najlepsza. Natomiast zdjęcia w internetowej ofercie wyglądają jak robione telefonem komórkowym u klienta na stole. Może to jakiś trend Web 2.0, czy inne „prawdziwe-bo-amatorskie” porno?
Sam burger jednak smakował ciut lepiej niż się oczekiwałem. Na pewno był smaczniejszy niż ten z Jeffsa, jednak nie umywał się do kanapki z Hard Rock Cafe. Przykre było też to, że nasza kelnerka nie raczyła nawet spytać jakie mięso sobie życzymy. W efekcie na naszym stole wylądowały dwa dobrze wysmażone kawałki mięsa z dość przypalonym grubym kawałkiem boczku. jak dla mnie grubośc można było zdecydowanie zamienić na ilość (dwa cienkie). A i sam kotlet uderzał w lekko suchawe akordy. Nie mogę jednak powiedzieć, że nie byłem ostrzeżony. Przestroga jakiej mi udzielił malak w stosunku do tutejszej kuchni i nie tylko nie była przesadzona.

Jedno jest pewne, nie zaśpiewam raczej z Irenką Santor. Jedyne co by mnie kusiło w menu to stek. Ale na tego wolę powrócić na Podwale, czy do Szwejka, gdzie podają go z sosem z zielonym pieprzem. Cena podobna, a wolę zaufać sprawdzonym garkuchniom. W obecnej formie Rooster nie jest w stanie zaoferować nic więcej ponad Czerwone Majtki™ – a i to tylko raczej pijanym anglikom.

09/04/2008

Tięn-Tięn. Pod brązowym karaczanem

Filed under: Warszawa,blah!,chińskie — Tagi: , — maliboo @ 21:55

Ten kto twierdzi, że mieszczuchy i sporty ekstremalne to dwie wykluczające się rzeczy jest w błędzie. Wystarczy udać się na Długą 29 w Warszawie do baru Tien-Tien aby przeżyć bajkową podróż do świata szokującej Azji.

Tym razem nasza niestrudzona ekipa odkrywców dziewiczych terenów udała się na przedmieścia Starego Miasta w celu eksploracji chińskiego baru-restauracji. Jak poinformował nas jeden z przeszczepionych autochtonów można się tu natknąć na calkiem smaczne kąski wołowiny na gorącym półmisku (24zł) i niedrogie piwo (6zł). Po wstępnym rekonesansie rejonu zakwaterowaliśmy się w salce środkowej. Długie studiowanie dokumentów terenu zaowocowało pojawieniem się na stole skrzydełek kurczaka po wietnamsku (8zł), ryżu z owocami morza (20coś), a dla mnie zupa z trupa (7zł) – czyli rosół po opłukananiu kury i embriony wonton. Tutejsze specjały wprost nas zachwyciły. Skrzydełka przypominały trochę perfumowany szampon do włosów, a owoce morza następnego dnia pokonane zostały czterema węglami. Być może zwykłego człowieka już to by odstraszyło (o zapuszczonym akwarium nie wspomnę), ale nie naszą ekipę badaczy. Rozochoceni tutejszym trunkiem przypominającym w smaku rozcieńczoną Warkę zamówiliśmy danie wieczoru: kurczaka i wołowinę na gorącym półmisku (20ileś, nieważne i tak o 50 za dużo). Po przyniesieniu skwierczących utenslylii poczuliśmy się prawie jak za studenckich czasów gdy takie porcje opychało się w okolicach placu Konstytucji. Nadchodzącego ataku nie zapowiadało nic. Nawet uwaga: „po mojej desce przebiegł żuczek” została zbyta śmiechem. I to był błąd. W obcych, nieprzyjaznych terenach wróg może czychać wszędzie. Szczególnie w miejscach gdzie się go niespodziewamy! I niestety to spotkało Tomka. Zaatakowali go we czterech, wyłaniając się z przepastnych przestrzeni wysłużonej deski do której przymocowany jest żeliwny półmisek. Zen, zaprawiony w bojach po wakacjach na Jamajce, zbył tylko uśmiechem szturmującą brygade i leniwym ruchem pozbawił życia jednego z nich. Z początkowej defensywy przeszliśmy w atak i pukaniem zaczęlismy wypłaszać z kryjówki jednego po drugim. Gdy wydawało się już, że walka skończona z tyłów zaczęła nadciągać ciężka piechota! Całe szczęście minutę po rozpoznaniu but Tomka, niczym młot Thora zgniótł bydlę. Niczym kamerzyści Blair Witch Project przebieg konfrontacji utrwaliliśmy na video:




Znajoma technolożka drewna, w oparciu o nasz opis, stwierdziła, że niekoniecznie musiały być to prusaki. Rozszerzyła rozpoznanie do spuszczela pospolitego. Jednakże ten ostatni ma bardziej przystępny wygląd i z pewnością porusza się dostojniej niż pospolity karaczan. Z uwagi na swoje zdrowie, nie tylko fizyczne, postanowiłem zastosować metodę wyparcia. Ten wieczór nie istniał, nas tam nie było. Tylko skąd ten wpis?

« Newer PostsOlder Posts »

Powered by WordPress