mali*ciouş

09/01/2007

Powrót do źródeł, czyli 7.5zł za litr browara

Filed under: Warszawa,swojskie — maliboo @ 22:44

Piwna Kompania, a.k.a. Podwale. Chyba najczęściej odwiedzany przeze mnie przybytek rozpusty kulinarnej. Poniekąd ze względu na poniedziałkowe promocje, kiedy to kuflowy litr piwny kosztuje jedyne 7.5zł, ale również ze względu na tutejsze piwo korzenne. Czy raczej pilsner/tyskie z dodatkiem soku korzennego, nie jakiegoś tam syropu z pięciolitrowego baniaka, tylko przypraw robionych na miejscu. Chociaż niestety ostatnio, czasami, potrafi z tym być różnie. Pomijając osoby, które z definicji nie lubią nic do piwa mieszać, reszta ludzi którym dane mi było pokazać smak „korzennego” była nim mile zaskoczona.

Trudno mi pisać coś o knajpie, która poniekąd znam bardzo dobrze. W pamięci mieszają się dobre chwile, kiedy to żarcie było bardzo dobre, z obecnymi, kiedy to porcje jakby bardziej cherlawe. Może nie tak jak typowy rentier ZUS-u, ale ostatnio widziana Ognista szpada z kurczaka to już nie to samo gabarytowo, co dostałem kiedyś, zaraz po wprowadzeniu tego dania do menu. Jeśli chodzi o koronne, moim zdaniem, żarcie, jest to Golonka z pieca (piszą dodatkowo, że jak w Bawarii). Co prawda raz się sromotnie rozczarowałem, gdy ta na stół wjechała nadto wysuszona, maczek rozczarował się dwukrotnie, kiedy to w ogóle jej nie dostał, ale samo danie powinno być przechowywane w Sèvres, jako wzorzec należycie przygotowanej świńskiej nogi. Za obronę niech posłuży fakt, że wyżej wymieniony maczek – zadeklarowany przeciwnik mięs nieprzetworzonych przez ostrza maszyny i wszelakich wstawek tłuszczowych w tychże – z przeciwnika „obleśnej golony” stał się jednym z piewców jej smaku w podwalskim wykonaniu. W przeciwieństwie do większości giczy podawanych w knajpach ta ma skórkę wydepilowana w iście pełnym brazylijskim stylu. Sama skórka to temat na osobne danie: ponacinana odpowiednio, chrupiąca niczym chipsy lays, w niczym nie przypomina EXistenZ-opodobnych galaretowatych tworów serwowanych w większości knajp. Zawsze przeżerając się nią poza wszelkie granice przyzwoitości obiecuje sobie, że następnym razem nie pozwolę sobie na taką orgię konsumpcji. Oczywiście nigdy obietnicy nie dotrzymuję.

Smalec na Podwalu jest chyba jednym z lepszych jakie mi podawano do piwa. Mimo, że jest to zwykły smalec, bez dodatków w stylu cebuli, smakuje mi on chyba lepiej, niż inne tuningowane cuda. Może to zasługa tego, że pieczywo podawane do niego (kajzerka, podłużna bułka z makiem i chleb ciemny) jest zwykle podgrzane? Tak czy owak do korzennego nie ma nic lepszego jak cieplutka polowa kajzerki przesmarowana bialym, dobrze smarowalnym smalcem z wsamraźnie wysmażonymi skwareczkami, które rozpływają się w ustach.

Ceny dań czasem potrafią zadziwić. Pomijając fakt, że porcje tu są na prawdę hojne, Sznycel z ćwiartką cytryny za 21zł (bez sałaty i frytek) nijak się ma do takiegoż samego w wydaniu dla dzieci za złotych, bodajże 11. Co prawda porcja mięsa jest prawie dwukrotnie mniejsza, ale za cenę dwóch takich mamy dużo więcej jedzenia.

Jeśli chodzi o obsługę jest naprawdę ok. Nie wypadałoby tu nie zostawić należnego napiwku, chociaż w karcie nikt mnie nie nagabywał wymiotnym sloganem „napiwek nie jest wliczony w cenę”. No pewnie, że nie jest! Napiwek jest moją ocena wystawianą obsłudze. Szkoda tylko, że czasem takiej samej oceny nie mogę wystawić właścicielowi restauracji, bo często z chęcią nie płaciłbym nawet połowy należności…

06/01/2007

Grekas na Saskakia Kępaliakis

Filed under: Warszawa,greckie — maliboo @ 21:21

Santorini, czyli jedna z knajp rodziny Kręglickich, ale nie od tej Anetki. Pierwsze wrażenie: ej, bidnie tu… Jedyną wygodną miejscówką były przyścienne siedziska, poza tym krzesła jak ze szkolnej stołówki, tyle, że przemalowane na południowe klimaty jakąś błękitną plakatówką. Ściany takoż samo chlapnięte na wzór greckiej tawerny. Kelnerki też chlapnięte, ale nie można powiedzieć żeby się nie starały. Obstawiam nawet, że biedaczka poparzyła się zapalniczką przy podpalaniu naszych B52.

Na wstęp pojechało żałosne rzępolenie wbudowanej kapeli (w greckim stylu oczywiście) i wino. Potem feralne B52, które nie chciały się początkowo podpalić. Pomogła im dopiero mikrofalowa kuracja barmana. Chociaż mojemu językowi wprost przeciwnie. Z tego co słyszałem miejsce jest znane głównie z dobrych przekąsek, dużo bardziej niźli z dań głównych. Po jednorazowej wizycie trudno mi to ocenić, ale pewnie drugi raz szybko tam nie zawitam.

Betatesting przekąsek się udał, chociaż „wyboru przekąsek dla dwóch osób” w postaci pikilia i zesti pikilia jak dla mnie ledwo by starczyło dla osób dwóch. Narzekać więcej nie będę, ponieważ kalmary w cieście wyszły całkiem udane, chociaż zimne przekąski w postaci głównie sosów-past swej ceny godne nie były.

Po przepłukaniu ust całkiem niezłym, chociaż nieco kwaskowatym winem i przetkaniu uszu interpretacją main theme’u z Greka Zorby wjechało to po com przyszedł, czyli arni santorinis. Długo oczekiwany kontakt z jagnięciną przyniósł memu podniebieniu ukojenie. Danie dość tłuste, ale dzięki temu wino mnie tak szybko nie zmogło, a od rana jechałem o jednej kanapce. Trochę zawiodłem się na garnirunku i dodatkach. Pierwszego w sumie brak, drugiego – w postaci pięciu podpieczonych kartofelków było mało. Bonusowo dane mi było spróbować trochę koźliny w sosie cytrynowym, która była skrzętnie skryta w czeluściach menu, na dodatkowej, biednej kserówce. Miałem na początku dylemat, czy wybrać tak oczekiwaną owcę, czy może raczej dość egzotycznego koźlaka. Po spróbowaniu drugiego nie miałem wyrzutów, że wybrałem wełniane mięso.

W tym momencie przypomniało mi się menu i vogle® kwestii tych kart w szeregu knajp. Czemu zawsze muszę dostać ten wymemłany, zachlapany kawał kartonu, z którego będę wybierał jedzenie? Czy to zawsze musi tak obleśnie i nieapetycznie wyglądać? Te strzępiące się rogi, schodzący laminat i nasycona wszelakimi tłuszczami powierzchnia. Czasem wydaje, że robią to specjalnie – tak żebym poznał wszelkie smaki i zapachy ich kuchni. Nawet te z zeszłego sezonu…

Wszystko wypadało spiąć słodką klamrą, wziąłem więc sobie galaktobureko. Maczek był wniebowzięty, kiedy mu pokazywałem opis ciacha na bazie ciasta phyllo. To mnie ostatecznie przekonało do fallicznego prezentu parapetowego dla niego. Łakoć okazał się raczej przeciętny, mimo lekkiej ciepłoty waniliowe wypełnienie było za bardzo budyniowe i przypominało mi waniliową kluskę, niźli delikatny crème de vanille. Mimo wszystko minus. Tym bardziej, że zamówiona była również baklawa, która na naszym stole się nie pojawiła.

Powered by WordPress