mali*ciouş

06/01/2007

Grekas na Saskakia Kępaliakis

Filed under: Warszawa,greckie — maliboo @ 21:21

Santorini, czyli jedna z knajp rodziny Kręglickich, ale nie od tej Anetki. Pierwsze wrażenie: ej, bidnie tu… Jedyną wygodną miejscówką były przyścienne siedziska, poza tym krzesła jak ze szkolnej stołówki, tyle, że przemalowane na południowe klimaty jakąś błękitną plakatówką. Ściany takoż samo chlapnięte na wzór greckiej tawerny. Kelnerki też chlapnięte, ale nie można powiedzieć żeby się nie starały. Obstawiam nawet, że biedaczka poparzyła się zapalniczką przy podpalaniu naszych B52.

Na wstęp pojechało żałosne rzępolenie wbudowanej kapeli (w greckim stylu oczywiście) i wino. Potem feralne B52, które nie chciały się początkowo podpalić. Pomogła im dopiero mikrofalowa kuracja barmana. Chociaż mojemu językowi wprost przeciwnie. Z tego co słyszałem miejsce jest znane głównie z dobrych przekąsek, dużo bardziej niźli z dań głównych. Po jednorazowej wizycie trudno mi to ocenić, ale pewnie drugi raz szybko tam nie zawitam.

Betatesting przekąsek się udał, chociaż „wyboru przekąsek dla dwóch osób” w postaci pikilia i zesti pikilia jak dla mnie ledwo by starczyło dla osób dwóch. Narzekać więcej nie będę, ponieważ kalmary w cieście wyszły całkiem udane, chociaż zimne przekąski w postaci głównie sosów-past swej ceny godne nie były.

Po przepłukaniu ust całkiem niezłym, chociaż nieco kwaskowatym winem i przetkaniu uszu interpretacją main theme’u z Greka Zorby wjechało to po com przyszedł, czyli arni santorinis. Długo oczekiwany kontakt z jagnięciną przyniósł memu podniebieniu ukojenie. Danie dość tłuste, ale dzięki temu wino mnie tak szybko nie zmogło, a od rana jechałem o jednej kanapce. Trochę zawiodłem się na garnirunku i dodatkach. Pierwszego w sumie brak, drugiego – w postaci pięciu podpieczonych kartofelków było mało. Bonusowo dane mi było spróbować trochę koźliny w sosie cytrynowym, która była skrzętnie skryta w czeluściach menu, na dodatkowej, biednej kserówce. Miałem na początku dylemat, czy wybrać tak oczekiwaną owcę, czy może raczej dość egzotycznego koźlaka. Po spróbowaniu drugiego nie miałem wyrzutów, że wybrałem wełniane mięso.

W tym momencie przypomniało mi się menu i vogle® kwestii tych kart w szeregu knajp. Czemu zawsze muszę dostać ten wymemłany, zachlapany kawał kartonu, z którego będę wybierał jedzenie? Czy to zawsze musi tak obleśnie i nieapetycznie wyglądać? Te strzępiące się rogi, schodzący laminat i nasycona wszelakimi tłuszczami powierzchnia. Czasem wydaje, że robią to specjalnie – tak żebym poznał wszelkie smaki i zapachy ich kuchni. Nawet te z zeszłego sezonu…

Wszystko wypadało spiąć słodką klamrą, wziąłem więc sobie galaktobureko. Maczek był wniebowzięty, kiedy mu pokazywałem opis ciacha na bazie ciasta phyllo. To mnie ostatecznie przekonało do fallicznego prezentu parapetowego dla niego. Łakoć okazał się raczej przeciętny, mimo lekkiej ciepłoty waniliowe wypełnienie było za bardzo budyniowe i przypominało mi waniliową kluskę, niźli delikatny crème de vanille. Mimo wszystko minus. Tym bardziej, że zamówiona była również baklawa, która na naszym stole się nie pojawiła.

1 komentarz »

  1. [...] kulinarnym zagłębiem na czele którego stoi Passe Partout, mamy Villa Moldova, a nawet greckie Santorini. Niestety wobec ponad tysiąca knajp podanych na gastronautach, ledwie lichy procent promil [...]

    Pingback by mali*ciouş blog kulinarny » Pasta z kawą, opinie, recenzje, restauracje, knajpy, jedzenie i piwo oczywiście ;-) — 18/01/2009 @ 22:32

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz

Powered by WordPress