Jeśli chodzi o burgery, te z duszą, nie z maka, czy bergerkinga (jeszcze nie otwartego, ale już wkrótce w Złotych Tarasach) – to w stolycy znam trzy miejsca. Dwa pierwsze, ciągle pending, to Jeff’s oczywiście Jarczyńskiego i Amigos po drodze do fabryki. Trzecie to „legendarne” Hard Rock Cafe. Otwarte w zzieleniałej spuściźnie po Piskorskim, na tyłach Dworca Centralnego.
Początkowo miała być to wyprawa do Małej Serbii, na która ostrze sobie zęby już od dłuższego czasu. Z racji, że pora była nie ta a znajomość numeracji Emilii Plater jakoś u mnie nie jest na pierwszy miejscu po drodze z Czerwonego Pic-Nic’a było akurat do HRC. Nie ta pora przysłużyła się jednak obfitości wolnego miejsca, co jednak nie oszczedziło nam wyproszenia z mięciutkich kanap. Upatrzyliśmy sobie akurat taką miłą miejscóweczkę pod gitarami Cockera i Davida Bowie. Niestety miła pani menago kazała nam sobie stamtąd pospieprzesiąść się na skutek rezerwuaracji:( Nic to, zdrowie bananowej młodzieży, która jej dokonała i fetowała nawiedzenie „legendarnej” kawiarni kolejnymi porcjami sałat, frytek i burgerów (viva Victoria na koniec żarcia). Niestety dane nam było usiąść przy regularnym stoliku z twardym stolcem pod zadkiem. Za to przy stroju Eltona i kotarze, która z pewnością chroniła dostępu do sali VIPów. Założę się, że zanim tam zajrzeliśmy, siedzieli tam Krzychu Krawczyk do spółki z imiennikiem Cugowskim. Co udowodnił finalny entrance zapomnianego, być może z powodu gabarytów, Krzysztofa Kasowskiego, znanego ze współpracy z Piaskiem i Fanki Fajlonem. K.A.S.A. jednak, być może z racji wypłowiałej już sławy, został usadzony dzieś tam w środku sali dla „zwykłego” pospólstwa.
Z racji, że ceny juz znałem wcześniej, te nie zaskoczyły mnie jakoś. Cóż 13zł za dużego Paulanera, nawet jak na Warszawę niską ceną nie jest. Podobnie z małym bronksem po 8zł. Koniec narzekania. To co należy zaliczyć in plus, to keczap Heinza do dań i drinki na zamówienie. No dobra, to drugie powinno być w każdej szanującej się knajpie. Tym sposobem na naszym stole wylądowały białe ruski policzone jako wóda i mleko+kahlúa (ca. 20zł). Lód był na pewno „on the house” ;>. Dobry weizen pod mięso wydaje się rzeczą niezbędna. I bliźniaczo zapodano nam Legendary 10 oz. Burger czyli Słynny na całym świecie: 10 uncji (280g), świeżej, delikatnie przyprawionej wołowiny Angus®, do tego chrupiący bekon, dwa plasterki sera i smażone Onion Rings. Mimo pierwszego wrażenia: nie jest za duży, kanapka daje miłe uczucie sytości. Ok, można i należy tego oczekiwać za 35zł sztuka. Dla tych, którzy przywykli do suchego mak-wióra będzie to nielada odkrycie. Soczyste mięso, smażone „na zamówienie”, chociaż tu bym się spierał. Mój burger miał być dobrze wysmażony i takiego przypominał. Natomiast mięso zena miało być wysmażone średnio. A skoro nie widać różnicy… Natomiast frytki to osobna historia. Wydaje mi się, że były czymś delikatnie doprawione (Kasia oponowała) i wysmażone zgodnie z kanonami preparacji kartofli ziemniaków.
Mimo takiego wypasu i tłuszczowo-białkowej orgii zapakowanej w węglowodanowe, podpieczone okładki gdzieś w głębi coś szeptało mi, że nie jest do do końca Fair Trade. Ciut za mało frytek, brak jakiejś sałatki… Ale za ląns cza płacić.
Jeśli chodzi o stałość miejscówki: to chyba szkoda mi kasy, ze względu na ceny bro. Niestety to towar wymagany do rozbudowania klimatu miejsca. Jakoś się tam nie odnajduję. I bynajmniej nie chodzi mi o klasykę rocka puszczaną w tle. Raczej o to, że wszystkie te legendarne gadżety wpompowane są bardziej z powodu licencji i legendy legendarnej HRC, niźli fajnego klimatu. Czuję się tam bardziej jak w muzeum na Wawelu (NIE DOTYKAĆ HARABALDY!), niż w klimatycznej knajpie z rokową duszą. Ale chciałbym tu jeszcze wpaść na Blackened Chicken Pasta, czy coś z ichniej „osławionej”, bo „największej w Warszawie” wędzarni i wytworów jej trzewi w postaci kurczaka Hickory Smoked Chicken czy żeberek Hickory Smoked Back Ribs. Co by nie mówić, Król na pewno nogi swej tu nie postawi.

[...] oczekiwałem. Na pewno był smaczniejszy niż ten z Jeffsa, jednak nie umywał się do kanapki z Hard Rock Cafe. Przykre było też to, że nasza kelnerka nie raczyła nawet spytać jakie mięso sobie życzymy. [...]
Pingback by mali*ciouş blog kulinarny » Yeah, here come the rooster, opinie, recenzje, restauracje, knajpy, jedzenie i piwo oczywiście ;-) — 11/05/2008 @ 13:03