O Piwną Halę zahaczałem już parę razy. Piwo warzone na miejscu to zupełnie inny poziom doznań przy sączeniu browara. Standardowe piwo z kija jest takie… standardowe. Prawie jak wizyta w maku, wiadomo czego się można spodziewać.
Poprzednie wizyty i nieodłączną parę weizena i dunkela wspominam miło. Może poza jedzeniem. Ale po kolei. Mimo tego, że sama czwartkowa okazja do wizyty nie należała do weselszych, nastroje nam dopisywały. W końcu zawsze jest tak, że coś się kończy, coś się zaczyna. Oczywiście jak zwykle musiałem przyjść pierwszy, a ponoć tylko ten kto spija ostatki piękny i gładki. Na dzień dobry pani kelnerka poczęstowała mnie kartą. Nastawiony po porannym przeszukiwaniu menu na „Dunkel” gulasz lub kartacze, zacząłem wieczorne poszukiwania. I łup! Okazuje si, że ktoś tu chyba zapomniał nie tylko o aktualizacji menu na stronie (brak kartaczy), ale również jego cen. Wybór jedzenia, jak i stosunek cena-ilość, oraz cena-jakość nigdy w Bierhalle powalający nie był. Ale to co zobaczyłem załamało mnie totalnie. Gulasz, który sobie upatrzyłem z prezentowanych na stronie 18,99zł, co podchodzi już pod granice przyzwoitości, zdrożał do 22,99zł! Znakomita większość pozycji również. Na szczęście piwo pozostało na starym poziomie 17,5zł za litr. Niestety tu kolejny zgrzyt. Na stronie stoi jak byk, że w arkadyjskiej miejscówce dostanę cały asortyment, łącznie z koźlakiem na którego się szykowałem. Lipa: w ofercie stały tradycyjny pils, weizen i dunkel. Koniec! Po Koźlaka mogę se skoczyć do Piotra i Pawła, gdzie nota bene jest chyba najtańszy.
Oczywiście nie marudziłbym tak, gdyby nie to, że Hala Piwna nie należy do kulinarnych wyżyn. A ilość jedzenia mimo wszystko nie jest wystarczająca żeby wykarmić całą kompanię głodnego chłopa. Przy okazji nadal mi się odbija żylasty mini-karczek podany na kromeczkach chleba, który zamówiłem będąc tam pierwszy raz. Czekałem wtedy na niego dobre 45 minut, bo kelner raczył się pomylić i miast karczku wylądował u mnie kurczak. Ale chyba szczyt to przekąski. Wszakże to knajpa z piwem, a do piwa potrzeba jedzenia, więc dociśnijmy frajerów i na tym. Do apogeum głupoty dodaję odrobinę smalcu za 9,99zł i 5 półkromek zapieczonego chleba (sic!) z serem za 7,99 robiącego za „grzanki serowe”. Uwaga, żeby się nie zadławić!
Nie podoba się? Nie przychodź. Ale chyba nie o to chodzi w prowadzeniu interesu? Nie przyjdę.
Muszę w tym miejscu trochę odpuścić, bo gulasz mimo wszystko jest całkiem dobry. Jednak wydaje mi się, że od ostatniego razu porcja jakoś zmalała. A wieprzowina z którego niby był zrobiony, jakby przypominała mi drobiową pierś… Aha! I trafił mi się nawet jeden kawałek pieczarki! Kluseczki były bardzo dobre. Cztery piwa, mięsko i stówka na jedną osobę pękła. Jeśli traktować Bierhalle jako miejsce na jeden strzał – nie jest źle. Ale piwo jest za dobre, żeby wypić tylko jedno. A na większą ilość potrzeba jakiejś jedzeniowej podstawki. Dodatkową rzeczą która mnie zdziwiła, to doliczany serwis. Jak zwykle w postaci 10%. Oczywiście swoje zdanie na temat zmuszania do haraczu mam, ale to co mnie zaskoczyło to to, że jeśli kelnerka dopisałaby nam do rachunku te 10%, to dużo by z tego nie dostała. Zawsze myślałem, że jak ktoś mnie do czegoś zmusza, to w imię wyższych zasad. Za prace w trudzie i znoju, obsługującemu wszakże należy się premia. Ale tu widzę panują zgoła inne zasady, z tego co się dowiedziałem na następny dzień od towarzyszy pijatyki.