Dodałem do linków PornoKaszankę. Blog z kategorii pornfood, czyli nad wyraz efektownym fotografowaniu jedzenia. Nie przeglądać na głodnego!
| www.flickr.com |
Dodałem do linków PornoKaszankę. Blog z kategorii pornfood, czyli nad wyraz efektownym fotografowaniu jedzenia. Nie przeglądać na głodnego!
| www.flickr.com |
Jeśli jedzenie jest odpowiednikiem seksu, to z pewnością fastfoody są odpowiednikiem masturbacji. Ale kto w młodości nie wcinał hamburgerów? Czy chociażby frytek na wakacjach w Augustowie? Takich posypywanych z solą ze słoiczka z podziurawionym denkiem podziurawioną pokrywką. No i na obowiązkowym kartonikowym “talerzyku”.
Czasy się zmieniły, budy z zapiekankami zniknęły z ulic (nawet ta przy Halach Banacha z najlepszymi zapieksami i jeśli dobrze zauważyłem zniknęła również jedna z ostatnich bud Dania Fastfood przy dworcu Zachodnim z bułkami Skogi), a takie jedzenie dostało nazwę fastfood i etykietkę “złego żarcia”. Oczywiście, jeśli komuś się podoba, może wcinać wasę i kiełki na okrągło, ale “czasami człowiek musi, inaczej sie udusi”. Dlatego czasem odwiedzi mi się maka, jakąś sieć pizzeri, czy wciągnie kebaba na mieście. Osobiście nie widzę wielkiej różnicy między dobrym jakościowo kebabem, a naszym smażonym schabem. Na korzyść tego pierwszego przemawia to, że jest w nim proporcjonalnie wiecej warzyw, niż w tradycyjnym zestawie: ziemniaki-schabowy-surówka. Oczywiście pomijam tu fakt, że w znakomitej większości kebabowni skrojone mięso leży w tłuszczu, miast być skrawanym bezpośrednio na bułę…
Zatem na pewno zdarzy mi się nie raz tu opisać nowe kanapki w maku, czy wizytę w zmartwychstałym Burger Kingu franczyzowanym przez AmRest. Swoją drogą muszę wpaść do ich Rodeo Drive we Wrocławiu. A spełnieniem moich junkfoodowych, perwersyjnych marzeń byłby powrót Taco Bell. Najlepiej tam gdzie był: czyli w Śródmieściu za Rotundą – tam gdzie teraz jest Pizza Hut.
Wszakże żal umierać zdrowym
Dobra, kiedyś musiało to nastąpić. Pierwsza większa wtopa i akurat na chinolu. Ok, może nie takim tradycyjnym w budzie, jak za czasów poli z kaktusem i fabim, ale coś na obecny wiek. W trakcie wyboru byłem rozbity między Wooka i China Town przy Jerozolimskich 87. Pamiętam ze słyszenia, ze knajpa spod Mariotta lubi raczyć glutaminianem, ale taki urok skośnego żarcia i mnie to zbytnio nie przeszkadza. Dlatego wybór padł na opcję drugą.
Pierwsze co się rzuca w oczy to klientela. Ok, może generalizuję, ale przynajmniej w Dniu Nawiedzenia Mojego autochtoni byli w mniejszości. Pierwsza myśl: w pytkę! Skoro w chińskiej restauracji, z właścicielem chińczykiem stołują się chińczycy: na pewno można liczyć na tradycyjnie przyrządzone chińskie dania.
Zatem grzechem byłoby nie zamówić tradycyjnego chińskiego żywca (jakiś dziwny za te siedem blach), a do niego Man-Tou (8zł) i zupę z bambusem i grzybami mun (spoko za 6). Jeśli chodzi o buły to ich faktura i konsystencja ciasta sugerowały odgrzewanie w mikrofalówce wcześniej przygotowanego knedla. Były zbyt gumowate, aczkolwiek zjadliwe. Szczególnie mięsny klopsik w środku. Odkryciem za to był sos podany do nich. Do zupy dostaliśmy sos sojowy i jakiś drugi: właśnie Moje Objawienie. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć jaki to był sos: być może ostrygowy, ale głowy nie dam. Jako dodatek do bułeczek był wspaniały, z resztą nie tylko. Cały czas się łamię między sosem, a octem, bo wydaje mi się, że tak o nim wyraziła się pani kelnerka.
Zupa jak dla mnie była za mało wyrazista, ale skropienie jej odrobiną sosu sojowego dodało jej dżąder. Niestety skropić jej Moim Objawieniem dane mi nie było, bo Kasi, która wciągała zupkę, wyjątkowo nie podpasował. Odbiłem to sobie na gwoździu programu, a zarazem gwoździu do trumny: kalmarach smażonych w stylu sechuan (na ostro). Kalmary chodzą chodziły za mną od paru tygodni. Ok, były ostre, były w stylu seczułan, miały małe suszone, przysmażone papryczki chili, ale na litość boską, kalmary nie mogą być gumowato-łykowate. Trzeba mi było skonstatować wcześniej, gdy z trzewi kuchni wyłonił się człowiek w stroju kucharza o rysach wyjątkowo europejskich: to on jest zapewne tym, który popełnił to seppuku na biednych głowonogach. A przecież na woku można i szybko i smacznie. Dla kalmarów ważne jest wszakże to pierwsze (pomijam drugą opcję: dość długo na ogniu). Aż żal było patrzeć na szczerą porcję (35zł), smacznie pokrojone w pióropusze ciałka, na warzywa pływające w sosie teriyaki. Żuło się to trochę jak gumę, wzorem pań z Hożej. Kasia spasowała, ja dokończyłem z racji wyższej tolerancji na żucie (no co, lubię flaczki babci Lusi), przy okazji płacząc i pąsowiejąc pod przeżutą papryczkę. Nota bene zwróciłem tym swoją uwagę pana syna gościa, który wpadł na obiad w postaci skrzydełek kurczaka i na swatanie kelnerek (“My son (…) he’s smart”). Nie darowałem sobie jednak nie podlania wszystkiego Sosikiem Objawionym: tak przyprawiona całość okazała się mimo wszystko zjadliwa.
Chciałbym powiedzieć, że moja noga więcej tu nie postanie. Ale parcie na sosik tkwi we mnie głęboko i gdy zawitam tu znów to głównie/tylko po to by dowiedzieć się dokładnie co mi podano w butelce. Chyba, że wcześniej sam odkryje w jakimś markecie. Do ponownych odwiedzin, pomijając nieszczęsne kalmary zniechęca mnie dość selektywno-leniwa obsługa. Wyższy priorytet miała grupa zorganizowana Ale to jestem w stanie przełknąć – wiadomo, klient zorganizowany i klient stały priorytet wyższy mają. Ale dość długie czekanie na rachunek jakoś mnie zniechęca…
Tak więc pierwszy, oficjalny blah! badge goes to… China Town!
Jeśli chodzi o burgery, te z duszą, nie z maka, czy bergerkinga (jeszcze nie otwartego, ale już wkrótce w Złotych Tarasach) – to w stolycy znam trzy miejsca. Dwa pierwsze, ciągle pending, to Jeff’s oczywiście Jarczyńskiego i Amigos po drodze do fabryki. Trzecie to “legendarne” Hard Rock Cafe. Otwarte w zzieleniałej spuściźnie po Piskorskim, na tyłach Dworca Centralnego.
Początkowo miała być to wyprawa do Małej Serbii, na która ostrze sobie zęby już od dłuższego czasu. Z racji, że pora była nie ta a znajomość numeracji Emilii Plater jakoś u mnie nie jest na pierwszy miejscu po drodze z Czerwonego Pic-Nic’a było akurat do HRC. Nie ta pora przysłużyła się jednak obfitości wolnego miejsca, co jednak nie oszczedziło nam wyproszenia z mięciutkich kanap. Upatrzyliśmy sobie akurat taką miłą miejscóweczkę pod gitarami Cockera i Davida Bowie. Niestety miła pani menago kazała nam sobie stamtąd pospieprzesiąść się na skutek rezerwuaracji:( Nic to, zdrowie bananowej młodzieży, która jej dokonała i fetowała nawiedzenie “legendarnej” kawiarni kolejnymi porcjami sałat, frytek i burgerów (viva Victoria na koniec żarcia). Niestety dane nam było usiąść przy regularnym stoliku z twardym stolcem pod zadkiem. Za to przy stroju Eltona i kotarze, która z pewnością chroniła dostępu do sali VIPów. Założę się, że zanim tam zajrzeliśmy, siedzieli tam Krzychu Krawczyk do spółki z imiennikiem Cugowskim. Co udowodnił finalny entrance zapomnianego, być może z powodu gabarytów, Krzysztofa Kasowskiego, znanego ze współpracy z Piaskiem i Fanki Fajlonem. K.A.S.A. jednak, być może z racji wypłowiałej już sławy, został usadzony dzieś tam w środku sali dla “zwykłego” pospólstwa.
Z racji, że ceny juz znałem wcześniej, te nie zaskoczyły mnie jakoś. Cóż 13zł za dużego Paulanera, nawet jak na Warszawę niską ceną nie jest. Podobnie z małym bronksem po 8zł. Koniec narzekania. To co należy zaliczyć in plus, to keczap Heinza do dań i drinki na zamówienie. No dobra, to drugie powinno być w każdej szanującej się knajpie. Tym sposobem na naszym stole wylądowały białe ruski policzone jako wóda i mleko+kahlúa (ca. 20zł). Lód był na pewno “on the house” ;>. Dobry weizen pod mięso wydaje się rzeczą niezbędna. I bliźniaczo zapodano nam Legendary 10 oz. Burger czyli Słynny na całym świecie: 10 uncji (280g), świeżej, delikatnie przyprawionej wołowiny Angus®, do tego chrupiący bekon, dwa plasterki sera i smażone Onion Rings. Mimo pierwszego wrażenia: nie jest za duży, kanapka daje miłe uczucie sytości. Ok, można i należy tego oczekiwać za 35zł sztuka. Dla tych, którzy przywykli do suchego mak-wióra będzie to nielada odkrycie. Soczyste mięso, smażone “na zamówienie”, chociaż tu bym się spierał. Mój burger miał być dobrze wysmażony i takiego przypominał. Natomiast mięso zena miało być wysmażone średnio. A skoro nie widać różnicy… Natomiast frytki to osobna historia. Wydaje mi się, że były czymś delikatnie doprawione (Kasia oponowała) i wysmażone zgodnie z kanonami preparacji kartofli ziemniaków.
Mimo takiego wypasu i tłuszczowo-białkowej orgii zapakowanej w węglowodanowe, podpieczone okładki gdzieś w głębi coś szeptało mi, że nie jest do do końca Fair Trade. Ciut za mało frytek, brak jakiejś sałatki… Ale za ląns cza płacić.
Jeśli chodzi o stałość miejscówki: to chyba szkoda mi kasy, ze względu na ceny bro. Niestety to towar wymagany do rozbudowania klimatu miejsca. Jakoś się tam nie odnajduję. I bynajmniej nie chodzi mi o klasykę rocka puszczaną w tle. Raczej o to, że wszystkie te legendarne gadżety wpompowane są bardziej z powodu licencji i legendy legendarnej HRC, niźli fajnego klimatu. Czuję się tam bardziej jak w muzeum na Wawelu (NIE DOTYKAĆ HARABALDY!), niż w klimatycznej knajpie z rokową duszą. Ale chciałbym tu jeszcze wpaść na Blackened Chicken Pasta, czy coś z ichniej “osławionej”, bo “największej w Warszawie” wędzarni i wytworów jej trzewi w postaci kurczaka Hickory Smoked Chicken czy żeberek Hickory Smoked Back Ribs. Co by nie mówić, Król na pewno nogi swej tu nie postawi.
Ta strona jest oparta na WordPressie