mali*ciouş

17/11/2007

Ucho od śledzia

Filed under: Kraków,swojskie — maliboo @ 21:02

Ok, nie chodzi o książkę Ożogowskiej, a o Pierożki u Vincenta. Tak, tego Wincenta od słoneczników i wcinających pyry. Nota bene jego ucho zawieszone jest tuż nad wejściem do kuchennej części jadłodajni. I niech nikt nie mówi inaczej. Na ścianach wiszą słoneczniki, inne obrazy – to wszystko na pewno nie jest lichą kopią, tylko płótnem tkniętym ręką mistrza! Żeby się dostać do Vincenta trzeba udać się na krakoski Kazimierz, a potem już prosto na św. Józefa.

Wnętrze, jak to w Krakówku, powierzchnią nie rozpuszcza. Ale dzięki temu miejsce to ma swój klimat, stoliki można policzyć na palcach jednej ręki. Zatem wpadając tu musicie się liczyć z tym, że trzeba będzie trochę poczekać. Albo przełożyć wizytę, jeśli jest to jakieś zimne, ciemne, listopadowe popołudnie. Oczywiście nie trzeba się oddalać za bardzo, gdyż zaraz po lewej, na końcu św. Józefa 25 znajduje się idealna na niedługi pobyt Czajownia, gdzie można spędzić nie-tylko-chwilkę na popalaniu sziszy i popijaniu herbatki.

W menu oczywiście pierogi, w zasadzie tylko + towarzyszące płynne ingrediencje. Całe szczęście nie wielkości uszek w bożonarodzeniowym barszczu. Za poduszkę też nikomu nie posłużą, jednak porcja dziesięciu pierogów podawana tutaj zapełni większość żołądków. Ceny z lekkim wahaniem oscylują wokół 10zł z pewnym rozrzutem do 14, w zależności od nadzienia. Dzięki temu, że można wziąć również połowę porcji dane nam było spróbować czterech rodzajów. Po krótkim przeglądzie menu oczywiście te z jagnięciną zawitać musiały. Ser pleśniowy, jakim były nadziewane pierogi z mąki razowej to kolejny kulinarny fetysz, do tego coś na ostro w postaci kurczaka, fasoli czerwonej i czegośtam, oraz pomidorów z czymśjeszcze. Na wierzchu obowiązkowo wliczone w cenie dania sosy (osobno 1zł): ostry meksykański i czosnkowy na bazie śmietany. Najbardziej rozczarowały te pomidorowe. Smak praktycznie bez charakteru, raczej porażka. Cesarskie pierożki z małą owieczką trochę za klapciate, miękkie w sensie bardzo, ale całkiem smaczne, szczególnie póki nie zginęły w dominującym smaku „meksykańskiego” sosu. Brakowało mi tu zwartości domowych, mięsnych pierogów. Te z kurczakiem i fasolą trochę bezpłciowe, chociaż może się zraziłem znalezionym kawałkiem kości, chyba z łopatki, i ponowną dominacją meks-polewy. Razowce z serem były za to odkryciem roku, oczywiście szczególnie wtedy, gdy ten był jeszcze ciepły i ciągnący. Odkryciem wiele bardziej zaskakującym niż brudny obrus w Klezmer Hois. Ale o tym następnym razem.
Oczywiście menu nie czterema farszami stoi. Nie ryzykowałbym pisząc, że jest ich tam 44, ale 20-kilka co najmniej. W tym oczywiście takie standardy jak ruskie, czy z mięsem, lub szpinakiem, ale również egzotyki w stylu pierogów z kaszą gryczaną, czy czymkolwiek-co-można-owinąć-w-ciasto (i smakuje dobrze). Do tego na deser wydania.. deserowe: na słodko-owocowo. Ale na tych się nie skupialiśmy, więc zawartości już nie powtórzę.

Miłą rzeczą, jeśli Warszawka wynajmuje sobie loko w Krakówku, jest opcja „na wynos”. Możemy wynieść sobie z knajpki, naturalnie za opłatą, mrożone wersje. Oczywiście nie na patyku jak u algidy, tylko takie do odgrzania w gorącej wodzie. Ewentualnie można również strzelić patelenkę pełną pierożków. Smażonych. Każdy, czy to facet, czy kobieta nie pogardzi taką kulinarną orgią we wschodnioeuropejskim stylu!

Brak komentarzy »

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz

Powered by WordPress