Pora chyba ograniczyć powoli kategorię swojskie, bo zauważyłem, że rozrasta się nazbyt szybko w porównaniu do reszty. Niechaj krakoska Starka, przy Józefa 14 będzie póki co ostatnią w tym roku.
Listopadowy wypad do Krakówka musiał się skończyć degustacją starki. Tej alkoholowej, wódki w sensie, a raczej polskiej whisky. Nie udało się to w Klezmer Hois, ponieważ tam wyszła, będąc zastąpiona przez krupnik. Zatem Starka okazała się ostatnią deską ratunku.
Odnaleźliśmy ją przypadkiem, tuż obok Pierożków u Vincenta na krakoskim Kazimierzu. Chociaż nie znaczy to, że nie była szukaną. Tuż przed wyjazdem napaliłem się na to miejsce artykułem Nowickiego na Wybiórczej, o wdzięcznym tytule „Golonka forever”.
Nie rozwodząc się dłużej, ostatniego wieczoru w byłej stolicy Polski dwuosobowa ekipa nawiedziła ten establishment. Zasadziliśmy się w drugiej sali, bardziej intymnej niż ta przy wejściu. Kanapa na której siedzieliśmy trafiła się akurat pod głośnikiem. Mimo to nie było co narzekać ponieważ chilloutowa, klubowa składanka była całkiem miła. Nawiasem mówiąc do tej pory nie udało mi się jej odnaleźć. Jak na tę porę było trochę pusto, byliśmy chyba jedynymi gośćmi, pomijając właściciela lokalu (chyba) gaworzącego przy kawie ze znajomym. Ale cóż, środa to była.
Moje zamówienie było już jasne w momencie wejścia. Bierę golonę. No i nieskonsumowana starka, tuż obok wiśniówki też musiała być zamówiona. Po sprzątnięciu ze stołu kielichów, z których z premedytacją nie skorzystaliśmy, na wjazd tradycyjny duet chleb&smalec. Zawsze gdy tylko dostępny. Oraz do pary dwie czterdziestki: wiśniówki (chyba 8zł) i starki (może 10?). Dziesięcioletniej niestety, bo okazało się, że piętnastek i dwudziestek-piątek zabrakło. Pierwszemu trunkowi, mimo miłego migdałowego posmaku, daleko było do wiśniowego mistrzostwa świata z Podwala. Sama starka, cóż, przekonałem się, że nie dorosłem jeszcze do tego typu smaków. Niestety, a może póki co na szczęście, bawi mnie jeszcze browar i mocno schłodzona wyborowa. Ta ostatnia z polskim sushi najlepiej. Śledziami znaczy się, z cebulką.
Po zamówieniu goloneczki, opiekanej, na kapuście zasmażanej, oraz sałaty z grillowanym kurczakiem na stół wjechał proszony smalec (7zł). Ilość raczej skromna. Cztery kromeczki chleba z kminkiem dość obficie przesmarowane smalcem typu mielone mięso z tłuszczem. Całość przyozdabiał zielony korniszon w plastrach na wierchu pajdek. Po spałaszowaniu wieprzowego specjału i szociku starki przyszła pora zamówić bronx do świńskiej nogi. Ceny warszawskie, czyli koło 8zł za żywca. Nie wiem czy z racji przedłużonego czekania, czy tak po prostu, a może już do golonki na stół, zaraz za piwem wjechał ten sam chleb. Tym razem w edycji z czosnkowym smarowidłem. Chlebuś, wyglądający na wypiekany na miejscu (ok, na pewno był lekko podgrzewany) wypadł całkiem dobrze. Dużo lepiej niż pieczywo prosto z przemysłowej piekarni.
Nie minęło 3-4 kromki tego wypieku, a na stół wjechała sałata z kurakiem (20-coś, chyba cztery) i gigantyczna golona(39zł). Zielenina z drobiem niestety okazała się porażką. Przypiekany kurczak był zimny niczym podany prosto z domowej spiżarni Inuity. Całokształt również nie zachwycał. Do tego stopnia, że nie chce mi się już o tym pisać. Natomiast golonka to zupełnie inny rozdział tej bajki.
Trzeba zacząć od tego, że była przygotowana w tradycyjny sposób. Gotowana gicz prosiaka, następnie podpieczona lekko w piekarniku, lub piecu. Trochę tylko, tak aby skórka, wydepilowana naturalnie iście brazylijsko, nie była rozlazła jak stary beret. Podana porcja okazała się mięsnym odpowiednikiem Mount Everst. Pierwszy kęs i zaskoczenie. Mięso okazało się być całkiem jasne jak na swoje pochodzenie. Zwykle jadałem bardziej różowe/ciemniejsze golonki. Spora część tego wydania była jasna, prawie jak indycze mięso. I równie delikatna w smaku i teksturze. Niestety z bólem serca muszę przyznać, że nie dałem jej rady. Z łzą w oku żegnałem się z ostatnimi kawałkami mięsa, z resztą zasmażanej kapusty, na której było podane, z musztardą, chrzanem i czymś ciepłym na podobieństwo pasty z grochu. Oczywiście łzy toczone były nie z żalu, lecz z gargantuicznego wprost poziomu przejedzenia.Tak, wiem. Będę się smażył w kotle z gorącą smołą. Jednak ufam w to, iż towarzystwo będę miał wyborowe!
Starka ze swoją golonką stoi aktualnie na trzecim miejscu na moim osobistym podium świńskich nóżek. Tuż za tą w sosie karmelowo-piwnym z Czerwonego Wieprza i złotym laurem należącym do tej z Podwala 25. Dla miłośników świńskich uciech kulinarnych jest to absolutny must-have w mieście Kraka.