mali*ciouş

06/03/2010

Masala Grill & Bar – hindusko-wrocławska mieszanka

Filed under: Wrocław,indyjskie — maliboo @ 23:28

Wrocław – do niedawna miasto bez indyjskiej kuchni i nadal beznadziejnymi światłami na przejściach dla pieszych. Według gastronautów (sto lat z okazji trzecich urodzin Olu!) są tu już co najmniej trzy miejsca w których podaje się ryż basmati (pozdrowienia dla miłośników patentów). Chciałoby się powiedzieć, że to cały czas za mało. Ale, jak pokazuje warszawska historia, wraz z ilością jakość nie wzrasta, a ceny nie spadają… Szkoda to, że kuchnia niewiele bardziej wyrafinowana od dobrego chińczyka nadal stoi na tak wysokim poziomie… cenowym. Bo czy naprawdę kawałek piersi kurczaka, popularna mieszanka ziół z TRS czy M.D.H. i porcja ryżu musi kosztować powyżej 35zł? Biorąc za bazę nawet ceny z przedrogich Kuchni Świata można wyliczyć, że hinduskie gotowanie to dobry interes.
Bardziej zorientowanym domorosłym kucharzom zawsze polecam Namaste na Noworodzkiej, gdzie te same zioła można dostać nawet 40% taniej. Ale dość utyskiwania na finansowe rozpasanie restauratorów.

We wrocławskiej Masali dane mi było stołować się dwa razy. Tym bardziej mnie to cieszy, gdyż czasem nachodzą mnie moralne opory przy opisywaniu knajpki raptem po jednej wizycie. Z drugiej strony: taki lajf. Wolę zaryzykować wizytę w nowym miejscu, niż ponownie dostać odgrzewanego kotleta. Podwójne nawiedzenie to jednak szansa dokładniejszego spojrzenia na kurs restauracji. Szczególnie jeśli można sobie porównać menu. A to w Masali od czasu mojej pierwszej wizyty pod koniec stycznia troszkę zmodyfikowano…

Pierwszy raz w tym miejscu był jak odkrycie przydrożnego baru podczas długiej podróży samochodem. Tym bardziej, że poprzedniego dnia próbowaliśmy się dobić do wrót Masali bez skutku – zarezerwowano ją chyba na ten dzień na jakąś imprezę zamkniętą. Całe szczęście za drugim strzałem, koło godziny 14, miejsca było aż nadto. Wybraliśmy więc przytulny kącik wypełniony dymem z kadzidełka i szumem wody płynącej w mini fontannie-wodospadziku. Wybór, a raczej szybki strzał, padł na Maith chicken masala (21zł) z ryżem basmati (5zł) i koziego kebabka – Seekh kebab (28zł) z chlebkiem naan (5zł). Do tego „w razie niebezpieczeństwa” trzeba było zamówić coś do ugaszenia pożaru kubków smakowych. Wybór padł na budweisera (10zł) i koktail gruszkowy Peari peari (19zł).
Czekając na zamówienie na stół wjechała darmo-przystawka w postaci małych chlebków z trzema sosami. W zasadzie dwoma sosami; tradycyjnymi ciemno-bordowym tamaryndowym i jasnozielonym miętowo-kolendrowym, oraz cebuli w czerwonym soku. Sosy zdały egzamin i przy okazji przypomniały mi mega-porażkę w Labono, gdzie do samosy zaserwowano mi sos kolendrowy i … keczap o_O. Taki miły dodatek na początek to duży plus, znokautować go mogłoby jedynie zastąpienie chlebków przez ciepłe papadamy. Jednak, jak się okazało przy drugiej wizycie, właściciele nie poszli dokładnie w tę stronę, o której myślałem.

Po chwili nie krótkiej, nie długiej,
Takiej chwili, takiej chwili,
w sam raz, idealnej…

przyszedł czas na plat principal. Na stole, w ładnych białych ceramicznych naczynkach z pokrywką, pojawił się ryż i kurczak, a na talerzu moja koźlina w towarzystwie gorącego, indyjskiego chlebka. Pierwszy kęs mielonego koziego mięsa i wiedziałem, że to TO. Garnirunek w postaci rozsypanego po talerzu mielonego kminu i siekanej bialej kapusty był trochę tani. Ale widocznie kucharz uznał, że czymś spory talerz z niewielką ilością mięsa z pieca tandoor trzeba przyozdobić.
Swoją drogą rzymski kmin, tak popularny w indyjskiej kuchni, nie ma wesołego żywota. Większość osób myli go z naszym „swojskim” kminkiem. Pomyłka ta jest krzywdząca i wiele kosztuje – konsumenta. Smak obu przypraw znacząco się różni. I zdecydowanie wypada in plus dla Cuminum cyminum. Egzamin zdał również kurczak maith masala – w delikatnym, kremowym sosie z orzechami nerkowca. Naprawdę przystępna kompozycja dla osób, które boją się ostrości dań z indyjskiego subkontynentu. Gruszkowy koktail alkoholowy nie musiał w tym przypadku robić za podręczną gaśnicę. Tu muszę zauważyć, że zawsze mnie dziwią nazwy w naszych polskich-indyjskich restauracjach. Googlując maith masala trudno znaleźć jakikolwiek oryginalny przepis. Czyżby nazwy dań były zwykłym hinduskim bełkotem, wzorem niektórych tatuaży? Wrcając do dobrego jedzenia – pierwsza wizyta w Masala Grill & Bar okazała się sukcesem i jednocześnie skłoniła nas do ponownych odwiedzin, blisko miesiąc później. Mimo iż z zakątka z kadzidełkami wychodziliśmy z lekkim wirem w głowach, spowodowanym dość mocnym zapachem palących się mieszanek.

W cieplejszej atmosferze i akompaniamencie pierwszego wielkopostnego piątku ponownie udaliśmy się na Kuźniczą. Tym razem korzystając z okazji bezmięsnego okresu Kasia zamówiła coś postnego: Fish curry (35.90zł). Natomiast ja, jako bezwstydny bezbożnik, postanowiłem pofolgować swoim chuciom i wziąłem Tandoori mixed grill (44.90zł). Nie dość, że mięsnie, to jeszcze dużo!
Przed wielkim żarciem zdecydowaliśmy się jeszcze na zupę z soczewicy masala special dal (7.90zł), która okazała się niczym specjalnym. Ot zwykła, gęsta zmiksowana polewka o smaku rosołu. Do zagryzania użyłem dwóch skromnych papadamo-podobnych wafli, które wylądowaly na stole zamiast uprzednio podawanej przystawki z sosikami. Było to spore rozczarowanie. Widocznie management Masali doszedł do wniosku, że trzy sosiki i kilka chlebków przerasta finansowe możliwości tej restauracji. Możliwe, że dla księgowości był to prosty rachunek: +2 do oszczędności, ale zdecydowanie -4 do poważnia u klientów.
Koktail mango batita (19zł), podany jak chyba wszystkie drinki tu, z małą przegryzką w postaci kawałków tropikalnych owoców z puszki był ok. Ale daleko mu do gruszkowego poprzednika. Wrócę jednak do dań głównych. Wybraliśmy je w towarzystwie ryżu szafranowego (8.90zł) i Paneer (kulcza) naan (14.90zł). Z wielkim rozczarowaniem zauważyłem, że faktycznie, zabrakło tu zwykłego czystego ryżu basmati. Wybierać można było tylko pomiędzy „najtańszym” szafranowym i jego droższymi modyfikacjami. Widocznie zmiana modelu cenowego weszła w bardziej zaawansowaną fazę… Również TRZYKROTNIE droższy naan od podstawowego, zamówionego przeze mnie miesiąc wcześniej, nie zdał porównania. Ja przepraszam, ale dopłacać 10zł (i nie kłóćmy się tu o 10 groszy) za posmarowanie placka pomidorowym sosem, to prawie skandal!
Ukoił mnie jedynie smak upieczonej mieszanki mięs. Niestety głównie kurczaka, gdyż kozina i jagnięcina wystąpiły tu bardzo gościnnie. Porcja za to była godna dwóch, może niezbyt głodnych, osób. Poddałem się po połowie i resztę mięsnych kęsków poprosiłem o spakowanie. Jeśli chodzi o rybę… To mam mieszane uczucia. Z jednej strony jej cenę tłumaczy łosoś, który krył się pod ichtiologicznym opisem >ryba<. Lecz 35 złotych to niemało. Tym bardziej, że praktycznie całość musieliśmy również wziąć na wynos. I to nie dlatego, że nie starczyło na nią miejsca w żołądkach. Łosoś aż nadto emanował zapachem ryby. Dla mnie – w granicach tolerancji, ale dla Kasi, która go zamówiła, było to aż nadto… Chociaż muszę przyznać, że drugiego dnia po leżakowaniu w lodówce był zjadliwy. Tak jak większość „hindusów” traci sporo na wymieszaniu się aromatów po dobowym leżakowaniu – ryba tylko zyskała.

Prawdę mówiąc nie wiem co począć z wrocławską Masalą. Gdyby rozpatrywać restauracje na dwuwymiarowej płaszczyźnie, po podwójnych odwiedzinach – zdanie miałbym już wyrobione. Część dań mocno broni dobrą pozycję. Jednak zdegradowanie czekadełek do dwóch wafli, rybo-aromatyczny łosoś, czy ponadwarszawska cena piwa (to niesprawiedliwie, żeby wejść z nią z bilonu w papier ! – 10zł) zdecydowanie odstraszają od tego miejsca. Mam jednak przeczucie, że kurczak biryani podawany tu na wynos przez okienko, wprost z otwartej kuchni, skusi mnie na conajmniej jedną wizytę.

15/02/2010

Argentina – Z tamtej strony, z tej strony, z różnych stron

Filed under: Warszawa,argentyńskie — maliboo @ 23:34

Po pierwszej wizycie w restauracji i kawiarni Argentina wiedziałem, że to miejsce będę musiał odwiedzić jeszcze raz. Niestety czasem braknie spustu Macieja Nowaka, żeby za pierwszym podejściem rozłożyć lokal na czynniki pierwsze. Dlatego też to miejsce zostawiłem sobie na dwa kęsy. Szczególnie, że szykowałem się na nie od dawna. Niestety moja fascynacja Argentyną utkwiła gdzieś pomiędzy parzeniem kolejnej mate (mała w Argentinie to 8zł), a mieszanką Cortazara i dzienników Gombowicza. O samym kraju i jego kuchni z pewnością więcej ma do powiedzenia Marta na glodniswiata.pl. Ja muszę się ograniczyć jedynie do subiektywnych odczuć po wizycie w polskiej protezie kulinarnej.

Umieszczony na Sandomierskiej 13 dwupoziomowy lokal znajduje się praktycznie rzut beretem od mokotowskiego Silverscreena. Trafić naprawdę nietrudno. Chyba, że po drodze ktoś zboczy do pobliskiej Pizzy Hut. Dolne piętro to sala z parkietem do treningów milong i tang wszelakich, oraz mniejszy pokoik barowo-kawiarniany. Górne to kuchnia i sala restauracyjna. Zarówno za pierwszym, jak i drugim razem zostaliśmy przywitani prośbą o kurtki. Bo ani pora roku, ani poziom lokalu nie pozwalają raczej na ordynarne wieszanie okryć na oparciach krzeseł.

Wystrój i stylizacja, prawdopodobnie jak i ambicje właścicieli, znajdują się trochę ponad średnią ważoną warszawskiego szynku. Na ścianach podwieszone dyndają pasy, czy inne końskie duperele-utensylia, oraz przystępne zdjęcia (z racji miejsca pewnikiem z argentyńskich okolic). Niestety jedynym widokiem z okna, jaki może nas uraczyć w porze późno-popołudniowej jest znajdująca się na przeciwko sala gimnastyczna z treningami siatkówki. Oczywiście moim głównym powodem odwiedzin nie było krzewienie kultury fizycznej, jeno kulinarnej, więc postaram się skupić na jedzeniu serwowanym w Argentinie. A to występuje tu na różnych poziomach i, nie wiedzieć czemu z zamówieniami akurat zawsze udawało mi się trafiać, jeśli nie w dziesiątkę, to blisko ósemki. Podwójną wizytę pozwolę sobie skompresować do pojedynczego wpisu, wspomnienie pierwszej dość mocno i pozytywnie utkwiło mi w pamięci.

Tradycyjnie każde zamówienie staram się otworzyć piwem (8zł – cena jak na Warszawę zjadliwa) i drobną przystawką. Dziewiczym razem była to zupa cebulowa (13zł) – wyjątkowo przeciętna z utopioną grzanką z podłużnej bułki wrocławskiej. Nie wiem czy to rodzaj fatum, czy może kulinarne faktotum, ale zawsze przy takich zamówieniach zdarza mi się dostać i grzecznie skonsumować coś co absolutnie nie pasuje do moich oczekiwań po lekturze menu. Zupa okazała się rosołkową lurą, którą wysiorbałem bardziej z recenzenckiego obowiązku, niż smaku. Za drugim razem na przystawkę wybraliśmy empanadas de queso y cebolla (15zł) czyli pierożki z żółtym serem, oliwkami i cebulą. Liczba mnoga „oliwki” jest tu jak najbardziej na wyrost. Podobnie jak liczba mnoga pierożków. Pamiętam, że w zamierzchłych czasach istniała liczba podwójna, podobną konstrukcję powinni stworzyć właściciele Argentiny. Trzy pierożki z okruchami oliwek, zaserwowane na talerzyku oprószonym papryką to trochę mało. Jak na jedną osobę ilość ok. Jak na taką cenę – przydałyby się jeszcze ze dwie sztuki. Po przystawce oczekiwanie na zamówienie główne „umilało” czekadełko w postaci podgrzanej bułki z podaną oliwą. Niestety w trakcie obydwu wizyt nikt się nie pofatygował, żeby do skromnej porcji pieczywa i tłuszczu z pierwszego tłoczenia podać sól, o pieprzu nie wspominając…

Rzucając biedne przystawki w otchłań zapomnienia skupie się na tym co mnie tu uwiodło. Pierwszym razem był to, polecany przez Froasię, comber jagnięcy (66zł) z ziemniaczkami noisette. Kartoflane orzeszki, serwowane pewnie z mrożonek Farm Fries – to w sumie nic nad czym można się zachwycać. Za to sama jagnięcina, zamówiona przeze mnie na medium rare była palce lizać. Naprawdę, za pierwszym razem górowałem swym wyborem nad krzepą i jego roastbeefem wołowym (50zł) i szczerze przyznam, że o pół głowy wyprzedzałem zamówienie Długiego w postaci antrykotu wołowego z czarnego pieprzu (55zł). Okazało, że te 5 złotych różnicy czyni smakowe cuda. Antrykot okazał się solidnym kawałkiem krowy wysmażonym jak należy, natomiast krzepkoska wołowina nie była godna swej ceny. W tych widełkach podobny jakościowo kawałek mięsa tyle, że bogaciej podany, można dostać na warszawskim Podwalu.
Powrócę jednak do moich czterech kotlecików z młodej owcy. Lubię jagnięcinę, ten rodzaj mięsa najczęściej wybieram we wszelakich hindusach. Jednak towarzystwo mocno doprawionych sosów znakomicie przyćmiewa jej naturalny smak. Z tego co pamiętam ostatnią dobrą sztukę owcy jadłem w Nesebarze. Ale to co sprezentowała mi Argentina było lokalnym mistrzostwem świata.

Dobrą pozycją okazał się również antrykot z kurkami sauté (skąd w nazwie chorizo? 56zł). Za to zdecydowanym pudłem były naleśniki z wędzonego łososia z serem (20zł) Tomka. Niestety nadmiar białego sera i niedomiar „norweskiej” ryby to nie to na co można liczyć za dwadzieścia złotych. Podobnie jak polędwiczki wieprzowe z winogronowym chutney’em (35zł), który okazał się za słodki jak na mój gust. Może jestem ignorantem w tych sprawach, ale uważam, że chutney powinien być bardziej pikantny. Zupełnie niezauważona przemknęła mi również pieczona sola w sosie czosnkowym z warzywami i ryżem (29zł). Ryba jak ryba, za to strzałem w dziesiątkę okazała się być polędwica wołowa z grilla zawinięta w boczek (75zł). Zamówiona jak zwykle na medium rare dosłownie rozpływała się w ustach. Ponarzekać tu mogę tylko na średnie kartofelki po prowansalsku, które jakby trochę wczorajsze były.

Niestety czytając na gastronautach opinie o tutejszym t-bonie to nie wiem czy poza jagnięciną i argentyńską wołowiną jest tu do czego wracać. Kulinarnie oczywiście, bo dla chętnych kilka razy w miesiącu odbywają się tu płatne i bezpłatne praktyki z milongi. Pewnie bym nawet skorzystał, ale życie na bezrobociu rozleniwia.

01/02/2010

Gdy zima napiera nie schodź do piwnicy

Filed under: Wrocław — Tagi: , — maliboo @ 22:36

Za oknem minus pięć, albo i więcej. Całe szczęście czapki jeszcze na głowach, bo na wrocławskim Rynku nie byłoby się gdzie schować. Upatrzyliśmy sobie tego wieczoru Masalę Grill & Bar. Pomijając niewybredną nazwę (ileżto było Budda barów i innych Tandoorów), to całkiem dobre miejsce – jak się okaże w kolejnym wpisie. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Masala okazała się być całkowicie zajęta tego wieczoru. Wyglądało mi to nawet bardziej na rezerwację całgo lokalu, niż pospolite ruszenie festungowych turystów.
Lokalizację i orientalne nastawienie na ten wieczór trzeba było zmienić. Szybki rajd po rynkowych uliczkach przy ponad dziesięciostopniowym mrozie nie dał pozytywnych wyników. Wylądowaliśmy między innymi pod Piwnicą Świdnicką. Nota bene, jak strona głosi, „najstarszą restauracją w Europie”. Możliwe, ponieważ gdy weszliśmy nikt nas nie podjął. Wygląda na to, że cała obsługa ewakuowała się tu w styczniu 1945. Naprawdę próbowaliśmy pokręcić się po trzewiach tego przybytku, by jakoś zaanonsować swoją obecność. Ale poza grupką osób siedzących w pustej sali (nazwijmy ją na potrzeby tego opisu #1) i kolejnej sali (tę z kolei nazwijmy #2), która zajęta była przez, wyraźnie celebrującą coś parkę, nie uświadczyliśmy żywej duszy. Już myślałem żeby rozkuwać ściany w poszukiwaniu obsługi, lub jej resztek, zamurowanej tu może w skutek opieszałego serwisu. Za namową Kasi udaliśmy się jednak na poziom zero wroclawskiego rynku.

Muszę przyznać, że naprawdę nie rozumiem tutejszego podejścia do czasu i obsługi. Można to nazwać stolicznym rozpasaniem, a może zbyt dużą nachalność obsługi knajpek i restauracji spotykałem pod różnymi szerokościami i długościami geograficznymi. Tego wieczoru, mimo braków w obłożeniu niczym u 90-letniego starca, sami musieliśmy się prosić o obsługę. I tak, po drodze donikąd, zahaczając o Rodeo Drive, gdzie (nie)zostaliśmy powitani podobnie (z takim samym prawie-pustym zapełnieniem!) trafiliśmy w końcu do Piwnicy pod Złotym Psem.

Decydującym czynnikiem, który nas zachęcił do zdecydowania się na tę knajpę był oczywiście mróz. A zaraz po nim tablica z wykredowanym napisem, który mówił coś o grillu, patelniach z mięsem i podprogową już, obietnicą fajności. Z trzech dostępnych kondygnacji wybraliśmy tą środkową – przy barze. Odrzucając zadymione wnętrze najniższej oraz puste i zimne najwyższej części. Mimo tego miejsce to musiało odwiedzać sporo potomków cyrkowców, którzy nauczeni przez starszyznę zapominali, że drzwi, w przeciwieństwie do kotary, same się nie zaciągną. W związku z tym – do nas – zaciągał mróz z pięterka…
Zmarznięty i głodny zdecydowałem się na rybny wstęp (nie żeby piątek zobowiązywał) pod postacią zupy rybnej z grzankami i ostrygą (17zł). Do towarzystwa dobrałem Piasta (7zł, podobnie jak Okocim), bo to piwo na mazowszu ostatni raz widziałem chyba na studenckiej imprezie pożegnalnej (pomijam przedwczorajszą wizytę w Piotrze i Pawle) latem 2000 roku.
Wywar dał radę, oczywiście w porównaniu do bouillabaisse smakował jak wyciąg ze sznurowadeł, ale było to zjadliwe. Gorzej z owocami morza. Te, jako owoce, nadawałyby się do poselskiego tłumaczenia przy kontroli drogowej – gdy to zwykle fermentują. Pierwszej świeżości zdecydowanie nie były… Szczególnie jedna pływająca ostryga, która – mam nadzieję – nie była przekazywana z garnka do garnka, aż w końcu trafi na frajera, który zaryzykuje ją skonsumować. W każdym razie sensacji nie było. Ani podczas jedzenia, ani dnia następnego. Jakkolwiek lepiej bym się czuł, gdyby pani kelnerka zapaliła świeczkę-podgrzewaczkę pod garnuszkiem z zupą. Pogrzewaczka wisiała sobie smętnie pod naczynkiem, czekając byc może na bardziej dewizowego klienta.

Zaspokojenie pierwszego glodu pomogło mi (ok – w sumie nam – ale ten fragment pisze mój wewnętrzny egoista) wytrzymać do głównego dania: steku New York (59zł) i patelni Dworskiej (39zł).  Fajnie, że obsługa zapytała się jak sobie życzę wysmażone mięso. Niefajnie, że wziąłem moje ulubione – trochę mniej niż medium rare. Mięso okazało się niepierwszej świeżości, co było czuć głównie przy brzegach, na początku jedzenia. Przyznam szczerze, że pierwszy raz było mi glupio, że zamówiłem tak mało wysmażony stek. Trzeba było zostać w opozycji do Bourdaina i zamówić dobrze wysmażony. Mięso nie byłoby takie złe, gdyby nie żyłki i inne zwierzęcopochodne tałatajstwa w środku sztuki wołu. Trochę mi się zeszło na chirurgicznym cyzelowaniu tej części. Do mojego dania podany był sos serowy na bazie czegoś pleśniowego (gorgonzola jakby), który mimo wszystko wypadł dużo gorzej niż dip serwowany do skrzydełek w Jeffsie.

Patelnia Dworska to osobna opowieść. Samo mięso (bodajże polędwiczki wieprzowe), sztuk niewiele, było całkiem smaczne – towarzystwo frytek i jakiejs standardowej sałaty lodowej ze szczątkami warzywnej kompanii (jakieś pomidorki koktajlowe i cośtam jescze) nie powalało. Jednak sos z zielonym pieprzem serdecznie mnie, a może żołądkowo – bo mowa o jedzeniu – ujął. To było to czego brakowało mi we własnym zamówieniu. I całe szczęscie nie przypasowal on Kasi, w związku z czym wmłóciłem całość zapasu na jej patelni.
W trakcie jedzenia kusił mnie jeszcze czarny Johnnie (18zł), ale tego odpuściłem sobie wiedząc, że w domu czeka na mnie taneczny kumpel Jim. W lekkim chłodzie opuściliśmy tę piwnicę, by nigdy już tu nie powrócić. Myślę, że Wrocław ma jeszcze parę wartych odwiedzenia miejsc, jak chociażby niezamierzenie „podsłuchane” w pocciągu Pod Papugami, w której ponoć podają powalającego łososia. To jeszcze będzie dane mi sprawdzić, chociaż póki co… Nie ma mnie tu

06/01/2010

Planet Sushi – sushi nie z tej planety…

Filed under: Wrocław,blah!,japońskie — Tagi: , — maliboo @ 00:03

Wrocław. Wspaniały Rynek wraz z okolicznymi klubami, porypana sygnalizacja świetlna, brak IMAXa i tragiczne sushi. Tego dnia mieliśmy się wybrać do Sakany, jednak ponownie odstraszył nas uporczywie serwowany sushi bar, bez stolików. Czasy, kiedy bawiła mnie kolejka elektryczna i jej wodna odmiana w postaci łódeczek z sushi bezpowrotnie minęły. Nad łowienie ryżowo-rybnych kąsków przedkładam sobie towarzystwo osoby siedzącej na przeciwko. Dlatego wycofaliśmy się z powrotem do Rynku. Brnąc przez włoski zakątek Wrocławia przyklejony do ulicy Więziennej dotarliśmy do Planet Sushi. Jej opinie na gastronautach nie wyglądały zniechęcająco, więc powiedzenie, że postanowiliśmy „zaryzykować” byłoby nadużyciem. Głównie czas oczekiwania… Poczekać kilkadziesiąt minut na dobrą rybkę to nie wysiłek. Tym bardziej, że na bezrobociu czasu mam pod dostatkiem. W końcu nawet w domu zwinięcie paru rolek ryżu z wodorostem nie zajmuje dłużej niz dwie godziny. Wliczając w to gotowanie ryżu.

Zajęliśmy sobie miejsca na pierwszym piętrze dwupoziomowej kamienicy sushowej planety. Intymnie i z dala od parterowego ruchu, gdzie znajduje się  stanowisko sushi masterów i wejście do restauracji. A biorąc pod uwagę porę roku – jest cieplej. Jak się okazało nie tylko dla ciała, ale również i dla portfela. We wtorek – w dniu naszej wizyty – obowiązuje tu promocja minus 50% mniej na dania gorące. Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej okazji. Krzepcio ma tu swoja teorię na temat moich semickich korzeni (zwłaszcza kiedy się nie ogolę), jednak spuszczę na nią zasłonę milczenia.
Po zamówieniu dwóch drinków: Long Island (18z ł) i Japanese Bug (17zł) zdecydowaliśmy się na ciepłe dania w postaci tuńczyka Maguro Cośtam (49zł) i ostre krewetki Paprika Ebi (29zł). Po 25-30 minutach okazało się jednak, że tenże się skończył. Jak się okazało, potem na podanym sushi jednak jeszcze się trzymał… A może po prostu był za drogi na wtorkowy upust? Drugi strzał padł więc na Toro Sake (35zł) – łososia z małżami św. Jakuba i krewetkami. No i oczywiście cel tego wieczoru: sushi – w postaci firmowego zestawu Kirishima (50zł) oraz dodatkowej batalii maków: Sake Maki (19zł).
Powoli sącząc drinki, po blisko, godzinie doczekaliśmy się na moje krewetki. Trochę mnie tu zaskoczyła dolnośląska gwara – w krótej szumnie brzmiąca rukola wygląda i smakuje jak szpinak, a grzyby shitake to zwykłe smażone pieczarki. Ilość krewetek i dość tłusty sos pomidorowy w jakim były umaziane przekonała mnie jednak. W końcu od rana nic nie jadłem, a było już zdrowo po godzinie 16. Spałaszowałem więc małe skorupiaki przy pomocy najbardziej lichych pałeczek jakimi dane mi było operować i pierwszy głód został zaspokojony. Mój. Ponieważ Kasia na swojego łososia musiała poczekać jeszcze kilkadziesiąt kolejnych minut.

W tak zwanym międzyczasie było nam dane poobserwować tutejszą klientelę. Równie co my poirytowaną fatalnym czasem obsługi. Chociaż do samych kelnerek zarzutu mieć nie mogliśmy, to kuchenne uwijanie przypominało bardziej muchy w smole niż kuchnię Gordona Ramsey’a. Para przy ścianie w rogu, przed nami, po długim czasie oczekiwania zdecydowała się wziąć tutejszy wyrób na wynos (pomyłka – bo, uprzedzając fakty, nie mogli reklamować). A czwórka miłych młodych ludzi w przeciwległym rogu, lekko poirytowana, zdawała się przedwcześnie wyjść tego wieczora. Do końca realizacji zamówienia zdaje się, wytrwaliśmy tylko my i młoda dziewczyna obok. Opuszczona przez zniecierpliwioną koleżankę w pośpiechu zjadała widelcem spóźnione sushi i również poprosiła o rachunek.

Muszę jednak przyznać, że oczekiwanie na rybę sprawiło mi wiele radości. Szczególnie wtedy, gdy zainteresowałem się naściennymi ozdobami. Niestety moja ciekawośc okazała się mocniejsza niż zaczepienie tychże. Co zaowocowało widowiskowym spadem całego rozwijanego ustrojstwa w stylu japońskim. Bardziej najedzony wstydem, niż dotychczasowym serwisem, czemprędzej powiesiłem tałatajstwo z powrotem na swoim miejscu. Oczywiście natychmiast sprowadziłem tym na siebie uwagę calej sali. W jednej chwili przeleciało mi moje. nie-tak-krótkie życie. przed oczami i przypomniałem sobie identyczne zdarzenie na własnej studniówce, kiedy to zaraz przy mnie (i jeśli dobrze pamiętam Asi Sz.) spadała wysoka, papierowa ozdoba doczepiona do drabinek w sali gimnastycznej. Dodatkowo w całym tym kipiszu nie zauważyłem, że swym tyłkiem smakosza odpycham fotel na tyle, że choinka stojąca za mną, ustawiła się w niebezpiecznym pochyleniu. Jednak kolejna tragedia nie doszła do skutku – bożonarodzeniowy krzaczek pozostał-stał na swoim miejscu.

Chwilę przed, czy chwilę po opisywanym zamieszaniu na stole pojawił się długo wyczekiwany łosoś. Szkoda, że obsługa nie zapytała wcześniej jak ma być wysmażony. To co zjawiło się na talerzu nie było tartacznym wiórem, ale dla mnie i Katarzyny mogło leżeć na ogniu dużo krócej. Jednak nie stan denaturacji białka ryby wzbudził moje obiekcje. A raczej sposób podania. W menu jak byk stało, iż ryba będzie podana z małżami św. Jakuba i krewetkami. Natomiast to co pojawiło się na talerzu przypominało bardziej moje krewetki z pieczarkami w pomidorowym sosie. Tylko bez niego. Zacząłem zachodzić w głowę – czy wszystko na ciepło podają tu z tym hodowlanym grzybem? Po zgłoszeniu obiekcji u pani Martyny, która nas obsługiwała, na stole pojawiły się szybko dwie krewetki i dwa jakubowe mięczaki. Naturalnie w towarzystwie przeprosin i tłumaczeń doprawionych winą i zapomnieniem przygotowującego ich kucharza. Niestety „bonusowy” dodatek okazał się zwykłym, zbeszczeszczonym planktonem panierowanym w „czymś”. Dodatkowo smażenie na zbyt głębokim tłuszczu spowodowało, że cały smak pozostał zapewne na dnie naczynia w którym martwe ciałka frutti di mare były frytowane.

Koniec końców nasze oczekiwanie zostało zwieńczone podaniem sushi. Upragnionych kawałków ryby, na które czekaliśmy od blisko trzech godzin (SIC!). Pierwsze na stole wylądowały porcje sake maki, które okazały się być zjadliwe. Mógłbym się przyczepić do ryżu, który smakował tak jakby leżał w tym zestawie od rana, ale ogólnie nie było to złe. Oczywiście na gorsze przyszła pora. Wraz z zestawem Kirishima na stole pojawiła istna sushi-Hiroshima.

Zestaw składający się głównie z nigiri (i dwóch gunkan-maki) okazał się być tragiczną pomyłką. Nierówne, zarówno pod względem kształtu jak i smaku, oraz jakości kawałki ryby wylądowały przed nami na okrągłej misce. W naczyniu, które wolałbym by gościło hiszpańska paellę, pojawiły się rozmiękłe gunkan-maki, oraz ledwostrawne nigiri. Jeśli chodzi o te drugie, to w naszym zestawie pojawiły się dwie sztuki: jedna z pomarańczową ikrą, a druga z łososiem udekorowanym ptasią kupą. Prawdopodobnie – tak jak guano – wygląda zleżały, japoński majonez. Z czasem ciemnieje, przybierając barwę brązu (który tak lubią dziewczyny). Jeśli chodzi o nigiri, to pomijając zjadliwego łososia resztę, oprócz kalmara pominę milczeniem. Głowonoga nie daruję, gdyż musiałem go wypluć w chusteczkę. W smaku był zleżało-mocno-rybny, a pod językiem sprawiał wrażenie śliskiego niczym Olejniczak w telewizji. Całe szczęście dodatkowo zamówione tyskie (8zł) zdołało przepłukać niesmak spowodowany ostatnim kęsem.

Nasze zdegustowanie degustacją serwowanego przez Planet Sushi jedzenia zostało podsumowane wspólną odpowiedzią na pytanie pani kelnerki przy wystawioeniu rachunku:
- Smakowało?
- Nie!
Niestety późniejsza reakcja managmentu Planet sushi była bardziej żałosna niż nasza odpowiedź. Na moją propozycję rekompensaty straconego czasu (blisko trzy godziny!) i jakości jedzonego posiłku otrzymaliśmy odpowiedź: może jakaś darmowa kawa lub herbata? Niestety na taki asumpt musieliśmy zareagować odmową. Naprawdę serce mi się krajało na myśl o tym, że pani manager Planet Sushi mogłaby odjąć sobie od ust pitą kawusię, by oddać nam i  zrekompensować nam niesmak pozostały po konsumpcji tutejszych „specjałów”. Zapłaciliśmy więc rachunek i w milczeniu udaliśmy się do wyjścia. Mam nadzieję ku Nowemu Wspaniałemu Światu. Planet Sushi, jak dla mnie, leży w zbyt odległej galaktyce…

08/10/2009

Bliss Garden – Ogród tak, ale rozkoszy niewiele

Filed under: Warszawa,chińskie — maliboo @ 20:59

Wizyta w Bliss Garden trochę się nam przełożyła w czasie i musiała czekać końca mojego urlopu. W końcu jednak piątkowa kolacja odbyła się pod egidą przybytku na Twardej 42. Trochę spóźnieni wpadliśmy przed godziną dwudziestą w czeluście Związku Wędkarza, by zejść do podziemnego „ogrodu”. Na wejściu skinięciem glowy przywitała nas chińska matrona pilnująca kulinarnego dobytku. Od razu przyszła mi na myśl niezapomniana wizyta w świętej pamięci Tien-Tien, przemianowanym teraz na Mekong. Tomek już na nas czekał w towarzystwie staropramena (11zł), więc dołączyliśmy czem prędzej powiększając piwne kworum o rodzimego żywca (9zł).

Obsługa w postaci młodziutkiej azjatki, uroczo kaleczącej polski, podjęła nas błyskawicznie, domagając się zamówienia. niestety, widocznie żeńska cecha: niezdecydowanie skutecznie powstrzymała mnie od wyboru dania głównego, decydując się  wprzódy na chińskie smażone pierożki (9zł/6 sztuk) w podwójnej porcji. W przeciwieństwie do piwa i na podobieństwo dań głównych na jedzenie musieliśmy chwilkę poczekać. Dwanaście podsmażonych z jednej strony paczuszek wylądowalo na wspólnym talerzyku w towarzystwie dwóch sosów. Łagodny i słodki nie przypadł mi do gustu. Jednak jego brat bliźniak, niczym Arnie w Twins, nadrabiał za dwóch, ratując z całkowitej porażki zarówno swojego sos-brata  jak i pierogi. Sory Winnetou (bez mieszania w to indiańskiej kuchni)- ten wybór okazał się nietrafny.

Wesoło deliberując nad socjologicznymi aspektami portali społecznościowych, a w szczególności nad wagą kwizów w kontekście szacuna u ziomów, wybraliśmy dania główne. W kolejności: makaron sojowy smażony z warzywami (22zł), wołowinę w czarnym sosie (29zł) i jagnięcinę na gorącym talerzu (39zł). No i ryż (4 zł), ponieważ wliczenie go w koszt zestawu zapewne brzydko podniosłoby cenę. A tego w kryzysie nam nie trzeba. Oczywiście na dania dane było nam poczekać ciut dłużej niż na pierożkową przekąskę. W końcu dobre rzeczy wymagają czasu.
Jednak ani przeciętny makaron z warzywami, ani wołowina w czarnym sosie nie uwiodły mnie. Inaczej było z jagnięciną. Ta, wręcz przeciwnie, zamiast uwieść zawiodła. Na całej linii. Nie wiem jak się przyrządza małe owieczki na chiński sposób, ale tej, podanej mi nie rozpoznałbym od wieprzowiny ni kolorem ni smakiem. Może to kwestia przypraw, może sprawa smażenia lub języka ogłuszonego jednym piwem, ale bardziej przypominalo mi to pospolitą wieprzowinę niźli owcze mięso.

W pierwszym starciu Bliss Garden poległ. Jedyną nadzieję niosą ze sobą słodkie, sezamowe kuleczki z pastą sojową (12zł). Czy może powinny czerwonej fasoli? Dorodne niczym meksykańskie cojones, podane z paćkami bitej śmietany. Chociaż tu Blondi, i ja – po namyśle – preferujemy karmel, rodem z Wooka, który ostatnio trochę się podniósł ze swojej klęski. Acz nieznacznie. Czekając na  …nie nie, nie na Godota, wykurowanie się zapisuję Bliss Garden w kajeciku, żeby zweryfikować powyższą wizytę. Może następny raz okaże się smaczniejszy.

30/06/2009

Courtepaille – francuski grill

Filed under: Warszawa,francuskie — Tagi: , — maliboo @ 23:16

Cienka Słomka to francuska sieciówka serwująca dania z grilla. Profil oscyluje wokół casual dining, więc nie należy się przejmować tym, że miejsce to, na zasadzie franczyzy, zduplikowane jest w kilkudziesięciu lokacjach we Francji. Miejsce, jak zwykle, jak któreś z kolei, ponownie z polecenia. Tym razem malaka – Konrad czekam na wino! Nie zapomnę Ci tej świeżynki z wędzonym serem topionym. Wracając do tematu, w końcu trafiliśmy i tu… Z udanych zakupów nota bene, ale tą część pominę, tak jak kupno tych fajnych spodni za prawie tylko pół ceny;(

Obładowani torbami wparowaliśmy więc z Katarzyną do gościnnych progów Couterpaille i poprowadzeni przez kelnera, tudzież innego szefa sali zasadziliśmy swe pośladkowe korzenie pośrodku pomieszczenia. Nie małego, bo jeśli wierzyć Wikipedii pomieści ono 140 osób. Od razu podjęci przez tegoż samego jegomościa zaczęliśmy wertować tutejsze menu. Hmm, aktualnie i o dziwo, różni się ono od zaprezentowanego nam w lokalu dosłownie parę dni temu. Nie przypominam sobie w nim pozycji pod tytulem „podwójny hamburger”, czy „plaster boczku Parisien”. Mniejsza z tym. Zamówilismy antrykot (39zł) i stek wołowy mielony (ca. 19zł), którego już nie widzę w zlinkowanym spis-do-jadle. Za namową kelnera zrezygnowalem jednak ze swojej krowiej górnicy i przystałem na propozycję zadniego rumszytka (38zł). Obydwa mięsa zamówiliśmy na sposób krwisty. Ich opiekanie mogliśmy obserwować en face na ruszcie, który znajdował się nieco wyżej nad żarem niż nasz tradycyjny grill znany z majówek. Dodatkowo mięsko przypalane bylo wysokim ogniem buchającym z paleniska. Widok miły, szczególnie dla osób lubiących dozorować przygotowywanie ich posiłku.

Dodatki w Couterpaille są wliczone w cenę dania głównego i, co ważniejsze, nielimitowane. Ni mniej ni więcej znaczy to, że frytek (raczej z paczki, niż przygotowywanych na miejscu), pieczonych ziemniaczków i wszelakich zielenin możemy tu domawiać bez ograniczeń. Oczywiście w teorii tylko. Ponieważ praktyka wykazała, że podana porcja frytek i kartofel-gigant z sosem śmietanowym wystarczyły na nas oboje aż nadto! Jednak to mięso jest tu najważniejsze i skupiając sie na nim powiem jedno: wspaniale! Chociaż trzeba szybko pałaszować, bo kawał soczystej wołowiny jedzony powoli stygnie szybko i nie jest już tak smaczny jak w pierwszych minutach podania. Ulotność tego zmysłu rekompensowały jednak sosy: pierwszy podany do mięsa (jeśli dobrze pamiętam na bazie majonezu i moszczu), a drugi, według mnie wybitny, jako mieszanka musztardy i rodzynek w autorskim słoiczku Couterpaille. Za tym właśnie dodatkiem mam tu chęć wrócić, tym razem na medium rare cokolwiek, by zaspokoić pierwotny zew krwi. Muszę też wspomnieć naprawdę ostrą musztardę w firmowych torebeczkach, która doprawiała ostro tutejsze mięso niczym nasz polski chrzan. Kusząca jest także cena piwa, gdyż duże tyskie kosztuje raptem ciut poniżej 7zł. Na tę lokalizację i dzisiejsze ceny – w (tzw.) pytkę!

Na koniec jednak mała wisienka z pestką na tym słodkim torcie. W naszym przypadku obsługa była tak opieszała, że zacząłem się zastawiać czy nasz kelner nie pracuje jako etatowy szachista, dorabiając tylko na boku w restauracji. Zaniecham jednak dalszych złośliwości, ponieważ jego sugestie (np. sos do mięsa) dotyczące naszych wyborów były trafne i miłym uczuciem była świadomość, że ktoś tu naprawdę stara się by nasze wybory były jak najbardziej trafne.
Lukrem natomiast niech będzie to, że zaobserwowaliśmy tu dużo gastronomicznych autochtonów. Nie wiem czemu, ale mam takie zboczenie, że jeśli w „regionalnej” restauracji zauważę przypisaną jej społeczność/narodowość od razu darzę ten przybytek dodatkową sympatią. Tu francuskojęzycznych klientów nie brakuje. W naszej obecności rachunki, jak i pogawędki z kucharzem zakończyły conajmniej trzy takie stoliki.

Z chęcią zawitam we francuskim grillu ponownie. Nie ma wszakże nic lepszego niz kalorie czerpane z białka, ale trzeba przyznać, że ceny są tu o conajmniej o 7-12zł odstraszające. Mimo wszystko Courtepaille nadal pozostaje jedną z wielu knajpek w centrum handlowym i siłą rzczy zawsze będzie miało -1 do XP (stosując terminologię RPG).

07/06/2009

Meksykan(in), nabity w butelkę

Filed under: Warszawa,texmex — maliboo @ 22:30

Podwale 29 w Warszawie to miejsce spoczynku świętej pamięci Butelki. Nieodżałowanej, jak wszystko co przeminęło a było dobre, restauracyjki z włoskim podejściem do jedzenia. Na jej zgliszczach, niczym feniks z popiołów, powstał Mexican. Czyli radosny, pseudo meksykański, potworek kuszący quesadillami, burrito, nachosami, tequilą i starym, zielonym garbusem ustawionym przed wejściem. Ostatni wymieniony artefakt był chyba zainspirowany, podobnie starym, automobilem stojącym po sąsiedzku na Podwalu 25. Czymś trzeba w końcu kusić turystyczną tłuszczę.

Wizytę w Mexicanie zaczęlismy już w pracy, pilnie studiując menu tego przybytku. Strona domowa restauracji, przynajmniej warszawska filia przy Barbakanie, oczywiście nie działa jak należy i zamiast menu można popodziwiać piękne czarne tło, inspirowane prawdopodobnie ciemnymi nocami na pustyni Chihuahua. Drobne pohakierowanie strony dało nam jednak szybki dostęp do miernej graficznie zawartości. Gdybym był Bogusławem Wołoszańskim prawdopodobnie nie uprzedzałbym faktów, ale nie jestem, więc pozwolę sobie nadmienić, że jakość strony nie odbiega zbytnio od jakości serwowanych tu potraw.

Jednakże wizyta zaczęła się miłym akcentem. Po przyjściu czekały na nas miseczki z nachosami i salsą. No, mniej więcej salsą, bo to co tu podają nie może się równać chociażby z pomidorowym dipem, który jest serwuje Blue Cactus. Po tym ubogim wstępie zdecydowałem się na zupę tortillową przykrytą zapiekanym serem (9,50zł). Takowej nigdy nie kosztowałem i jedząc to co podano mi tutaj nie zdecydowałbym się pewnie na ponowną degustację nigdy więcej. Jednak jeśli chodzi o jedzenie jestem człowiekiem dużej wiary i zaryzykuję konsumpcję gdzieś jeszcze. Przepis na wyżej wymienioną zupę w Meksykanie można zawrzeć w jednym zdaniu: „Wlej kieliszek rosołu, dolej ćwierć litra wody, dorzuć garstkę rozgotowanej papryki, wrzuć nachosy, posyp serem i przypal w piekarniku”. Sekretem tego dania jest prawdopodobnie palec kelnera w zupie przy podawaniu. Jednak było zbyt ciemno żeby zauważyć tę delikatną granicę dzielącą lustro wody/zupy(?) i członek kończyny serwującego. Poprzestanę więc tylko na moich wydajemisiach. I nawet jeśli pan kelner niechcący umoczył swój palec w zupie to rabanu wszczynać sensu nie było. W końcu i w domu zdarza nam się takie fałks pas.

W zasadzie chciałbym w tym miejscu przerwać już opis swoich wrażeń, ale blogerski obowiązek nakazuje mi kontynuację mego pseudosprawozdania.
Podczas konsumpcji zamówionego przeze mnie burrito z wieprzowiną i fasolą (25,50zł) skosztowałem kęs sałaty z łososiem w sosie winegret (16,90zł), która zamówiła Zofia. Może już lekka sytość spowodowana konsumpcją burrito spowodowała, że jej wybór nie przypadł mi do gustu. Danie smakowało jak sałata z łososiem, podlana octem. Oczywiście skład nie czyni tej potrawy stekiem z wołowiny, ani niczym innym niż wymienione ingrediencje… Ale wydaje mi się, że podobne danie potrafi przyrządzić każdy operator saturatora. Ponieważ tak samo jak i sodówka z sokiem malinowym w szklance na łańcuchu ta zielenina z rybą była mdle podana.

Wracając jednak do mojego burrito, to podana porcja była gigantyczna. Placek w który zawinięte było nadzienie polany został trzema sosami: ostrym pomidorowym, guacamole i kwaśną śmietaną. Niestety widać było, że sos z awokado stęsknił się już bardzo za pestką, ponieważ ściemniał widocznie. Zamaskowaniu tego faktu nie pomógł nawet półmrok panujący w sali. Rozjaśnieniu całej sytuacji nie rehabilitowała nawet meksykańska flaga wbita w zaserwowanego mi naleśnika. Ano właśnie naleśnika. Bo ciasto w które zawinięte było średniej jakości mięso z fasolą przypominało mi bardziej domowe placki z mąki pszennej, niźli kukurydzianą tortillę. Niestety wybór pikantności dania, zaproponowanej przez kelnera, sprowadzał się li tylko do polania go odpowiednio ostrym, lub nie ostrym, sosem pomidorowym. Samo nadzienie sprawiało wrażenie robionego wcześniej i pakowanego tak samo do wszystkich opcji ostrości. Fakt, że wyczyściłem prawie cały talerz, oprócz przypalonych części ciasta, nie ma tu znaczenia. Tak jak kiepskie książki, kiepskie jedzenie też zwykle wciągam do końca. Chyba głównie po to, by mieć potem najświętsze prawo do pełnej krytyki konsumenckiej.

Wspominając jak płakałem nad ostatnim kęsem burrito wpychanym w swe trzewia, tak teraz ronię łzy nad historią Butelki. Smutne jest to, że parafrazując prawo Kopernika-Greshama, knajpę lepszą wypiera knajpa gorsza. Ale widocznie to prawo wolnego rynku, wszak zysk jest sprawą pierwszorzędną. Najczęściej dopiero za przychodami pojawia się klient, jakość i lojalność.

06/06/2009

Jeśli Serbia, to tylko w Belgradzie.

Filed under: Warszawa,bałkańskie — Tagi: , , , , — maliboo @ 22:12

Pamięć fotograficzna czasem zawodzi. Byłem pewien, że Mały Belgrad na wzór Małej Serbii widziałem gdzieś w Centrum. Trochę tej małości posiadamy jednak zbyt wiele, bo summa sumarum wyszło na to, że chodziło o Małą Gruzję, sąsiadkę Serbii na Nowogrodzkiej. Oj panie! Za dużo tego…

Po krótkim śledztwie okazało się, że tymrazowa destynacja znajduje się w tej części Warszawy, gdzie psy szczekają odwrotnie. Ulica, nomen omen, Belgradzka 4 jest na dalekim, daaaalekim, daaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaleeeeeeeeeekim Natolinie. Jednak blisko metra, więc butków nikt w stanie zedrzeć nie jest.
Ostrzeżony słowami Agaty o małości tego przybytku, który wybitnie podkreśla nazwa, postanowiłem zarezerwować miejsce. W końcu smutno byłoby wracać z odległego południa nazad do Centrum w poszukiwaniu jakiegoś godnego zastępstwa bałkańskiej pleskawicy. Nie mogę tu jednak pominąć sposobu rezerwacji, kiedy to prosząc o stolik na godzinę 19:00 dostałem do wyboru 18:45 i 19:30 ;o) Po krótkich pertraktacjach doszliśmy z miłą panią za telefonem do konsensusu w postaci piętnastominutowego spóźnienia na 18:45.

Po dotarciu na miejsce odetchnąłem z ulgą, ponieważ pomysł zarezerwowania okazał się trafny. Praktycznie cała knajpka była obłożona, lub zarezerwowana. Mówiąc Pisząc „cała” mam na myśli parę stolików na maksymalną ilość 18-22 gości. Jak na tak odegłą lokalizację wróżyło to dobrze. W końcu zwykłe osiedlowe knajpki nie mają chyba aż tak sporego obłożenia? Zasiedliśmy więc sobie w ciut przyciasnym kąciku we czterech chłopa i czując dzięki temu braterską bliskość przystąpiliśmy do wertowania menu.

Przy okazji piątku wypadało nam się nagrodzić za pracowity tydzień, więc zaczęliśmy od zamówienia przystawek i czegoś krzepiącego nastrój. Wybór padł na rakiję (7zł, do wyboru śliwkowa, z winogron lub ta trzecia), karafkę Vranac Plantaže (28zł/500ml) oraz coś treściwego w postaci zupy z soczewicy (7zł), gęstej zupy z kurczaka (8zł), smażonej cukinii z sosem koperkowym (15zł) i papryki Biurek (15zł) w panierce nadzienwanej serem sirene. Oczywiście nie omieszkałem doprawić swojej strączkowej zupki stojącymi na stole przyprawami paprycznymi, przy okazji zdrowo przesadzając. Istny żar ciała czułem nie tylko w trakcie konspumpcji tej zacnej polewki, ale również i długo potem, ścierając z czoła siódme poty. Krzepiny rosołek okazał się ciut lepszą, bo gęstsza, wersją naszej zupy z kur wielu. Nic co by do nieba wzięło mnie. Za to warzywne przystawki to już inna bajka. „Bajka” dosłownie, ponieważ przysmażone plastry cukini umaczane w sosie to istne niebo w gębie! Podobnie rzecz miała się z jeszcze lepszymi dwiema papryczkami w panierce, sowicie serem nadzianymi.

Ale nie dla zieleniny tu przyszliśmy. Jako chłopy pokaźne w genach mamy zapisaną konsumpcję mięcha. Zatem zwłocznie przeszliśmy do zamówienia dań głównych. Opierając się pokusie zamówienia kawarmy, tak miło wspominanej przeze mnie po ostatnich wakacjach, wybrałem bejcowaną karkówkę pod sadzonym jajkiem (24zł). Obecność sadzonego jajka wydaje się tu dość sporna. Mimo tego, że karkówka była dobra, to nabiał mi tu jakoś nie leżał. Co innego sos lutenica (3zł), który okazał się jednym z lepszych jakie jadłem!  Śmiem stwierdzić, że to dla niej tutaj wrócę! Również pleskawice przypadły mi do gustu, chociaż wersja „Dymitrowska” (23zł) z wędzonym boczkiem i serem powaliłaby mnie na kolana, gdyby nie dość ciasne miejsce, które okupowaliśmy. Zamówiony przez Radzia szaszłyk Hajducki podany z pikantnym sosem, przetykany wędzonym boczkiem i papryką (30zł) również dobrze się spisał, chociaż muszę przyznać, że tytułowego pikantnego sosu troche poskąpiono. Jednak wielkość porcji mięsa zdecydowanie nadrabia wszelkie inne niedociągniecia. Biedny Szczepek zdawał się juz cisnąć łzy pod koniec jedzenia pleskawicy, ale dokończył z godnością. Na słowo, niestety, muszę uwierzyć Długiemu, który chwalił również karkówkę po bośniacku (24zł) zamówioną przy drugiej wizycie. Te cieniutkie paski karkówki grillowane z cebulką i pomidorami, posypane żółtym serem na pewno znajdą się jako pierwsze na liście podczas kolejnej wizyty.

Jak dobrze, że Mały Belgrad jest tak daleko. Bo z pewnością po kwartale wrzuciłbym pare kilo na klatę dupę. I mimo tego, że ten sielankowy obraz lekko przygasza nieco opieszała obsługa, to może powinienem to liczyć in plus jako taki leniwy, bałkański smaczek.

18/05/2009

Włoska magia Incanto na Pradze Południe

Filed under: Warszawa,włoskie — Tagi: , — maliboo @ 22:36

Na Pradze Południe znam tylko dwie dobre pizzerie (czy może Pizzerie przez wielkie P). Pierwszą z nich jest, zadymiona niestety, La Luna. Druga to tytułowa Incanto, trochę niesprawiedliwie nazwana li tylko pizzerią. Odkryłem ją przypadkiem, kiedy to mieliśmy już dość zamawianych zapiekanek z Telepizzy, Pizzy Hut, czy Daily Pizza, nazywanych „pizzami„.

W ciągu paru moich odwiedzin zdążyłem przebrnąć przez smakowitszą część menu tego przybytku. Chociaż zdarzały się również mniej podchodzące mi dania. Jeśli mnie pamięć nie myli to na rozdziewiczenie tego miesjca wybrałem pizzę Mafioso (25zł), Andrzej wziął wtedy standardową Peperoni (24zł). Jak wiadomo połowa sukcesu dobrego placka z Włoch to ciasto. To wypada tu szczególnie dobrze. Cienkie i chrupiące na brzegach, tak jak powinno, być może nie będzie odpowiadało sezonowym koneserom bułek z pizzowych sieciówek, ale dla mnie to niebo w gębie. Chociaż przy ostrych rodzajach, szczególnie z dodatkiem pikantnej oliwy do zagryzania rantów, zdarza się również piekło w (_!_).

Podczas następnych wizyt dane mi było tu spróbować zupy fasolowej (która na szczęście wyleciała już z menu – chyba 8zł), GENIALNEGO smażonego szpinaku z czosnkiem, mozzarellą i parmezanem (13zł wedle cennika na stronie, ale w nowym menu stoi już chyba po 15), schabu z masłem czosnkowym, podanym z opiekanymi ziemniakami i gotowanymi warzywami (29zł), czy grillowanego łososia z krewetkami z sosem cytrynowo – czosnkowym i ryżem (35zł). Nie ominęły mnie też średnie bruschetty – 13zł i szkoda czasu i miejsca w żołądku, te są o niebo lepsze w Passe Partout, czy wspaniała pizza Carbonara (24zł). Z całej tej listy dla mnie osobistym faworytem jest szpinak. Czy może faworytem tym był do dziś, kiedy to postanowiliśmy wypróbować sezonowe menu szparagowe.

Na krótko, bo pewnie do końca czerwca, niekwestionowanym królem jest tu dla mnie zupa krem ze szparagów, z zielono-szparagową wkładką i włosko-przyprawionymi grzankami (9zł). W tym daniu wszystko było tak jak powinno! No może poza tym, ze nie trafiła mi się w niej ani jedna główka szparaga – tylko same dolne łodygi! Kucharz powinien rozdzielać je bardziej sprawiedliwie ;-) . Ale to odegrałem sobie na zamówionej pizzy ze szparagami i jajkiem (27zł). Placek poprawny, ale chyba pozostanę wierny chociażby tutejszej Parmie (ze świeżą rukolą i szynką parmeńską – 25zł). Szparagi w obydwi daniach były takie jak powinny. W niczym nie będąc podobnymi do naszej kulinarnej porażki w pracy, kiedy to wcinaliśmy część lekko gorzkawych pędów. Niestety, może z racji poniedziałku, Czarkowi nie udało się zamówić sałatki z fallicznym warzywem i karczochami (25zł), gdyż te ostatnie były-wyszły. Zjadł więc bidula to co mu podano z ersatzem zamiast serc astrowatych. Nie słyszałem z jego strony zachwytów, ale narzekań brak również było. Przyjmuję więc, że danie okazało sięconajmniej poprawne. Jednak tak jak ostrzyłem sobie na nie zęby, tak następnym razem nie omieszkam jednak wybrać spomiędzy szparagów z szynką gotowaną (30zł) i  sznycla z jajkiem i szparagami (34zł). Maj jeszcze w połowie i mam nadzieję, że zdążę się załapać.

Wspomniany sznycel przywiódł mi na myśl wiedeńskiego „bliźniaka” z Kanjpy Sami Swoi (9zł + cena warzywnego wypełniacza). I chociaż porównanie może nie z tej samej półki cenowo-jakościowej, to muszę przyznać, że to co mi się podoba w Incanto to „żywe” menu. Oczywiście jak z każdym dojrzewającym dzieckiem jest i tu problem – z rosnącymi cenami niektórych dań. Nawet niedzielny bywalec dostrzeże, że pewne dania co jakiś czas wypadają. Całe szczęście są to te, które nie przypadły mi specjalnie do gustu (vide zupa fasolowa). Natomiast czarne konie, jak łosoś z krewetkami, czy schab z masłem czosnkowym tkwią niezmiennie niczym sèvres’ki(?) wzorzec dobrego smaku.

Przyjdzie mi się więc pewnie pożegnać z dobrą-aczkolwiek-nie-w-tej-cenie fritturą di mare w delikatnym cieście (34zł), która uraczyła nas pysznymi, miękkimi kalmarami, krewetkami i niestety średnią karguleną. Ale pozostaję w nadziei, że menu tej restauracji zaskoczy mnie jeszcze nie raz. I chociaż do tej pory nie spróbowałem tutejszych makaronów, to jak na razie to com tu wszamał trzyma mnie przy nadziei, że zapuszczona kulinarnie i rozrywkowo prawa strona Warszawy ma parę perełek, którymi może brylować w restauracyjnym towarzystwie.

06/05/2009

Satori sushi – epi.log

Filed under: Warszawa,japońskie — Tagi: , , , — maliboo @ 23:05

Niespodziewana lawina komentarzy pod wpisem o Satori Sushi na Wiatracznej zmusiła nas do ponownej wizyty. Ok, może nie tyle lawina, co propozycja Sizara, żeby dać temu przybytkowi drugą szansę. W końcu grono stałych bywalców nie powinno się mylić. Tym bardziej, że wzmożone zainteresowanie wystawało ponad przeciętność.

Udaliśmy się na miejsce ekipą prawie w tym samym składzie. Czarusia juniora zastąpił jeno Jędrek. Młody wymiękł już po pierwszej wizycie. Po trosze tłumaczył się awersem do ryżu i ryby, po przepełnieniu, którego doznał podczas otwarcia The Place Sushi na Nowym Świecie. Swoją drogą trochę dziwią mnie tak niepochlebne opinie, jak na knajpę kogoś, kto maczał palce w Maestrii, Tomo, czy Sakanie. Ale wracając do Satori i uprzedzając fakty – oświecenia znów nie było.

Tym razem wybraliśmy sobie inny czteroosobowy stół – na przeciwko wejścia. Ciekawostką jest, że ustawienie stolików wydało mi się dziwnie podobne do tego, które było za pierwszym razem. Ale cóż – mam już swoje lata, pamięć nie ta, więc upierać się nie będę. Dość tego, że nasz poprzedni stolik stał w tym samym miejscu niczym dąb Bartek. Zasiedliśmy w czwórkę przy, … „czteroosobowym” stanowisku konsumpcyjnym sąsiadującym ze szklaną ścianką. Niestety stół okazał się być jakąś dziwną pochodną miejscówek dwuosobowych, na co Zofia narzekała do końca wizyty musząc trzymać między swymi naturalnymi nogami tę trzecią – od stołu. Oczywiście żaden z nas nie wykazał się odrobiną dżentelmeństwa i nie zamienił swojego miejsca z koleżanką. Nie można wymagać znajomości savoir-vivre’u od prostych flash-developerów. Mnie osobiście stolik odpowiadał w 100%!

Po wymoszczeniu tyłeczków na krzesłach przeszliśmy do zamówienia. To skomplikowane nie było: 2 x zestaw Kirado (66zł), miso z rybą (12zł) i raz zwykła dla Czarka (8zł), bo tofu zabrakło. Trochę mnie to zdziwiło, bo brak tofu w japońskiej restauracji susherni to prawie jak brak wyborowej w monopolowym, czy brak bigosu na Boże Narodzenie. Muszę tu przyznać, że zupę zamówiłem ze zwykłego wyrafinowania – chciałem sprawdzić czy będzie tak samo słone jak poprzednim razem.
Jednak zanim miso została przyniesiona zaserwowano nam „podgrzewane ręczniczki”, czyli kawałki szmatki z ligninopodobnego materiału, dokładnie takie jak dają w Besuto, tylko na ciepło (tam chyba były chłodne). Cztery kawałki ścierki wesoło wylądowały na naszym stoliku i pozostały tak aż do końca konsumpcji (SIC!). niestety żadne z nas nie jadło palcami, by wykorzystać je raz jeszcze po skończonym posiłku.

Po otarciu łapek wyżej opisanymi szmatkami nastąpiła niespodzianka. Jako przystawkę zaserwowano nam coś w rodzaju mizerii tyle, że na ostro. Ogórek, sałata i drobinki ostrej papryczki w zalewie przypominającej słodką śmietanę, a wszystko posypane sezamem. Żałowałem nawet, że porcja była mała, bo jak nie przepadam za ogórami w śmietanie, to te przypadły mi do gustu. Następnie nasza młoda i urocza kelnerka (niestety jej imienia poznać nam nie było dane) wniosła zamówione zupki. Tym razem miso nie było tak słone vel esencjonalne jak poprzednim. Chociaż nadal nie był to dobry standard, chociażby z Akashi. Porcja za mała jak na tę cenę. A ja mimo wszystko nie mogę przyzwyczaić się do miso nafaszerowanego na wpół surową marchewką. Chociaż rybka, pływająca w nim, była dobra. Dwa rodzaje: łosoś i jakaś biała (maślana?).

Po zupce na stoliku zawitało danie główne – zestaw składający się z 26 sztuk sushi. Co należy docenić – tym razem pokrojone naprawdę równo! Najprostsze maki były z ogórkiem i marynowaną rzodkwią, do tego 6 maków z tuńczykiem i mango (które w jednym kawalku wydawalo mi się dość kwaśne), 8 sztuk kalifornijskich zawijasów z krabem, ogórkiem i avocado (w końcu było miękkie!) i cztery balaski nigiri z łososiem i maślaną. Jeśli chodzi o łososia to mimo tego, że był już wtorek nie wydał mi się pierwszej świeżości. Ale zjadłem go ze smakiem (znów jeden z nigiri mi się rozpadł, Andrzejowi również). Ryba maślana dała radę, ale zwykle daje. To chyba jedna z najbardziej tolerancyjnych ryb jeśli chodzi o przechowywanie. To co przykuło moją uwagę, to ryż. Ten w małych maczkach wydawał się być inny niż reszta (wcześniej/później przygotowany?). Jednakże każdy z nich za bardzo kleił się do zębów. Faktura przeciętego ziarna wydała mi się zbyt szklista w środku, w stosunku do obrzeża ryżu. Możliwe, że stąd brała się nadmierna lepkość i gumowatość. Jednak muszę przyznać, że ponowna wizyta wypadła lepiej niż pierwsze zderzenie z Satori Sushi.

Jeśli chodzi o mnie, to mimo niewątpliwie dogodnej lokalizacji, raczej będę witał na lewym brzegu Warszawy. W czymś bliższym memu sercu, a przede wszystkim żołądkowi. Jednakże załodze Satori Sushi trzeba przyznać honory za pewne podniesienie jakości w stosunku do stanu z początku marca. Myślę, że jeszcze parę konstruktywno-krytycznych wpisów i wyciągną należyte wnioski wychodząc na prostą. Wszakże prawdziwa cnota krytyk się nie boi;P Ja jednak na rybkę będę jeżdził przez most.

Older Posts »

Powered by WordPress