W zeszłą sobotę odwiedziliśmy So-an. Oczywiście maczki jak zwykle się spóźniły… Następnym razem muszę pamiętać żeby oficjalną rezerwację zrobić 15 minut później.
Krzesła mają „niewygodne, aczkolwiek ładne”. Na wjazd poszły harumaki, kirin i tradycyjnie dla Mademoiselle choya plum. Tym razem lodu nie dali, więc mnie średnio smakowało. Aczkolwiek ślyfka za 4.50 to nie była. Pasztetrony wybitne nie były, jak zwykle wszystko z tymi małymi krewetkami, dla mnie lekko gumowe. Po zakąsce wjechała osumashi, a po niej podwójny zestaw „rozmaitości”. Zupa poniżej przeciętnej, bez wyraźnego smaku, ani miłych reminiscencji na kubkach smakowych. Maczysław nie był również zachwycony swoją miso. Do sushi dostaliśmy porcję sałatki, całkiem miłej w zestawieniu z sosem sojowym. Niestety wasabi nie było w formie kostki do gry, jak było na zdjęciach w menu. Fotosy w spisdojadle to duży plus: menu jest prawie w trybie WhatYouSeeIsWhatYouEat
w końcu przed podaniem mogliśmy, jak zwykle, podumać nad pozycjami, żeby w końcu zdecydować się na jeden z pierwszych wyborów. Ośmiornica znów nie przypadła mi do gustu, za to tuńczyk był jednym z lepszych jakie jadłem w Warszawie. Krewetkę zjadła Kasia, mówiła, że dobra, pozostaje mi wierzyć na słowo. Reszta kawałków jakoś nie utkwiła mi w pamięci, łącznie z nazwą zestawu, który wzięliśmy na dokładkę.
To co zostało mi w głowie, to dość ślamazarna obsługa pani kelnerki, miałem wrażenie, że musimy się prosić o jej uwagę. Ale nic to, napiwek dostała. Sama knajpa jest chyba na jeden raz, zobaczyć i zapomnieć. Żarcie mnie nie urzekło, ale też nie zniechęciło, a klimat,… gdyby nie bambusowe stoły i krzesła, mógłby to być bar sałatkowy… Sytuacji nie ratowało nawet duże akwarium w tle. Uznaliśmy je za szczyt sadyzmu
Akwarium w barze sushi, to prawie tak jak pobyt w klatce u ludożerców, w czasie ich święta dziękczynienia.