Ten kto twierdzi, że mieszczuchy i sporty ekstremalne to dwie wykluczające się rzeczy jest w błędzie. Wystarczy udać się na Długą 29 w Warszawie do baru Tien-Tien aby przeżyć bajkową podróż do świata szokującej Azji.
Tym razem nasza niestrudzona ekipa odkrywców dziewiczych terenów udała się na przedmieścia Starego Miasta w celu eksploracji chińskiego baru-restauracji. Jak poinformował nas jeden z przeszczepionych autochtonów można się tu natknąć na calkiem smaczne kąski wołowiny na gorącym półmisku (24zł) i niedrogie piwo (6zł). Po wstępnym rekonesansie rejonu zakwaterowaliśmy się w salce środkowej. Długie studiowanie dokumentów terenu zaowocowało pojawieniem się na stole skrzydełek kurczaka po wietnamsku (8zł), ryżu z owocami morza (20coś), a dla mnie zupa z trupa (7zł) – czyli rosół po opłukananiu kury i embriony wonton. Tutejsze specjały wprost nas zachwyciły. Skrzydełka przypominały trochę perfumowany szampon do włosów, a owoce morza następnego dnia pokonane zostały czterema węglami. Być może zwykłego człowieka już to by odstraszyło (o zapuszczonym akwarium nie wspomnę), ale nie naszą ekipę badaczy. Rozochoceni tutejszym trunkiem przypominającym w smaku rozcieńczoną Warkę zamówiliśmy danie wieczoru: kurczaka i wołowinę na gorącym półmisku (20ileś, nieważne i tak o 50 za dużo). Po przyniesieniu skwierczących utenslylii poczuliśmy się prawie jak za studenckich czasów gdy takie porcje opychało się w okolicach placu Konstytucji. Nadchodzącego ataku nie zapowiadało nic. Nawet uwaga: „po mojej desce przebiegł żuczek” została zbyta śmiechem. I to był błąd. W obcych, nieprzyjaznych terenach wróg może czychać wszędzie. Szczególnie w miejscach gdzie się go niespodziewamy! I niestety to spotkało Tomka. Zaatakowali go we czterech, wyłaniając się z przepastnych przestrzeni wysłużonej deski do której przymocowany jest żeliwny półmisek. Zen, zaprawiony w bojach po wakacjach na Jamajce, zbył tylko uśmiechem szturmującą brygade i leniwym ruchem pozbawił życia jednego z nich. Z początkowej defensywy przeszliśmy w atak i pukaniem zaczęlismy wypłaszać z kryjówki jednego po drugim. Gdy wydawało się już, że walka skończona z tyłów zaczęła nadciągać ciężka piechota! Całe szczęście minutę po rozpoznaniu but Tomka, niczym młot Thora zgniótł bydlę. Niczym kamerzyści Blair Witch Project przebieg konfrontacji utrwaliliśmy na video:
Znajoma technolożka drewna, w oparciu o nasz opis, stwierdziła, że niekoniecznie musiały być to prusaki. Rozszerzyła rozpoznanie do spuszczela pospolitego. Jednakże ten ostatni ma bardziej przystępny wygląd i z pewnością porusza się dostojniej niż pospolity karaczan. Z uwagi na swoje zdrowie, nie tylko fizyczne, postanowiłem zastosować metodę wyparcia. Ten wieczór nie istniał, nas tam nie było. Tylko skąd ten wpis?