mali*ciouş

15/04/2007

Ceprownia, prawie jak na Podhalu

Zaszufladkowany do: Warszawa, swojskie — maliboo @ 21:15

13042007(001)Z racji, że piątkowe Arse już nam się trochę przejadłopiło trzeba było poszukać czegoś nowego. Wiadomo, że każdy lubi zmiany. Wyznaczyłem sobie cel: bronx za 5-6zł. W Warszawie to coraz rzadsze, więc mechanizm ambicji został uruchomiony. Mimo tego, że Kura stwierdziła, że cena na poziomi 6-7zł też będzie skopo. Znalazło się. Ceprownia – lokal świeżym jeszcze drewnem pachnący. Klientela wynika z okolicy: jest dość uniwersytecko. Zaskoczył mnie trochę rozmiar: knajpa duża nie jest, jednak wysokość lokalu umożliwiła dorobienie antresoli. Jak na piątek nie było tłumów. Możliwe, że wynika to z obecnego remontu Nowego Światu/Krakowskiego. A może dlatego, że i loko chyba dość nowe, bo ze swoich wycieczek do Browarmii jakoś go nie kojarzę.

Dość nudnego wstępu. Czas przejść do clue: czyli żarcia, obsługi i klimatu. Po wparowaniu dostaliśmy menu, którego przedsmak miałem okazje przestudiować już via mail. Nic oprócz ceny piwa(6zł Król, 16 zban 1.5l) piwa mnie w nim nie powaliło. Na ętres zamiast smalcu wybrałem pierogi z bryndzą (16zł) na pół z maczkami. I… pierwsza bryndza. Pierogi z wody, chociaż jak dla mnie, proszą się o przysmażenie, cebula tylko lekko zeszklona. Ok, jako rasowy ceper może pojęcia o górolskim jedzeniu nie mam, ale cebulka prosiła się o podsmażenie. Wielkością, ani ilością nadzienia też mnie nie powaliły. Do tego ósemka pomidora i listek sałaty. Jak w barze mlecznym, tyle, że za szesnaście blach. Całe szczęście symultanicznie dane mi było spróbować tutejszej odmiany placka po zbójnicku i naleśników z kurczakiem und szpinakiem. W placku ewidentnie brakowało czegoś roślinnego. W moim słowniku istnieje rozróżnienie: po węgiersku to ten z papryką, ale aż prosiło się tu o pieczarki i gęsta śmietanę na wierzchu wcale-nie-tak-dużej porcji. Ziemniaki, gulasz, ta sama sałata i siostrzana ósemka pomidora. Naleśnik również mnie nie zachwycił, nadzienie poprawne, jednak z ciastem było coś nie tak. Trochę jakby i słodkie i te z niedeserowym nadzieniem były robione z tego samego ciasta. Po tym co czytałem w komentarzu redakcji na gastronautach “Bardzo duże porcje” nastawiłem się na porcje większe. Dużo większe. Tu nie zaskoczyły mnie już frytki. Porcja (5zł) była całkiem pokaźna, chociaż keczap wyglądał na tani… Od razu na myśl narzuca się domyślny target: piwo za 6zł i frytki: to zjedzą studenci, za resztę zapłacą nie-stali bywalcy.

Po paru kolejnych królach przyszła pora na golonkę, muszę przyznać, że łamałem się miedzy świńską giczą, a karkówką z grilla. Wybór padł na golonę (19zł) i pieczone ziemniaki (5zł). Minus oczywiście za obowiązek domawiania zapychacza do głównego dania. Będę się powtarzał do usranej śmierci, że w cenę głównego dania zawsze powinien być wliczany komplet dodatków: sałata + zapychacz. Mięso, które wjechało na talerzu nie-amatorów golonki raczej mogło zgorszyć. Mimo iż pieczona w piwie – skórka miekką pozostała. Lekko szara skórka apetytu jej nie przydawała. Domowy, rózowy, peklowany homebrew jest apetyczniejszy. Jednak już sam smak mięsa rekompensował niezbyt apetyczny wygląd. Nie za tłusta, miękka, wyraźnie sprawiła przyjemność memu podniebieniu. Co prawda raczej daleko jej do standardu wyznaczonego przez karmelową z Wieprza, czy tę z Podwala, ale zła nie była. Za gwiazdę wieczoru uznałbym grilowane cycki maczka. Filet był smakowicie doprawiony i soczysty. Naprawdę miłe zaskoczenie, jak na tak dość pospolite, knajpiane danie.

Do pełni szczęścia brakowało mi degustacji smalcu, sałaty HJujhasa i deski “Ceprowni”. Jednak 24zł za sałatę z oscypkiem i boczkiem uważam za zdrową przesad. Podobnie deska… Z chęcią zobaczyłbym ją najpierw u kogoś na stole, bo jak na deskę mięs na dwie osoby to cena dość wygórowana na tle konkurencji.
Brakuje mi tu jakiegoś bardziej zdecydowanego charakteru. Psebrane kelnerecki, drewniane stolicki, solnicki i meni stylizowane na bacoskie jadło nie wystarcy pankocku hej!

Wszystko dobre, co się dobrze kończy i miejscówke opuścić musieliśmy o 23. Akurat zaraz po mojej SKMce i na godzinę przed kolejną. Coraz ciniej w naszym mazowieckim padole o knajpy “do ostatniego gościa”. Tak sądze po ostatnim złażeniu połowy Traktu Królewskiego. Chyba czas spieprzać na, lub brać przykład Rynku zDolnego Śląska. Mimo to, pani kelnerka okazała się miłą i uczynną osóbką, wyrozumiałą dla naszych pijackich ekscesów ;-) . Jak obsługa to i rachunek. I tu znów muszę chcę się doczepić do tzw. “serwisu doliczanego do rachunku powyżej sześciu osób”. Ja nie wiem kto odwiedza warszawskie jadłodajnie, ale chyba jakieś wyjątkowe buraki, które nie potrafią docenić dobrej obsługi przynajmniej 10% napiwkiem.

12/04/2007

Hiszpański dzień z_dolnego Śląska

Zaszufladkowany do: Wrocław, hiszpańskie — maliboo @ 21:50

Wtorek po Lanym Poniedziałku miał być lajcikowym dniem z Labiryntem Fauna i czymś z owocami morza po filmie. Już miałem pisać SMSa do Blondi w sprawie tego gdzie we Wrocku znależć knajpę co wypieści nas kalmarami, krewetkami i innym morskim robactwem. Jednak tuż przed wejsciem do Heliosa zauważyłem coś, co do tej pory było albo skryte przed oczętami memi ślicznemi, albo nowowyrosło.

Taberna Flamenca de CamaronTaberna Flamenca de Camaron, Ruska 19Taberna Flamenca de Camaron

Zapobiegliwie, aczkolwiek, jak się okazało, niekoniecznie przed seansem zrobiliśmy rezerwuarację na pięterku. Na dole waliło trochę piwniczną stęchnizna spod poziomu Odry. Mnie osobiście to nie przeszkadzało, klima tam na browarnicze posiedzenie była chyba idealna. Co mnie miło zaskoczyło, to to, że pani za kontuarem zaśpiewała coś po hiszpańsku do pana, który jejże w tymże samym langłedżu coś odpowiedział. To był hint pierwszy. Po dwugodzinnym wypasie z małą Ofelią (chociaż Filip oponuje) i jej przybranym papciem Vidalem przyszedł czas na konsumpcję.

Pięterko było już zarezerwowane, po środku sali siedzieli jacyś iberyjscy goście. Kolejny znak od Boga. Jeśli skośnooki koleś siedzi w suszibarze, jeśli turek kupuje kebaba i jeśli ktoś wcina klasyczną tortillę mówąc po hiszpańsku, to znak, że kuchnia powinna być jak u mamy. Tu: hiszpańskiej madre. Wracając do sali. W tle kranik z ciurkającą wodą, może boleć przy ostrym kacu i dość niewygodne stoliki. Ramę, która usztywnia nogi mają na wysokości piszczeli. Ani oprzeć stóp, ani przełożyć nóg, bo bałbym się o przełożeniu zapomnieć po piwku, czy dwóch i samemu sie przełożyć przez krzesło na podłogę. Miejsce mieliśmy przy oknie, z którego mieliśmy widok na ulicę Ruską (loko pod numerem 19) i na pobliski budynek z reklamą… hiszpańskich łazienek:

10042007(003)

Z racji, że lokal nie ma (jeszcze?) strony internetowej, będę odtwarzał z pamięci zamówione jedzenie. Na pewno były kalmary po rzymsku (18zł), z sałatą, miękkie takie-jak-powinny-być. Same krążki miały może trochę za dużo ciasta jak na mój gust. Ale wysmażone były w samraźnie. Porcja całkiem spora i podejrzewam, że Kasia sama rady by sobie nie dała (trzeba znaleźć wytłumaczenie dla swojego łakomstwa). Bardzo przypasowała mi podawana z głowonogami sałata z podduszonymi pomidorami i oliwkami.

Ja wziąłem sobie tapas (23zł). Dokładnie, jeśli dobrze pamiętam, była to pierwsza pozycja z menu, pod nazwą Trio de Tapas ..cośtam. W każdym razie trzy rodzaje przekąsek: 4x panierowane pulpeciki jajeczne, przekładaniec z łososia i tuńczyk z oliwkami na smażonej papryce z czosnkiem. Wszystko podane na sałacie z sosem. Jako całość trudno to zaliczyć do kategorii “przekąski” – “danie główne” pasowałoby tu bardziej. Jajowe kotlecikinie powaliły mnie. Lekko mdłe, w pozytywnym znaczeniu, pozbawione były z tego co pamiętam soczewicy, która była w składzie w menu, lecz została brutalnie wykreślona czarnym markerem. Przekładaniec z łososia, z serkiem to osobna bajka. Coś nowego dla mojego styranego podniebienia. Warstwy łososia i jabłka przekładane były kremem z białego sera, całość przykryta ponownie plasterkami jabłka. Tym razem skarmelizowanymi. Na deser tuńczyk na smażonej papryce. Coś prostego, jednak to najbardziej przypadło mi do gustu. Pewnie przez wyrazisty smak papryki i czosnku.

Całość spięta oczywiście została dwoma bronxami (5zł: ze świeczką tego w Warszawie szukać) i kawą z łyski i kremem (9zł). Pani kelnerka, zupełnie nie-hiszpańskiej, bo słowiańskiej, miłej oku urody spisała się na medal. Przychylam się k’temu, że i ona i taberna raczej zaczynają swoją przygodę. Oby potrwały jeszcze lat parę. Z przybytku ucieszą się na pewno miłośnicy flamenco, bo przecież pod takim szyldem działa Taberna. Do nich z pewnością dołączą iberofile, no a na końcu ja – kiedy tylko nadarzy mi się być w pięknej Twierdzy Breslau.

Ta strona jest oparta na WordPressie