By DT
06/02/2009
25/01/2009
Jak rozpada sie S(t)finks
Trafiłem dziś na, może nie ciekawy, ale na pewno intrygujący artykuł. Wybiórcza w swoim Dużym Formacie publikuje wywiad z Morawskim, tym od Sphinxa i Tatiany. Chociaż nie. Chyba już ani od Sphinxa, ani Tatiany. W każdym razie, pieczarkowy baron płacze w nim, jak to dał się wykiwać AmRestowi (czyli tym od Pizzy Hut, KFC i Rodeo Drive).
Kłopoty kłopotami, ale kiedy przypominam sobie Sphinksa jeszcze z okolic 2003-4 roku, to pamiętam duże porcje, uczciwie napychającego żołądek jadła. Dwie pity dla każdego i dobrej, jak na fast-food, jakości mięso. To co było potem to równia pochyła pod szerokim kątem. Morawski wspomina w wywiadzie o kłopotach z przeinwestowaniem na sąsiednich rynkach, kłopotach podczas kręcenia lodów na randce z AmRestem… Ale czy to wszystko powinno dotykać nas: konsumentów?
Wspominam marne tagliatelle z borowikami i „polędwiczkami wieprzowymi”, które musieliśmy szukać z lupą. A ostatnio krzepcio opowiadał jak to zamówił „najlepszego” – przynajmniej wedle menu – steka Al Capone za całe 44zł. Na talerzu pojawiły się trzy cherlawe kawałki mięsa. Żeby nie było, to oficjalnie był to jeden kawałek połączony (niczym pępowiną) niestrawną żyłą. Nie pominę również tego, że zamówiony stek miał być medium-done, a to co dostarczono było po prostu osobistą interpretacją stopnia wysmażenia według kuchcika. W podobnej cenie na Podwalu dostaniemy coś za co naprawdę nie będzie się żałować pieniędzy.
Tak więc przy okazji lamentów panie Morawski, proponuję chociaż raz w miesiącu zjeść coś co serwują w Stinksie. Bo restauracja, to przede wszystkim jej klienci (i pracownicy), a nie papierkowe procenty w finansowej piramidzie przy Książęcej 4. Tym bardziej, iż wedle wywiadu stoi, że szykuje się kolejny biznes w branży gastronomicznej. Trzymam kciuki, by był jak najbliższy ideałów z początku Sphinksa.
30/07/2007
Tydzień na działce
Jakoś nie przepadam za wsią spokojną, wsią wesołą, toteż tytuł ten się ma do treści jak czekolada do odchudzania. Ostatni tydzień zleciał pod patronatem widma bolącego zęba i ogólnego cobytuzrobić. Z racji ostatniego powodu trochę się butków starło i nadrobiło zaległości. Wpisów się nazbierało, ale z racji niechcemisię i cozadużotoniezdrowo te będą odrabiane z ciut większym poślizgiem niż zwykle. I na pewno nie będzie chronologicznie.
13/05/2007
Food porn
Dodałem do linków PornoKaszankę. Blog z kategorii pornfood, czyli nad wyraz efektownym fotografowaniu jedzenia. Nie przeglądać na głodnego!
| www.flickr.com |
10/05/2007
Rzecz o fastfoodach
Jeśli jedzenie jest odpowiednikiem seksu, to z pewnością fastfoody są odpowiednikiem masturbacji. Ale kto w młodości nie wcinał hamburgerów? Czy chociażby frytek na wakacjach w Augustowie? Takich posypywanych z solą ze słoiczka z podziurawionym denkiem podziurawioną pokrywką. No i na obowiązkowym kartonikowym „talerzyku”.
Czasy się zmieniły, budy z zapiekankami zniknęły z ulic (nawet ta przy Halach Banacha z najlepszymi zapieksami i jeśli dobrze zauważyłem zniknęła również jedna z ostatnich bud Dania Fastfood przy dworcu Zachodnim z bułkami Skogi), a takie jedzenie dostało nazwę fastfood i etykietkę „złego żarcia”. Oczywiście, jeśli komuś się podoba, może wcinać wasę i kiełki na okrągło, ale „czasami człowiek musi, inaczej sie udusi”. Dlatego czasem odwiedzi mi się maka, jakąś sieć pizzeri, czy wciągnie kebaba na mieście. Osobiście nie widzę wielkiej różnicy między dobrym jakościowo kebabem, a naszym smażonym schabem. Na korzyść tego pierwszego przemawia to, że jest w nim proporcjonalnie wiecej warzyw, niż w tradycyjnym zestawie: ziemniaki-schabowy-surówka. Oczywiście pomijam tu fakt, że w znakomitej większości kebabowni skrojone mięso leży w tłuszczu, miast być skrawanym bezpośrednio na bułę…
Zatem na pewno zdarzy mi się nie raz tu opisać nowe kanapki w maku, czy wizytę w zmartwychstałym Burger Kingu franczyzowanym przez AmRest. Swoją drogą muszę wpaść do ich Rodeo Drive we Wrocławiu. A spełnieniem moich junkfoodowych, perwersyjnych marzeń byłby powrót Taco Bell. Najlepiej tam gdzie był: czyli w Śródmieściu za Rotundą – tam gdzie teraz jest Pizza Hut.
Wszakże żal umierać zdrowym
31/03/2007
Smaczne go! Oh no!
Właśnie zdarzyło mi się obejrzeć produkcje TVP Smaczne go!, pierwszy raz. I ostatni. To chyba jakaś licencja, Ready, steady, cook z tego co się orientuję. Program prowadzi Olga Bończyk, której usta zamknąć się nie mogą. Nie, żebym narzekał, ale połowa z tego co z nich wychodzi to drętwe farmazony. Ja rozumiem, że formuła programu wymaga gadania, bo gotowanie jest jak seks: cisza jest tu niepożądana. Ale na Dzeusa, kobieto, nie śmiej się na siłę, nakręcając sztucznie atmosfęrę napięcia i zamieszania.
Podsumowując: gdyby nie jedzenie i dekolt Olgi, nie byłoby tam co oglądać, bo spódnicę miała aż pod kolano. Osobiście wolę już kuchnię.tv i rodzeństwo Kręglickich. Nie żeby żarty mieli przednie, czy aparycję lepszą od Bończyk, poza tym wdzięczą się do siebie, ale ogólnie słucha się ich jakoś milej.
10/11/2006
Bo ja tak mówię
Potrzeba pisania tego zrodziła się między innymi z potrzeby pamiętania co, gdzie i jak żarłem. Potrzebuję też miejsca, gdzie mógłbym wylewać żółć/gorycz knajpianych szranków. Kroplą przepełniającą tę czarę wydzielin była chyba nasza ostatnia wizyta w „brazylijskiej” knajpie w której podano nam surowe mięcho.
Cytując zena: „obiad zjedzony, dzień zaliczony”.