mali*ciouş

11/11/2006

Mexico Bar, do drei mal stück

Filed under: Wrocław,texmex — maliboo @ 00:12

Próbowaliśmy się tam wbić od usranej śmierci. Fakt, z marszu w godzinach szczytu wbić się trudno… Ale w końcu przezornie zarezerwowałem dwa krzesła dzień wcześniej. Blon zachwalała burito. Nota bene stąd wyciągnęła przepis, którym zdarzyło jej się uraczyć mnie i zena jakiś czas temu (kurczaka chyba też). Było dobre, ale w jej wykonaniu większość rzeczy jest taka jak Mr God przykazał.

Ale wracając, całość Mexico Bar znajduje się na Rzeźniczej 34 w Breslau naturlich. (Cholera, może by skombinować mapkię w google maps?) Stronę mają megaparchatą, w dodatku na fajerfoksie generuje błędy krytyczne (czytaj: nie odpalisz bracie). Wnętrze knajpy ujdzie, jest ciasno, to jest ból. Po jakichś 15 minutach zauważyłem dopiero śmieszny żyrandol z butelek po coronie.Fajna sprawa, gdybym miał jeszcze swoją kolekcje flaszek po bro na pewno bym coś takiego zmajstrował… No kinkiet przynajmniej.

Do żarcia wzięliśmy naczosy z guacamole, drina z parasolką i bronks dla mnie. Gwoździem było MEXICAN ESPECIALIDADE, za menu „zestaw dla dwojga”. I faktycznie, musieliśmy poprosić o spakowanie reszty, bo trudno nam było wciągnąć całość. Ale po kolei. Na ciepłe musieliśmy czekać koło 30 minut (troszkę mniej). Nie tragedia, tym bardziej, że w tym czasie szamaliśmy naczosy. Zgodnie z Kasią stwierdziliśmy, że wolimy te z hipermarketu, mniej tłuste. Jeśli chodzi o guacamole – ma fajny, świeży smak, trochę za bardzo cebulowy. „Wolę twoje, bardziej czosnkowe” usłyszałem ;) . Ale i to mi przypasowało, bo nie żałowali
pomidorów. Chociaż gazpacho zjemy tu ponoć tylko podczas sezonu (za kartą).

Po okocimiu palonym, pinia coladzie i okocimiu zwykłym (miał być palony DRUGI! Ghrrr) wjechało żarcie. Wielkość trochę mnie zaskoczyła (+), Były pieczone ziemniaki, oliwki w ziołach (-, mogłyby być też/tylko bez), jakaś kapusta pekińska (-, nie było żadnego dressingu), pieczary smażone no i main entrance: chiełbaski i „polędwica drobiowa” smakująca, wyglądająca i reagująca na „siad” zupełnie jak piersi drobiowe. Wszystko to w cieście obtoczone, dodatkowo mięso z kuraka na drewnianej, długiej wykałaczce można obgryzać. Mnie smakowało, ale nie powiem, żebym zachwycon był. Za to Qfiateque zachwycony nie był, szans im nie dając w następnym starciu („ale nie pójdziemy już tam, prawda?”). Chociaż nie powiem, żeby dnia następnego ciasta kukurydzianego nie wcinała :) – ja zjadłem wtedy chiełbaskę. Na zimno czuć wyraźniej smak daktyli, którymi są nadziewane. Chociaż sama kiełbaska smakuje jak typowa myśliwska, czy inna taka tam…
Nasz błąd, że nie wzięliśmy czegoś typowo „meksykańskiego” – mięso, fasola, paliwryj, śmierdzi spoconym meksem. Prawie jak mój sosik z podsmażanych pomidorów, smażonej i surowej cebuli i curry. Ja proponuję dać im jeszcze jedną szansę Kaś, co Ty na to? Teraz wezmę coś żeby zmarnować żołądek jak prawdziwy mężczyzna. Burito albo kesedila…

Aha, obsługa nie zachwyca, chociaż już przy stoliku jak najbardziej poprawnie. Ale zaraz po wejściu poczułem się trochę olany. Uważam, że jeśli prowadzi się przybytek usługowy, naturalną rzeczą jest usługiwanie tym co wchodzą. Tu musiałem się prosić o uwagę, żeby zakomunikować, że miałem rezerwację i chcę swój stolik…

Brak komentarzy »

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz

Powered by WordPress