Do restauracji Bistro de Paris Michela Morana droga okazała się dość zawiła. Zaczęło się od komciów pod wpisem Marty o Antrakt Cafe. Swoją drogą obok tej restauracji przechodziłem nie raz wracając ze staromiejskich wycieczek i piwnych eskapad. Wszakże stąd jest również blisko do „kultowych” Przekąsek… vis-à-vis Kaczego Grodu. A jak powszechnie wiadomo obydwa miejsca obfitują w krzepiące serca szociki wysokoprocentowych alkoholi. Niestety do tej pory konsumpcję uskuteczniałem tylko w tym pierwszym. Co poniekąd wiąże się pewnie z ceną za porcję i selekcją przy wejściu.
Ale do rzeczy. Przybytek Morana, przy Piłsudskiego 9 w Warszawie zaintrygował mnie nie tylko achami i ochami Frośki, ale również (na pewno przypadkową) szybką zmianą strony domowej po mojej krytyce (;-> – sarkastyczny uśmieszek dla młodego Czarka). Nowa HTML-owa wersja jest dużo bardziej miła oku niż poprzedni flashowy koszmarek. Wyszło to prawie jak na życzenie, nie sposób było więc nie odwiedzić takiego magicznego miejsca. Skoro spełniają marzenia niczym złota rybka, czemu nie ziścić kulinarnych pragnień?
Dzięki nowej stronie z przejrzystym menu (niestety z tego co zauważyłem ceny dań „wypadły” po pierwszej aktualizacji. Jednakże górna półka, wedle pierwszego cennika oscyluje wokół 80zł – jak np. grillowana polędwica, kotleciki jagnięce czy ryby) nie trzeba było czekać na zaplanowanie wyżerki. Tym bardziej, że lunchowo-kolacyjna oferta pełnego posiłku z dwóch dań i deseru (w sumie 95zł) miło mi przypomniała zeszłoroczne „wakacje” we Francji i trudne kulinarne decyzje. Nie ma to jak dostać w żłobie po kilka dań do wyboru.
Jednak wizytować w Bistro de Paris i nie wybrać czegoś à la carte byłoby grzechem. Zaczęliśmy więc od krewetek królewskich smażonych w orientalnych przyprawach z tatarem z pomidorów (to było w zestawie) i tradycyjnego gazpacho (24zł). Czekając na zamówione przystawki zostaliśmy poczęstowani bułeczkami z masłem (do wyboru pszenne lub żytnie). Wkrótce potem, jako „niespodzianka” dotarło pół łyżki stołowej pasty (tatara wg Fro) z ryb i owoców morza, skropionej chyba octem balsamicznym. To jednak wystarczyło by zaostrzyć apetyt.
Podane krewetki nie miały w sobie równych z tym co dane mi było jeść do tej pory. Mieszanka korzennych przypraw i chili doskonale harmonizowała z lekko słodkim, naturalnym smakiem skorupiaków. Oczywiście Kasia nie dała się namówić na spróbowanie i dzielnie pałaszowała swoją pomidorówę. Jeśli chodzi o gazpacho to do mnie bardziej trafia to, które nie wymaga ucierania składników, z delikatnie wyczuwalnymi cząstkami pomidora i innych warzyw. Mając na względzie kolejne dania odmówiliśmy proponowanej dokładki zupy, czekając na rybne gwiazdy tego popołudnia. Podejrzewam, że gdyby nie krewetki dałbym się jeszcze skusić na tradycyjną zupę rybną, podawaną z sosem rouille i grzankami (33zł). Zdecydowanie jest warta grzechu. Tak, to danie i małże św. Jakuba zostawię sobie na następną wizytę.
Czekając na grillowanego okonia morskiego z domowym Pesto i wiosennymi grillowanymi warzywami z bussinesowego menu i zamówionego grillowanego steka z tuńczyka, czosnkowo tymiankową oliwą i tagliatelle z bakłażana (69zł) zostaliśmy uraczeni kolejną standardową „niespodzianką” czyli sorbetem malinowym z winem musującym. Ten przerywnik okazał się być prawdziwą niespodzianką. Niespotkane przeze mnie, do tej pory, połączenie okazało się naprawdę wyborne!
Po słodkim przystanku dotarły do nas dwa rybne, spełnione życzenia: okoń i tuńczyk. Pierwszy podany ze szpinakiem, grillowanym bakłażanem i warzywami, drugi z paskami podsmażanego bakłażana i cukini (ciętymi na kształt tagliatelle), oraz bliżej niezidentyfikowaną mi pastą/sosem. Okoń był wspaniały, natomiast tuńczyk okazał się przebojem. Warto tu wspomnieć, że przy zamówieniu kelner wykazał się należytą troską i upewnił się, że zależy mi właśnie na mało/średnio wypieczonej rybie, z góry odradzając tuńczyka jako produkt do wysmażenia „well done”. Oczywiście ledwo wysmażony kawałek mięsa z tuńczyko to było to czegom pożądał tego popołudnia. Oczywiście jeśli pozostajemy w tematyce kulinariów ![]()
Na rybach się nie zawiodłem, szczególnie tuńczyk uwiódł mnie do tego stopnia, że skusiłem się jeszcze na deser, mimo wcześniejszej samo-obietnicy nie jedzenia niczego słodkiego po rybie. Wybór padł na tradycyjny suflet pomarańczowy (25zł). Kasia w ramach zestawu kolacyjnego wybrała mleczny mus czekoladowy, krem z kasztanami i wanilią. Suflet, wypieczony i wyrośnięty wzorcowo z kremowym wnętrzem, jednak ten wybór utwierdził mnie w przekonaniu iż nie jestem fanem jajecznej piany z mąką. Dużo bardziej do gustu przypadł mi czekoladowy mus partnerki.
Tym słodkim akcentem przyszło nam zamknąć tę półtoragodzinną wizytę w raju. Ubożsi o sumę rachunku wraz z obowiązkowo doliczanym napiwkiem (10%) i bogatsi o całą feerię smaków zaserwowanych nam tego wieczora opuścilismy przybytek Michela Morana. Co prawda sam mistrz rzucił nam jedynie przelotne „dzień dobry”, bez wdawania się w dyskusję, jak w przypadku Fro (tę zarezerwował dla dewizowców i celebrytów), ale dane nam były zauważyć żarty pana Jacka z dyskoteki, który płacąc żartobliwie nawiązał do wysokości cen w Bistro de Paris. Z pewnością jest to miejsce godne polecenia. Szczególnie na początku miesiąca, gdy portfel gruby, a inne zobowiązania finansowe są daleką perspektywą.