Podwale 29 w Warszawie to miejsce spoczynku świętej pamięci Butelki. Nieodżałowanej, jak wszystko co przeminęło a było dobre, restauracyjki z włoskim podejściem do jedzenia. Na jej zgliszczach, niczym feniks z popiołów, powstał Mexican. Czyli radosny, pseudo meksykański, potworek kuszący quesadillami, burrito, nachosami, tequilą i starym, zielonym garbusem ustawionym przed wejściem. Ostatni wymieniony artefakt był chyba zainspirowany, podobnie starym, automobilem stojącym po sąsiedzku na Podwalu 25. Czymś trzeba w końcu kusić turystyczną tłuszczę.
Wizytę w Mexicanie zaczęlismy już w pracy, pilnie studiując menu tego przybytku. Strona domowa restauracji, przynajmniej warszawska filia przy Barbakanie, oczywiście nie działa jak należy i zamiast menu można popodziwiać piękne czarne tło, inspirowane prawdopodobnie ciemnymi nocami na pustyni Chihuahua. Drobne pohakierowanie strony dało nam jednak szybki dostęp do miernej graficznie zawartości. Gdybym był Bogusławem Wołoszańskim prawdopodobnie nie uprzedzałbym faktów, ale nie jestem, więc pozwolę sobie nadmienić, że jakość strony nie odbiega zbytnio od jakości serwowanych tu potraw.
Jednakże wizyta zaczęła się miłym akcentem. Po przyjściu czekały na nas miseczki z nachosami i salsą. No, mniej więcej salsą, bo to co tu podają nie może się równać chociażby z pomidorowym dipem, który jest serwuje Blue Cactus. Po tym ubogim wstępie zdecydowałem się na zupę tortillową przykrytą zapiekanym serem (9,50zł). Takowej nigdy nie kosztowałem i jedząc to co podano mi tutaj nie zdecydowałbym się pewnie na ponowną degustację nigdy więcej. Jednak jeśli chodzi o jedzenie jestem człowiekiem dużej wiary i zaryzykuję konsumpcję gdzieś jeszcze. Przepis na wyżej wymienioną zupę w Meksykanie można zawrzeć w jednym zdaniu: „Wlej kieliszek rosołu, dolej ćwierć litra wody, dorzuć garstkę rozgotowanej papryki, wrzuć nachosy, posyp serem i przypal w piekarniku”. Sekretem tego dania jest prawdopodobnie palec kelnera w zupie przy podawaniu. Jednak było zbyt ciemno żeby zauważyć tę delikatną granicę dzielącą lustro wody/zupy(?) i członek kończyny serwującego. Poprzestanę więc tylko na moich wydajemisiach. I nawet jeśli pan kelner niechcący umoczył swój palec w zupie to rabanu wszczynać sensu nie było. W końcu i w domu zdarza nam się takie fałks pas.
W zasadzie chciałbym w tym miejscu przerwać już opis swoich wrażeń, ale blogerski obowiązek nakazuje mi kontynuację mego pseudosprawozdania.
Podczas konsumpcji zamówionego przeze mnie burrito z wieprzowiną i fasolą (25,50zł) skosztowałem kęs sałaty z łososiem w sosie winegret (16,90zł), która zamówiła Zofia. Może już lekka sytość spowodowana konsumpcją burrito spowodowała, że jej wybór nie przypadł mi do gustu. Danie smakowało jak sałata z łososiem, podlana octem. Oczywiście skład nie czyni tej potrawy stekiem z wołowiny, ani niczym innym niż wymienione ingrediencje… Ale wydaje mi się, że podobne danie potrafi przyrządzić każdy operator saturatora. Ponieważ tak samo jak i sodówka z sokiem malinowym w szklance na łańcuchu ta zielenina z rybą była mdle podana.
Wracając jednak do mojego burrito, to podana porcja była gigantyczna. Placek w który zawinięte było nadzienie polany został trzema sosami: ostrym pomidorowym, guacamole i kwaśną śmietaną. Niestety widać było, że sos z awokado stęsknił się już bardzo za pestką, ponieważ ściemniał widocznie. Zamaskowaniu tego faktu nie pomógł nawet półmrok panujący w sali. Rozjaśnieniu całej sytuacji nie rehabilitowała nawet meksykańska flaga wbita w zaserwowanego mi naleśnika. Ano właśnie naleśnika. Bo ciasto w które zawinięte było średniej jakości mięso z fasolą przypominało mi bardziej domowe placki z mąki pszennej, niźli kukurydzianą tortillę. Niestety wybór pikantności dania, zaproponowanej przez kelnera, sprowadzał się li tylko do polania go odpowiednio ostrym, lub nie ostrym, sosem pomidorowym. Samo nadzienie sprawiało wrażenie robionego wcześniej i pakowanego tak samo do wszystkich opcji ostrości. Fakt, że wyczyściłem prawie cały talerz, oprócz przypalonych części ciasta, nie ma tu znaczenia. Tak jak kiepskie książki, kiepskie jedzenie też zwykle wciągam do końca. Chyba głównie po to, by mieć potem najświętsze prawo do pełnej krytyki konsumenckiej.
Wspominając jak płakałem nad ostatnim kęsem burrito wpychanym w swe trzewia, tak teraz ronię łzy nad historią Butelki. Smutne jest to, że parafrazując prawo Kopernika-Greshama, knajpę lepszą wypiera knajpa gorsza. Ale widocznie to prawo wolnego rynku, wszak zysk jest sprawą pierwszorzędną. Najczęściej dopiero za przychodami pojawia się klient, jakość i lojalność.
Omijamy ją szerokim łukiem w takim razie. Prawo Kopernika nie działa w przypadku knajp, bo im więcej osób to miejsce ominie, tym szybciej znikne ono z kulinarnej mapy Warszawy.
Comment by fro — 14/06/2009 @ 11:00
recenzja rzeczywiscie nie zacheca do wizyty w restraucji. I jesli ma wisiec, to z wlasciwych powodow. Tak wiec burrito to ‘roladka’ z tortilli z maki pszennej; taco to to samo co burrito tylko zawiniete w tortille kukurydziana.
Comment by maya — 05/11/2009 @ 23:28