Dobra, kiedyś musiało to nastąpić. Pierwsza większa wtopa i akurat na chinolu. Ok, może nie takim tradycyjnym w budzie, jak za czasów poli z kaktusem i fabim, ale coś na obecny wiek. W trakcie wyboru byłem rozbity między Wooka i China Town przy Jerozolimskich 87. Pamiętam ze słyszenia, ze knajpa spod Mariotta lubi raczyć glutaminianem, ale taki urok skośnego żarcia i mnie to zbytnio nie przeszkadza. Dlatego wybór padł na opcję drugą.
Pierwsze co się rzuca w oczy to klientela. Ok, może generalizuję, ale przynajmniej w Dniu Nawiedzenia Mojego autochtoni byli w mniejszości. Pierwsza myśl: w pytkę! Skoro w chińskiej restauracji, z właścicielem chińczykiem stołują się chińczycy: na pewno można liczyć na tradycyjnie przyrządzone chińskie dania.
Zatem grzechem byłoby nie zamówić tradycyjnego chińskiego żywca (jakiś dziwny za te siedem blach), a do niego Man-Tou (8zł) i zupę z bambusem i grzybami mun (spoko za 6). Jeśli chodzi o buły to ich faktura i konsystencja ciasta sugerowały odgrzewanie w mikrofalówce wcześniej przygotowanego knedla. Były zbyt gumowate, aczkolwiek zjadliwe. Szczególnie mięsny klopsik w środku. Odkryciem za to był sos podany do nich. Do zupy dostaliśmy sos sojowy i jakiś drugi: właśnie Moje Objawienie. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć jaki to był sos: być może ostrygowy, ale głowy nie dam. Jako dodatek do bułeczek był wspaniały, z resztą nie tylko. Cały czas się łamię między sosem, a octem, bo wydaje mi się, że tak o nim wyraziła się pani kelnerka.
Zupa jak dla mnie była za mało wyrazista, ale skropienie jej odrobiną sosu sojowego dodało jej dżąder. Niestety skropić jej Moim Objawieniem dane mi nie było, bo Kasi, która wciągała zupkę, wyjątkowo nie podpasował. Odbiłem to sobie na gwoździu programu, a zarazem gwoździu do trumny: kalmarach smażonych w stylu sechuan (na ostro). Kalmary chodzą chodziły za mną od paru tygodni. Ok, były ostre, były w stylu seczułan, miały małe suszone, przysmażone papryczki chili, ale na litość boską, kalmary nie mogą być gumowato-łykowate. Trzeba mi było skonstatować wcześniej, gdy z trzewi kuchni wyłonił się człowiek w stroju kucharza o rysach wyjątkowo europejskich: to on jest zapewne tym, który popełnił to seppuku na biednych głowonogach. A przecież na woku można i szybko i smacznie. Dla kalmarów ważne jest wszakże to pierwsze (pomijam drugą opcję: dość długo na ogniu). Aż żal było patrzeć na szczerą porcję (35zł), smacznie pokrojone w pióropusze ciałka, na warzywa pływające w sosie teriyaki. Żuło się to trochę jak gumę, wzorem pań z Hożej. Kasia spasowała, ja dokończyłem z racji wyższej tolerancji na żucie (no co, lubię flaczki babci Lusi), przy okazji płacząc i pąsowiejąc pod przeżutą papryczkę. Nota bene zwróciłem tym swoją uwagę pana syna gościa, który wpadł na obiad w postaci skrzydełek kurczaka i na swatanie kelnerek („My son (…) he’s smart”). Nie darowałem sobie jednak nie podlania wszystkiego Sosikiem Objawionym: tak przyprawiona całość okazała się mimo wszystko zjadliwa.
Chciałbym powiedzieć, że moja noga więcej tu nie postanie. Ale parcie na sosik tkwi we mnie głęboko i gdy zawitam tu znów to głównie/tylko po to by dowiedzieć się dokładnie co mi podano w butelce. Chyba, że wcześniej sam odkryje w jakimś markecie. Do ponownych odwiedzin, pomijając nieszczęsne kalmary zniechęca mnie dość selektywno-leniwa obsługa. Wyższy priorytet miała grupa zorganizowana Ale to jestem w stanie przełknąć – wiadomo, klient zorganizowany i klient stały priorytet wyższy mają. Ale dość długie czekanie na rachunek jakoś mnie zniechęca…
Tak więc pierwszy, oficjalny blah! badge goes to… China Town!
[...] wybór padł na kurczaka teriyaki. Porcja jaką nam podano (28zł) była spora. Jednak Kasia po ostatniej przygodzie z teriyaki spasowała po pierwszym kęsie. Kurczak przyzwoity, chociaż mając na względzie [...]
Pingback by mali*ciouş blog kulinarny » Czaru Maru. Siedem zgrzytów głównych, recenzje, restauracje, knajpy, jedzenie i piwo oczywiście ;-) — 03/10/2007 @ 23:06