W fabrycznych okolicach Woli, w tylnich czeluściach CH Dżapiter, skryła się restauracja w której czas płynie trochę wolniej, niż w całej Warszawie. Z racji, że trzeba było gdzieś pójść, Wiejska Chata była w pobliżu i już od jakiegoś czasu intrygowała mnie swoją obecnością, podobnie jak i jej piwne parasole przed budynkiem.
Pomieszczenie jakoś nie powala na kolana, chociaż trzeba przyznać, że wystrój dobrze wyizolował restauracje od reszty sklepów. Może to, że był poniedziałek, a może taki urok tego miejsca, ale klientela niezbyt dopisywała tego dnia. Leniwości klimatu dopełniali kelnerzy. Obsługa zdaje się tu żyć własnym, wolniejszym czasem niż reszta świata. Wchodząc zauważyłem na jednym ze stołów smalczyk. Oczywiście w głowie od razu zapaliła mi się chciejska lampka. I to nie dlatego, że miałem jakiegoś specjalnego smaka, ale ze względu na sposób podania. Niczym żurek, czy inny gulasz, smalec jest tu podawany w chlebie. A raczej w malym, kwadratowym chlebku żytnim. Samo „naczynie” raczej nie nadaje sie do jedzenia z racji lekkiego podsuszenia, ale sposób podania jak i koszt (free as in beer) – bardzo dobry. Samo mazidło również niczego sobie, duże, chociaż za miękkie skwarki, tylko chleba do smarowania trochę za mało.
Nie byłbym sobą i nie byłoby tego wpisu, gdybym jednak nie zamówił czegoś solidniejszego do jedzenia. Oczywiście okazało się, że właścicielowi trochę się zapomniało o zaktualizowaniu cen w menu na stronie, więc te, które nas zastały, były jakieś 10-15% wyższe. Jak zwykle, nad wyborem spędziłem trochę czasu, aż stanęło na schabie po cygańsku. Oczywiście zanim na stół wjechały schaby: po staropolsku i mój, swoje odczekać musieliśmy. Ja rozumiem, że pieczone ziemniaki wymagają czasu, ale natężenie ruchu w tym dniu nie było adekwatne w stosunku do czasu oczekiwania. Porcje jakie wjechały na stół do małych nie należały. Może to tęsknota za karotenem, ale gotowana marchewka przypadła mi do gustu, w przeciwieństwie do wyblakłego brokuła. Jeśli był blanszowany, to na pewno zgodnie z lokalnym upływem czasu: czyli trochę za długo. Schab przetykany wędliną do jakichś ultrawypasów nie należał. A całość pozostawiła po sobie jakiś taki lekki smaczek stołówkowego jedzenia.
Gdyby nie smalec i ostatnia przygoda na Podwalu, kiedy to dostaliśmy zamiast smalcu jakąś totalną pomyłkę, która bardziej przypominała kostkę kupnego smalcu zmieszaną z przypaloną twardą skórą z wieprza, to pewnie już bym tu nie zawitał. A tak, trochę się łamię, ale żeby tam wrócić to naprawdę będę musiał desperacko łaknąć świńskiego łoju.
Chlebek w którym podają smalczyk jest na pewno wielokrotnego użytku
:D:D :>
smacznego
bleeeeeeeeeeeeeeeeeeeee
Comment by Kasia — 15/07/2007 @ 22:36