mali*ciouş

24/02/2007

Pizza pod Arsenałem

Filed under: Warszawa,włoskie — maliboo @ 12:31

Dzień dobry. Mam na imię Maciek i przedstawię Wam dziś opis restauracji.

Ale serio i do rzeczy. Gdyby nie Pizza Hut, prawdopodobnie wcale bysmy tam nie zawitali. Po pierwsze primo: lokal na tyłach Galeryji Centrum był pełen, zatem wziąłem Kaśkę do Grubej Kaśki przy warschauer rathausie. I tu nastąpiło po drugie primo. Po parominutowym czekaniu przy powitalni pani kelnerka łaskawie zgodziła się nas podjąć i usadzić. Rzucając ni to w powietrze, ni to w uszy nasze „dziepaństfo chcomusiąś paloncyczyniepaloncy”. Na takie dictum rzuciłem: niepalący, a ta w pół milisekundy później zaczęła podążać do stolika o lichej lokalizacji, zatem my mówimy, że wolimy tą bardziej lanserskou pod oknem. Jak powiedzieliśmy tak zrobiliśmy i tam poszliśmy… Ale pani starsza nie. Zawróciła dopiero po moim upomnieniu konstatując, że zgubiła klientów. Jedną ręką podjęła z naszego stolika szklanki, a drugą rzuciła kartonowe menusy nań, jednocześnie odchodząc po angielsku.

Ok, jest piątek, duży ruch, pani kelnerka zapewne ma jeden z gorszych PMSów w rzeczywistości IV RP, ok. Studiując menu i naszą lokacje niechcący zwróciliśmy uwagę na stolik. Taak, szklanki zabrane, menu rzucone… Ale ktoś nie wziął ze sobą okruchów. Może poprzedni klienci zostawili za mały napiwek? Po kolejnym parominutowym oczekiwaniu na złożenie naszego zamówienia i ewentualne sprzątniecie stolika, postanowiliśmy wziąć przykład z naszej pani kelnerki i również ulotniliśmy się po angielsku.

I tak powitaliśmy Arsenał. Oczywiście pierwszą rzeczą, która ucieszyła me oczy było piwo po 5zł od poniedziałku do piątku (normalnie 8, czy 9). Zaraz po wejściu i traumatycznych przeżyciach z Grubej poczuliśmy się trochę zagubieni, że nikt nas nie wita z otwartymi rękoma. Całe szczęście prawie od razu miła pani kucharka wskazała nam miejsca do klapnięcia. W ramach rekompensaty wybrałem znów miescówkę pod oknem, tym razem wysokim, ale za to fotele były mięciutkie. W sam raz dla naszych pańskich dupek. Fakt, że na zamówienie trzeba było poczekać, ale warto było. Jednak nie uprzedzajmy faktów, jak mówi agent Wołoszański. Całe szczęście kelner, który nas obsługiwał był innym, niż ten który nam podał kartę dań i doniósł nam również barową. Szybki rzut oka i wybór: bronx (naturalmą) + biały rusek. W momencie zamawiania ruska oddaliłem sie do baru sałatkowego i po powrocie wpadłem w nielada zdziwko, gdy Kasia poinformowała mnie o tym, że pan kelner wpadł w swoje nielada zdziwko, gdy zamówiła białego ruska, który w karcie stał jako „white russian”. Dopiero chwila namysłu pozwoliła im mówić we wspólnym, międzynarodowym alkoholowym języku i oboje byli zadowoleni ze złożonego zamówienia. Bronx, jak bronx, wiadomo. Rusek to osobny temat.

Co prawda przyznano, że nie jest to rusek jak za starych dobrych czasów imprez u Tomka, ale jest bardzo dobry. Nie był podany ze śmietanką, mlekiem i zszejkowany. W karcie stało jeno moloko, wóda i kahlua i takoż, tradycyjnie, został podany. Słomka był, więc rusek nieco się zmieszał, zamiast być perfect-wstrząśniętym. Ale znów ubiegamy fakty. Podczas zamawiania ruska byłem wszakże w barze sałatkowym. A ten, być może ze względu na porę okazał się biednym przeżyciem. Podeschnięta cykoria owinięta downo upieczonym boczkiem, ostatni cherlawy krokiecik kartoflano-szpinakowy… Bida. W dodatku studiując komentarze na warszawie.pogodzinach wyszło to, czego się obawiałem. Porcja to porcja: 6zł za cherlawy krokiecik, podobnie za cykoryjkę i ponoć 3zł za oliwkę. WTF? No nic, sałatkowo sobie darowaliśmy i zamówiliśmy jeden z „+23 rodzajów pizzy”: tarantellę. Kaparki, papryka, pepperoni i jeszcze jakiś jeden rodzaj kiełbasy. Wszystko podane na połówkowych talerzach. Chociaż głowę bym dał, że na pizzy leżało mięcho jednego sortu… Nic to, pizza dobrą była, jeśli reszta placków jest tej samej jakości to jest w pytkę.

Fakt, trzeba przyznać, że knajpa jest dość droga, a bar sałatkowy to jakaś pomyłka, ale po traumie z Pizzą Hut byliśmy zadowoleni. W takim radosnym nastroju opuściliśmy Zbrojownię, zostawiając pana kelnera (wcale nie był taki przystojny i miły… KASIU ;-P) i 20% napiwek (tu całuski, cukiereczki ciasteczka dla pani z Pizzy Hut) udaliśmy się na smalec, korzenne i wiśniówkeczkę na Podwale, ponieważ noc jeszcze młodą była.

05/02/2007

Na bani

Filed under: Warszawa,bałkańskie — maliboo @ 20:12

Banja Lukę polecił mi maczek zachwycony smakiem i ostrościa banjalučkiego ćevapa. Toteż z knajpą wiązałem wielkie nadzieje, szczególnie jeśli chodzi o jagnięcine, która w Santorini smakowała mi bardzo.

Jak zwykle na tyle osób: małą armię przyboczną w wielkości osób 15-tu, rezerwacji dokonałem na tydzień przed. Pani poprosiła mnie o ustalenie menu. I jak zwykle zdenerwiło mnie to trochę, bo nie lubię być pospieszany. Ale doszliśmy do wniosku, że to bez różnicy, czy zdecydujemy się na żarcie z menu w necie, czy na miejscu z karty. Po małej wymianie zdań z Kasią i eksterminacji dań z listy życzeń zamówiliśmy dla siebie jareći kotleti i punjena vešalica plus ziemniaki po cygańsku. Nie obyło się też bez mięsa z kajmakiem, który moja prostacka wiedza zdewaluowała do czegoś słodkiego z mleka, zamiast bałkańskiego sera robionego z kożuchów z mleka. Oczywiście pani poinformowała nas również o serwisie doliczanym do rachunku, przy rezerwacjach powyżej 10 osób, co jak zawsze mnie lekko wkur..za, bo napiwki potrafię i lubię dawać.

Na powitanie przywitały nas dwa wątłe koszyczki z jakąś pastą z papryki, czosnku i twarożku. Nic specjalnego i szybko poszło. Okocim palone smakowało jak zwykle, z tym, że z butelki 0.5 było w tej samej cenie co z kija 0.4. Doprawdy „BEZ SĘSU”… Ale dobra nasza, braliśmy z butelek, bo skoro różnicę widać, to po co przepłacać? Potem przyszedł czas na gwóźdź programu, czyli nasze żarcie. W sumie większość osób była zadowolona… Większość. Oprócz Kasi. To co dostała na swojej desce, a nazwano „kotlecikami jagnięcymi” w dodatku za które „szef kuchni osobiście ręczy” zakrawało na kpinę. Szczególnie po wspomnianej wizycie w Santorini. Kotlecik może był, z jeden, reszta to wysuszone skrawki mięsa na jagnięcych kosteczkach… Doprawdy, widziałem w greckiej knajpie takie kosteczki i jedyne co mnie w tym martwiło to to, że przy jedzeniu można się tym nieźle uwalić, obgryzając soczyste mięsko z kości. Tutaj można było conajwyżej obryźć sobie paznokcie. Powiem szczerze, że do dziś żałuję, że tego nie zareklamowaliśmy. Ja na swój schab z wędzonym serem i suszoną szynką narzekać nie mogłem. Podobnie na kawałek sznycla karadjordje, którym poczęstowała mnie asz. Również Marcin chwalił swoją dimljeną vesalicę: wędzoną w wiśniowym dymie. Jedyne na co mogłem narzekać to nierówność porcji: moja była wyraźnie bardziej cherlawa i mniej wypieczona, niż te porcje, które dostali znajomi.Dumnie nazwane ziemniakami po cygańsku kartofle okazały się za to nietrafione. Lepiej było wziąć frytki. Porcja mała, a i w smaku nie zachwycały…

Teraz wypadałoby trochę o oprawie. Ta raczej w moje gusta nietrafiła. Knajpa, jak to teraz w modzie i zwyczaju, wyciosana z drewna, swojsko-bałkańska, obłożona sianem od strony okien. Obsługa jednoosobowa, co na mój gust, trochę za mało jak na ponad 15-osobową ekipę. Również performans bałkańskiej pani tancerki wydał się mi bardziej obciachowy, niźli rozrywkowy. Oczywiście jeśli mowa o samym show ;-) . Muszę przyznać, że zaliczyłem małą konsternację w toalecie, gdzie zamontowano pisuar wyglądający trochę jak wielki zlew. Ale dla prawdziwego mężczyzny taka pomyłka straszną być nie powinna.

Całość planowałem zamknąć cieplutką baklawą, która, nie wiedzieć czemu ubzdurało mi się, miała być podana zlodami, zamiast bitej śmietany. Jednakże miejsca już nie starczyło. I nie żałuję, bo po spróbowaniu okazało się, że smak wybitny nie jest. A ja mam swoje upatrzone miejsce na to przesłodkie ciacho.

Gdyby nie jagnięcina w której pokładałiśmy duże nadzieje z pewnością nie żałowałbym wydanej kasy. Jednak ta dość znacząco wpłynęła na mój internal-ranking tego miejsca. Jak mówił Konfucjusz „taka karma” ;-)

Powered by WordPress