…z pewnością byłaby to jedna z moich ulubionych suszerni. Mimo tego, że zeszłoponiedziałkowy wypad na surowe rybsko uważam za smaczne zaliczenie, to z perspektywy tygodnia nie jest juz tak różowo. Szczególnie, że doczytałem na gastronautach, że pałeczki są jednak wielorazowe. Oczywiście była to jedna z pierwszych rzeczy na którą zwróciła uwagę Kasia. Wydawało mi się wtedy, że to po prostu patyki na bogato, zmieniane są po każdym gościu. W końcu ceny jak na takie miejsce i lokalizację są na dobrym stolicznym poziomie. Jak na knajpę bez kibla.
Oczywiście nawet jesli takowy się tu znajduje, a z tripów po okolicznych pawilonach i ich piwnicach można się tego spodziewać, nie był w żaden sposób oznaczony. Nie miałem potrzeby, nie pytałem, a wiadomo, że ignorancja jest błogosławieństwem. Więc: kibla nie było.
Ostatni (ach, te podwójne znaczenia) poniedziałek okazał się nad wyraz leniwiy. Kusiło sushi, zniechęcała perspektywa ruszenia tyłków gdzieś dalej. Oczywiście mogliśmy tego dnia wylądować w Akashii w Złych, ale kolejny, dobrze już znany, lunchbox nie przekonywał tak jak perspektywa nowych miejsc. Ruszyliśmy więc z powrotem na Nowy Świat, tym razem w znane zagłębie pawilonów, by zdeflorować językiem dość leciwą już suszarnię Besuto.
Nie wiem czy to moje szczęście, czy jednak kryzys, ale ostatnio gdzie się nie udam, to miejsce świeci pustkami. Casa to tu, Galeon, czy bieżące Besuto. Widocznie czas spotkań naszej-klasy się skończył i knajpy już nie mają takiego wzięcia. W każdym razie zasiedliśmy sobie w mikrym wnętrzu. Jednak spore lustro na ścianie dawało złudzenie dużo większej przestrzeni niż w rzeczywistości. Podjęcie menu to była praktycznie formalność, bo z góry nastawiliśmy się na zestaw Miko (89zł). Trzy zestawy bliźniaków nigiri: tuńczyk, maślana i łosoś, 6 sztuk małych maków z rybnym paluszkiem krabowym i 10 sztuk (futo?)maków. Doprawdy nie wiem jak zdolnemu matematykowi na stronie Besuto wyszły z tego 23 sztuki. Miłym akcentem tego popołudnia była promocja na gunkan maki z tatarem z łososia. Oczywiście nie wierzę w darmowy obiad, więc pewnie zapasy tej ryby niebezpiecznie zaczęły się zbliżać do końca terminu przydatności do spożycia. Jakkolwiek by nie było łosoś był smaczny. Przebił moim zdaniem nawet hojne maki z tuńczykiem, szparagami i pikantnym olejem sezamowym. Nota bene jego pikantność pozostała chyba w butelce w której był przechowywany. Nigiri z łososiem i tuńczykiem: bardzo dobre i równie dobrze złożone. Czasem ryba odpada od ryżowych paluszków już na talerzu.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się nie doczepił. Proponowany przez stronę „napój bezalkoholowy do wyboru gratis” nie został przez kelnerkę nawet zaproponowany. Naczynka na sos sojowy i podstawki pod sushi, mimo że fajnie wyglądają, to naprawdę kiepsko się sprawują w swoich rolach. Zbyt pretensjonalne, siłujące się na pseudoprymitywność. Zwykłe płaskie ceramiczne miseczki i deseczka na podstawkach naprawdę wystarczyłyby. W dodatku prowadzona przez obsługę i ich znajomych rozmowa na temat tego, że „to jasne, że dla siebie robi się lepiej” w obecności gości (nawet jeśli była ich tylko dwójka) jest jakoś nie na miejscu. Oczywiście, nie upieram się, że rozmówczyni racji nie miała. Miała, ale wolę myśleć, że obsługują mnie fachowcy lubiący swoją pracę i szanujący własnych gości na równi z tymi, którzy płacą.
Pewnie wpadnę tu jeszcze na maki z pieczonym łososiem, ale mimo wszystko uważam, że ceny nie przystają do lokalizacji. Tym bardziej iż na dzień dzisiejszy wg gastronautów mamy w Warszawie jakieś 86 restauracji trudniących się susheniem. Po pierwszym zachwycie surowym rybskiem pora moi wszyscy drodzy właściciele zejść trochę z cen, bo zawijanie ryżu, mimo iż jest dobrym interesem, nie jest wcale takie drogie.