Nie wiem jak mi wpadło Lanse na placu Konstytucji, a.k.a. MDM, prawie na przeciwko indyjskiej Maharajiy. Chyba trafiłem na jakiś komentarz na warszawa.pogodzinach dotyczący gratisowego piwa do golonki w czwartki. Uprzedzając fakty golonki nie było, podobnie jak i czwartkowej promocji. Zresztą cóże ci to za golonka w miejscu, które jest lansowane szyldem SetPoint – doradztwa żywieniowego. Gdzie tłuszcz i puste kalorie?
Nie wiem skąd wzięła się miejska legenda na temat opinii gay-friendly tej restauracji. Jako prości heterycy nie odczuliśmy tu odmiennego charakteru miejsca. Może właśnie na tym polega sekret? Sztuczne pompowane renomy knajpy jako gejowska restauracja/klub/miejsce jest właśnie tym co dzieli, a nie naturalnie łączy ludzi.
Gdyby nie Marcin, to pewnie cofnęliby nam rezerwacje, bo wyjątkowo musiałem się spóźnić. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Wpadliśmy spóźnieni dobre pół godziny, głodni i spragnieni w związku z czym na stół od razu wjechał Żywiec (7zł za 0.5l i 12zł za 1l), a zaraz za nim cztery razy… przysmak św. Huberta (26zł) w ilości sztuk czterech. Spektrum degustacji zostało więc zawężone do jednego dania niestety. Chyba też dlatego tu jeszcze wrócę na nieodżałowaną golonkę. Jeśli chodzi o zamówione danie, to w menu stoi: „przysmak św. Huberta – polędwiczki wieprzowe w sosie z leśnych grzybów, kopytka majerankowe”. Pk, dostane majerankowe kopytka? Na pewno będzie to ciasto rozrabiane z majerankiem – to dość ciekawa kombinacja. Jakim zaskoczeniem było, obok górki sałaty, trzech zrazów i sosu grzybowego, parę kopytek… posypanych majerankiem. Na wierzchu. Od góry. Nie w środku, ugotowane z wonnym majerankiem. Nie. Posypane, z wysoka tak. Sos i grzybki były ok, mięsko, sałatka niczego sobie, .. pal licho te kopytka. Ale wszystkie jakieś takie bez charakteru. Niestety. Nie zachwyciło mnie jadło na talerzu i nawet kolejny, litrowy kufel piwa nie był w stanie zapełnić pustki rozczarowania. Rozczarowania właśnie. Nie było mi łyso, nie zatkało kakao, po prostu za mało. Szczególnie jak na miejsce, które zwie się typowo lansersko.
I to koniec. Naprawdę. Nie ma nic więcej. Może gdybyśmy wyszli wcześniej to zahaczylibyśmy pobliskiego Szwejka vis-à-vis. Trochę mi za mało było, ale też już więcej bym nie zmieścił, nie za mała, ale też niezbyt obfita z racji dietetycznej otoczki restauracji, porcja wystarczyła mi na ten wieczór. Gdyby nie hektolitry chmielu byłbym w stanie pamiętać dokładnie ten wieczór i pewnie jeszcze bym tu nie wrócił. Jednak golonka, tak, ta histerycznie powtarzana i upragniona świńska gicz zaciągnie mnie tu chociaż jeszcze jeden, ten jedyny raz…