mali*ciouş

29/10/2007

Lans? Eee..

Filed under: Warszawa,fużyn — maliboo @ 22:00

Nie wiem jak mi wpadło Lanse na placu Konstytucji, a.k.a. MDM, prawie na przeciwko indyjskiej Maharajiy. Chyba trafiłem na jakiś komentarz na warszawa.pogodzinach dotyczący gratisowego piwa do golonki w czwartki. Uprzedzając fakty golonki nie było, podobnie jak i czwartkowej promocji. Zresztą cóże ci to za golonka w miejscu, które jest lansowane szyldem SetPoint – doradztwa żywieniowego. Gdzie tłuszcz i puste kalorie?
Nie wiem skąd wzięła się miejska legenda na temat opinii gay-friendly tej restauracji. Jako prości heterycy nie odczuliśmy tu odmiennego charakteru miejsca. Może właśnie na tym polega sekret? Sztuczne pompowane renomy knajpy jako gejowska restauracja/klub/miejsce jest właśnie tym co dzieli, a nie naturalnie łączy ludzi.

Gdyby nie Marcin, to pewnie cofnęliby nam rezerwacje, bo wyjątkowo musiałem się spóźnić. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Wpadliśmy spóźnieni dobre pół godziny, głodni i spragnieni w związku z czym na stół od razu wjechał Żywiec (7zł za 0.5l i 12zł za 1l), a zaraz za nim cztery razy… przysmak św. Huberta (26zł) w ilości sztuk czterech. Spektrum degustacji zostało więc zawężone do jednego dania niestety. Chyba też dlatego tu jeszcze wrócę na nieodżałowaną golonkę. Jeśli chodzi o zamówione danie, to w menu stoi: „przysmak św. Huberta – polędwiczki wieprzowe w sosie z leśnych grzybów, kopytka majerankowe”. Pk, dostane majerankowe kopytka? Na pewno będzie to ciasto rozrabiane z majerankiem – to dość ciekawa kombinacja. Jakim zaskoczeniem było, obok górki sałaty, trzech zrazów i sosu grzybowego, parę kopytek… posypanych majerankiem. Na wierzchu. Od góry. Nie w środku, ugotowane z wonnym majerankiem. Nie. Posypane, z wysoka tak. Sos i grzybki były ok, mięsko, sałatka niczego sobie, .. pal licho te kopytka. Ale wszystkie jakieś takie bez charakteru. Niestety. Nie zachwyciło mnie jadło na talerzu i nawet kolejny, litrowy kufel piwa nie był w stanie zapełnić pustki rozczarowania. Rozczarowania właśnie. Nie było mi łyso, nie zatkało kakao, po prostu za mało. Szczególnie jak na miejsce, które zwie się typowo lansersko.

I to koniec. Naprawdę. Nie ma nic więcej. Może gdybyśmy wyszli wcześniej to zahaczylibyśmy pobliskiego Szwejka vis-à-vis. Trochę mi za mało było, ale też już więcej bym nie zmieścił, nie za mała, ale też niezbyt obfita z racji dietetycznej otoczki restauracji, porcja wystarczyła mi na ten wieczór. Gdyby nie hektolitry chmielu byłbym w stanie pamiętać dokładnie ten wieczór i pewnie jeszcze bym tu nie wrócił. Jednak golonka, tak, ta histerycznie powtarzana i upragniona świńska gicz zaciągnie mnie tu chociaż jeszcze jeden, ten jedyny raz…

14/10/2007

Barokowo, choć wystrój ubogi

Filed under: Warszawa,swojskie — maliboo @ 18:31

Pomysł na Sarmację przyszedł z linkowanego bloga Kulinarna Warszawa. Niemałą pokusą był banner wywieszony, jak to ostatnio w modzie na ścianie budynku. Pierwszym razem, gdy się tam wybieraliśmy, naszym celem było piwo z wiodącą prym na ulicy Hożej firmie Hint Intermedia. Pokusa w postaci 4zł za szklaneczkę browara była zatem nie do odparcia.
Niestety wypadki losowe, sprawiły, że restauracja Sarmacja musiała poczekać na swoją kolej. Ale co sie odwlecze… Drugie podejście potwierdziło tylko, że jest to miejsce z dobrą karmą.
Piątek to dobry czas na czerpanie radości z życia pod postacią kąpieli tygodniowych radości i topienia smutków w napoju bogów. Stolik wstępnie zamówiony na osiem osób bez trudu pomieścił ich jedenaście. Oczywiście na wjazd poszło zamówienie na żywca(4zł do 18:00) i pyszne śliwki w boczku(7zł), sztuk sześć. Niestety potwierdziło się to, co spotkało mnie za razem pierwszym. Szybkość obsługi wymaga chyba podwyższenia taktowania, albo zarobków, gdyż znów trzeba było czekać wieki. Całe szczęście gratisowy smalec na przeczekanie wjechał dość szybko. Co dziwne, za pierwszym razem go nie dostaliśmy, więc zdziwiłem się, kiedy kura powiedziała, że coś takiego tutaj funkcjonuje. Niestety jakoś mnie nie zachwycił. Przypominał bardziej mieszaninę mięsa ze smalcem z kostki. I to bynajmniej nie przetapianą wcześniej razem. Oczywiście na śliweczkach się nie zawiodłem. Lepsze zdarzyło mi się zjeść w PizzaHut w czasie jakiegoś włoskiego eventu jako antipasti. Chyba najlepiej smakują z chrzanem, który wraz z musztardą i ketchupem jest do nich standardowo podawany. Dobrym wyborem jest też camembert panierowany żurawinami(11zł), porcja naprawdę słuszna, a i sosik przedni.

Muszę przyznać, że dość długo mi się zeszło z wyborem dania głównego. Idealnie trafiona golonka(19zł), która jadłem poprzednim razem okazała się oczywiście trafnym wyborem. Nie chciałem tym razem się potknąć. Z pomocą przyszedł wybór irytki, która wzięła polędwiczkę wieprzową w ostrych ziołach, jak również i miodzie manierowaną marynowaną. Tym razem jednak się wycwaniłem i zamiast ziemniaków z boczkiem zamówiłem te w ziołach(5zł). I tym razem, w przeciwieństwie do pierwszego, dostałem chyba z boczkiem. Nie wiem na czym polega ta gra z wyborami kartofli, ale trzeba robić to odwrotnie niźli menu wskazuje. Sos ziołowy dodawany do strawy nie zachwycał. Dużo lepszym wyborem okazał się sos cebulowo-pieprzowy, który wziąłem do golonki. Nie omieszkałem niecnie wykorzystać znajomych, szamając im kąski karkówki z masłem czosnkowo-serowym(15zł), schaboszczaka z kością(18zł) i kradnąc trochę sosu diabelskiego. Ten ostatni przypominał bardziej łagodne leczo, niż coś co spaliłoby mi kubki smakowe. Ale primero lo primero. Na polędwiczce się nie zawiodłem. Plastry wędzonego boczku, którymi była obłożona, jak dla mnie, mogły być bardziej podsmażone, jednak sama pręga mięsa była wyśmienita. O dziwo, bo nie była nawet średnio wypieczona. Karkówka niczego sobie, ale na piątkowy wieczór dla mnie porcja za mała, chociaż można było dopchać dołączanym groszkiem z marchewką. Schabowy soczysty, jednak póki co nie mogę się przekonać, żeby sobie zamówić to danie w knajpach. Chyba jest za powszednie.

Bliskość stacji metra Dworzec Gdański i przystanku tramwajowego w kierunku Centrum zachęca do odwiedzin. Oczywiście szczęśliwe godziny rzeczywiście sprawiają, że godziny spędzone w Intraco I stają się naprawdę radosne. Szczególnie z każdym kolejnym, dostarczonym promilem.

11/10/2007

Fresh owszem, ale chili to nie za bardzo

Filed under: Warszawa,bliskowschodnie — maliboo @ 22:36

Na początku było Lanse, ale Blondi coś marudziła, że coś, więc wymyśliła Fresh&Chili. Ok, na początku trochę nie chciało mi się jechać do Łodzi na Piotrkowską, ale okazało się, że pod końcówką com.pl kryje się warszawska filia Świeżego i Czili. Nota bene zaraz obok restauracji Samira, która nie wiadomo czemu umiejscowiłem sobie w głowie koło BUWu. Ta libańska knajpa jest już od jakiegoś czasu na mojej to-eat liście. W każdym razie wybór padł na sąsiadów. Jak się okazało na miejscu rezerwacja, której nie dokonaliśmy okazała się zbyteczna. Poniedziałek w tym miejscu to dość martwy termin.

Zadekowaliśmy sie w rogu, niestety tuż obok głośników, więc intymna atmosfera spotkania była trochę zakłócona przez muzykę. Zaraz po dotarciu brakującego gbura zamówiliśmy do paulanera (12, a nie jak piszą na stronie 10zł!) małe panini (6 blach), oraz dwie zupy: z soczewicy z baraniną i firmową fresh & chili z serem (7 i 8zł). Cóż, spodziewałem się czegoś lepszego. Firmowa, wnosząc po nazwie, powinna nieść ze sobą jakąś ostrość, której tu nie poczułem. Może przez to, że było tam więcej sera i brokułów niż papryczek chili? Moja prawie-zupa-krem z soczewicy i baraniny była sycącym kawałkiem strawy, ale również bez charakteru. Gdzie moje chili w tym fresh? W tym samym czasie smutny Radzio wesoło pałaszował shoarmę z kurczaka (14zł). Przyznam, że całkiem ciekawie przyprawioną i po spałaszowaniu mojej kufty (23zł) trochę żałowałem, że nie zamówiłem mniejszej porcji ścinków z kuraka. Balaski mielonego, baraniego mięsa przypominały te z Banjaluki tyle, że były jakoś bidniej doprawione, praktycznie lekko osolone. Może tak powinno być, ale sałatka (21zł) frutti di mare, którą pałaszowała Blon, rozłożyła mnie na łopatki. Kompozycja przypraw, i ilość owoców morza oszałamiały. To naprawdę good shit. Kalmary ciut za twarde, ale naprawdę się czepiam. Ośmiorniczki i małże wyborne. Jeśli reszta sałatek jest tutaj taka jak ta, to warto wybrać się chociażby na nie. Baranina, na którą od sporego czasu mam łaknienie, nie zachwyca. Chyba ostatnia dobrą potrawą z owcy jaką jadłem była jagnięcina z Santorini. Chyba czas mi się wybrać na szaszłyki z capa do Zakopanego.

Nazwa zobowiązuje. W przypadku Fresh&Chili stanowczo brakuje mi tutaj chili. Przyprawy nie mają tego pazura, który byłby w stanie zahaczyć się o zwoje w moim mózgu. Jedyne co zostaje w pamięci to wciągnięta sałatka z morskim robactwem (mniam!). Wszędobylskie shishe jakoś wymsknęły się z okładek menu. Nie widziałem tam nigdzie możliwości zamówienia sobie wodnej fajurki. Oprócz funkcji dekoracyjnych po prostu się kurzyły. Szkoda, byłby to jakiś magnes, który przyciągnąłby mnie tu raz jeszcze. Szczególnie po zapodaniu kokosowego, lub truskawkowego tytoniu. Tymczasem wolę skoczyć chociażby do Sarmacji i nawet darmowe ¿arabskie? MP3, które krzepcio dostał przez pomyłkę po bluetoothcie od bliskowschodnich klientów nie są w stanie mnie przekonać do szybkie, ponownej wizyty.

Odkuliśmy sobie za to, kolejny raz w Wooku, tym razem wieprzowiną z wodnymi kasztanami. Znów przekonuję się do tego, że to naprawdę dobra miejscówka na afterparty po wypadach.

03/10/2007

Czaru Maru. Siedem zgrzytów głównych

Filed under: Wrocław,japońskie — maliboo @ 23:06

Przyznam się, że kusiła mnie Sakana we Wrocławiu. Po warszawskiej legendzie i sławie jaką ma ta suszernia warto by było sprawdzić wrocławską filię. Jednak, jak się okazało po dotarciu na Odrzańską bar jest zaprojektowany jako typowy sushi-bar z krzesełkami przy kontuarze, bez osobnych stolików. To nam średnio pasowało, zatem wybór padł na Maru, na Rynku.
Zdjęcia w menu na ich stronie zachęcały. A na samo wspomnienie surówki z rzepy maczanej w sosie sojowym ślinka cieknie. Szybki spacerek przez Odrzańską z zaliczeniem zwierząt rzeźnych i jesteśmy na miejscu. Knajpa była trochę pustawa, ale też pora jaką był poniedziałek po trzeciej nie sprzyjała tłumom. Za to udało nam sie wbić w lunch-time porę na zestawy sushi. Szybki wybór i zaraz po czekadełkowych sałatkach na stole ląduje zestaw maki/sushi/sashimi z miso i dwoma kolejnymi sałatkami (45zł). Do tego herbata (wszytkie po 8zł) i leszek (7zł). Strasznie smakowała mi sałatka z zielonego czegoś (szpinak?) z dodatkiem czosnku i ziaren sezamu. Chociaż Kasi przypadła do gustu inna, z kapusty, kiełków i marchewki, polana sosem sojowym podawana do zestawu. W sumie zjedliśmy cztery sałatki, z czego czwarta kompletnie wyleciała mi z głowy, a trzecia została tam tylko przez swoją ostrość. Zaraz po zjedzeniu wylądowała miso i tu kolejny zgrzyt, po pierwszym jakim były zwykłe talerze podane do pałaszowania sushi. Miso jaką mi podano była w plastikowym naczynku. Trzeci zgrzyt, do jedzenia podana była zwykła, aluminiowa łyżka. Doh! Jakby powiedział Homer Simpson. Czwarty zgrzyt: miseczka jest mała, piąty moja miso shiru nie jest nawet dość ciepła. Wciągnąłem ją błyskawicznie coby się zupełnie nie wychłodziła i przeszliśmy do podanego zestawu.
Na początku zaskoczyło nas blade wasabi. Spodziewałem się jakiegoś mieszanka z chrzanem, ale pierwszy kęs i zaskoczenie: jedna z mocniejszych past jakie jadłem! Z pierwszym kęsem surowej ryby przyszedł również szósty zgrzyt. Ryż był za bardzo rozgotowany. Kleił się do talerzyka na którym został podany. Wodorosty w jakie były zawinięte maki lekko żujliwe. Mimo tego, ze trochę nam się czekało na zestaw, ten wydawał się lekko zleżały. Ryba położona na kawałkach sushi była pokrojona dość grubo (zgrzyt siódmy). Ok, widzę, że nie żałują, ale każde jedzenie ma swoją odpowiednią grubość krojenia. Centymetrowe plastry najlepszej szynki nie smakują najlepiej. Więc nawet gdy ktoś przygotuje mi hojne kanapki z szynko szwarcwaldzko pokrojoną grubość na 3mm nie będę zachwycony… Łosoś wypadł blado, zarówno w przenośni, jak i kolorach. Jestem przyzwyczajony do dość jaskrawego koloru jego mięsa, a ten tutaj wyglądał na najwyżej bladą, bałtycką odmianę. To samo odnośnie sashimi w jednym rodzaju rybiego mięsa. To co zostało nam podane wyglądało trochę na maślaną, ale ciemne wstawki sugerowałyby jej mniej szlachetny rodowód. Grube plasterki z porcją wasabi, zamoczone w kikkomanie były jednak do przełknięcia. Kawałki sushi z tuńczykiem lekko zrehabilitowały niesmak jaki pozostał po wszamaniu łososia. Kolejna rehabilitacja przyszła po wszamaniu california maki (jednak nie w tym większym rozmiarze!) z tobiko. Całość radości była jednak nadal stłumiona rozgotowanym ryżem. Definitywnie nie jest to miejsce ani na pierwszą, ani na każdą kolejną przygodę z sushi. Można się zrazić mimo dość smacznych california maki w pomarańczowej ikrze.

Po przygodzie z miso, sushi i zimną wodą w łazience, wiedząc, że już raczej tu nie wrócę ostatni wybór padł na kurczaka teriyaki. Porcja jaką nam podano (28zł) była spora. Jednak Kasia po ostatniej przygodzie z teriyaki spasowała po pierwszym kęsie. Kurczak przyzwoity, chociaż mając na względzie szybkość przygotowywania potraw w orientalnych kuchniach, nie był jakoś optymalnie dosmażony, potrzymałbym go jeszcze trochę dłużej.

Całokształt wizyty we wrocławskim Maru nie przekonuje mnie do ponownych odwiedzin. Może brak orientalnego kucharza, brak cen na ich stronie, a na pewno cała reszta niedociągnięć w postaci siedmiu zgrzytów głównych nie przekonuje mnie do kolejnych odwiedzin. Jedno wiem na pewno: skuszę się tym razem na Sakanę, albo trochę oddalony od Rynku Kyoto Bar. Tam na pewno poczuję się jak w Niebie ;-)

Powered by WordPress