mali*ciouş

01/02/2010

Gdy zima napiera nie schodź do piwnicy

Zaszufladkowany do: Wrocław — Tagi: , — maliboo @ 22:36

Za oknem minus pięć, albo i więcej. Całe szczęście czapki jeszcze na głowach, bo na wrocławskim Rynku nie byłoby się gdzie schować. Upatrzyliśmy sobie tego wieczoru Masalę Grill & Bar. Pomijając niewybredną nazwę (ileżto było Budda barów i innych Tandoorów), to całkiem dobre miejsce – jak się okaże w kolejnym wpisie. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Masala okazała się być całkowicie zajęta tego wieczoru. Wyglądało mi to nawet bardziej na rezerwację całgo lokalu, niż pospolite ruszenie festungowych turystów.
Lokalizację i orientalne nastawienie na ten wieczór trzeba było zmienić. Szybki rajd po rynkowych uliczkach przy ponad dziesięciostopniowym mrozie nie dał pozytywnych wyników. Wylądowaliśmy między innymi pod Piwnicą Świdnicką. Nota bene, jak strona głosi, “najstarszą restauracją w Europie”. Możliwe, ponieważ gdy weszliśmy nikt nas nie podjął. Wygląda na to, że cała obsługa ewakuowała się tu w styczniu 1945. Naprawdę próbowaliśmy pokręcić się po trzewiach tego przybytku, by jakoś zaanonsować swoją obecność. Ale poza grupką osób siedzących w pustej sali (nazwijmy ją na potrzeby tego opisu #1) i kolejnej sali (tę z kolei nazwijmy #2), która zajęta była przez, wyraźnie celebrującą coś parkę, nie uświadczyliśmy żywej duszy. Już myślałem żeby rozkuwać ściany w poszukiwaniu obsługi, lub jej resztek, zamurowanej tu może w skutek opieszałego serwisu. Za namową Kasi udaliśmy się jednak na poziom zero wroclawskiego rynku.

Muszę przyznać, że naprawdę nie rozumiem tutejszego podejścia do czasu i obsługi. Można to nazwać stolicznym rozpasaniem, a może zbyt dużą nachalność obsługi knajpek i restauracji spotykałem pod różnymi szerokościami i długościami geograficznymi. Tego wieczoru, mimo braków w obłożeniu niczym u 90-letniego starca, sami musieliśmy się prosić o obsługę. I tak, po drodze donikąd, zahaczając o Rodeo Drive, gdzie (nie)zostaliśmy powitani podobnie (z takim samym prawie-pustym zapełnieniem!) trafiliśmy w końcu do Piwnicy pod Złotym Psem.

Decydującym czynnikiem, który nas zachęcił do zdecydowania się na tę knajpę był oczywiście mróz. A zaraz po nim tablica z wykredowanym napisem, który mówił coś o grillu, patelniach z mięsem i podprogową już, obietnicą fajności. Z trzech dostępnych kondygnacji wybraliśmy tą środkową – przy barze. Odrzucając zadymione wnętrze najniższej oraz puste i zimne najwyższej części. Mimo tego miejsce to musiało odwiedzać sporo potomków cyrkowców, którzy nauczeni przez starszyznę zapominali, że drzwi, w przeciwieństwie do kotary, same się nie zaciągną. W związku z tym – do nas – zaciągał mróz z pięterka…
Zmarznięty i głodny zdecydowałem się na rybny wstęp (nie żeby piątek zobowiązywał) pod postacią zupy rybnej z grzankami i ostrygą (17zł). Do towarzystwa dobrałem Piasta (7zł, podobnie jak Okocim), bo to piwo na mazowszu ostatni raz widziałem chyba na studenckiej imprezie pożegnalnej (pomijam przedwczorajszą wizytę w Piotrze i Pawle) latem 2000 roku.
Wywar dał radę, oczywiście w porównaniu do bouillabaisse smakował jak wyciąg ze sznurowadeł, ale było to zjadliwe. Gorzej z owocami morza. Te, jako owoce, nadawałyby się do poselskiego tłumaczenia przy kontroli drogowej – gdy to zwykle fermentują. Pierwszej świeżości zdecydowanie nie były… Szczególnie jedna pływająca ostryga, która – mam nadzieję – nie była przekazywana z garnka do garnka, aż w końcu trafi na frajera, który zaryzykuje ją skonsumować. W każdym razie sensacji nie było. Ani podczas jedzenia, ani dnia następnego. Jakkolwiek lepiej bym się czuł, gdyby pani kelnerka zapaliła świeczkę-podgrzewaczkę pod garnuszkiem z zupą. Pogrzewaczka wisiała sobie smętnie pod naczynkiem, czekając byc może na bardziej dewizowego klienta.

Zaspokojenie pierwszego glodu pomogło mi (ok – w sumie nam – ale ten fragment pisze mój wewnętrzny egoista) wytrzymać do głównego dania: steku New York (59zł) i patelni Dworskiej (39zł).  Fajnie, że obsługa zapytała się jak sobie życzę wysmażone mięso. Niefajnie, że wziąłem moje ulubione – trochę mniej niż medium rare. Mięso okazało się niepierwszej świeżości, co było czuć głównie przy brzegach, na początku jedzenia. Przyznam szczerze, że pierwszy raz było mi glupio, że zamówiłem tak mało wysmażony stek. Trzeba było zostać w opozycji do Bourdaina i zamówić dobrze wysmażony. Mięso nie byłoby takie złe, gdyby nie żyłki i inne zwierzęcopochodne tałatajstwa w środku sztuki wołu. Trochę mi się zeszło na chirurgicznym cyzelowaniu tej części. Do mojego dania podany był sos serowy na bazie czegoś pleśniowego (gorgonzola jakby), który mimo wszystko wypadł dużo gorzej niż dip serwowany do skrzydełek w Jeffsie.

Patelnia Dworska to osobna opowieść. Samo mięso (bodajże polędwiczki wieprzowe), sztuk niewiele, było całkiem smaczne – towarzystwo frytek i jakiejs standardowej sałaty lodowej ze szczątkami warzywnej kompanii (jakieś pomidorki koktajlowe i cośtam jescze) nie powalało. Jednak sos z zielonym pieprzem serdecznie mnie, a może żołądkowo – bo mowa o jedzeniu – ujął. To było to czego brakowało mi we własnym zamówieniu. I całe szczęscie nie przypasowal on Kasi, w związku z czym wmłóciłem całość zapasu na jej patelni.
W trakcie jedzenia kusił mnie jeszcze czarny Johnnie (18zł), ale tego odpuściłem sobie wiedząc, że w domu czeka na mnie taneczny kumpel Jim. W lekkim chłodzie opuściliśmy tę piwnicę, by nigdy już tu nie powrócić. Myślę, że Wrocław ma jeszcze parę wartych odwiedzenia miejsc, jak chociażby niezamierzenie “podsłuchane” w pocciągu Pod Papugami, w której ponoć podają powalającego łososia. To jeszcze będzie dane mi sprawdzić, chociaż póki co… Nie ma mnie tu

06/01/2010

Planet Sushi – sushi nie z tej planety…

Zaszufladkowany do: Wrocław, blah!, japońskie — Tagi: , — maliboo @ 00:03

Wrocław. Wspaniały Rynek wraz z okolicznymi klubami, porypana sygnalizacja świetlna, brak IMAXa i tragiczne sushi. Tego dnia mieliśmy się wybrać do Sakany, jednak ponownie odstraszył nas uporczywie serwowany sushi bar, bez stolików. Czasy, kiedy bawiła mnie kolejka elektryczna i jej wodna odmiana w postaci łódeczek z sushi bezpowrotnie minęły. Nad łowienie ryżowo-rybnych kąsków przedkładam sobie towarzystwo osoby siedzącej na przeciwko. Dlatego wycofaliśmy się z powrotem do Rynku. Brnąc przez włoski zakątek Wrocławia przyklejony do ulicy Więziennej dotarliśmy do Planet Sushi. Jej opinie na gastronautach nie wyglądały zniechęcająco, więc powiedzenie, że postanowiliśmy “zaryzykować” byłoby nadużyciem. Głównie czas oczekiwania… Poczekać kilkadziesiąt minut na dobrą rybkę to nie wysiłek. Tym bardziej, że na bezrobociu czasu mam pod dostatkiem. W końcu nawet w domu zwinięcie paru rolek ryżu z wodorostem nie zajmuje dłużej niz dwie godziny. Wliczając w to gotowanie ryżu.

Zajęliśmy sobie miejsca na pierwszym piętrze dwupoziomowej kamienicy sushowej planety. Intymnie i z dala od parterowego ruchu, gdzie znajduje się  stanowisko sushi masterów i wejście do restauracji. A biorąc pod uwagę porę roku – jest cieplej. Jak się okazało nie tylko dla ciała, ale również i dla portfela. We wtorek – w dniu naszej wizyty – obowiązuje tu promocja minus 50% mniej na dania gorące. Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej okazji. Krzepcio ma tu swoja teorię na temat moich semickich korzeni (zwłaszcza kiedy się nie ogolę), jednak spuszczę na nią zasłonę milczenia.
Po zamówieniu dwóch drinków: Long Island (18z ł) i Japanese Bug (17zł) zdecydowaliśmy się na ciepłe dania w postaci tuńczyka Maguro Cośtam (49zł) i ostre krewetki Paprika Ebi (29zł). Po 25-30 minutach okazało się jednak, że tenże się skończył. Jak się okazało, potem na podanym sushi jednak jeszcze się trzymał… A może po prostu był za drogi na wtorkowy upust? Drugi strzał padł więc na Toro Sake (35zł) – łososia z małżami św. Jakuba i krewetkami. No i oczywiście cel tego wieczoru: sushi – w postaci firmowego zestawu Kirishima (50zł) oraz dodatkowej batalii maków: Sake Maki (19zł).
Powoli sącząc drinki, po blisko, godzinie doczekaliśmy się na moje krewetki. Trochę mnie tu zaskoczyła dolnośląska gwara – w krótej szumnie brzmiąca rukola wygląda i smakuje jak szpinak, a grzyby shitake to zwykłe smażone pieczarki. Ilość krewetek i dość tłusty sos pomidorowy w jakim były umaziane przekonała mnie jednak. W końcu od rana nic nie jadłem, a było już zdrowo po godzinie 16. Spałaszowałem więc małe skorupiaki przy pomocy najbardziej lichych pałeczek jakimi dane mi było operować i pierwszy głód został zaspokojony. Mój. Ponieważ Kasia na swojego łososia musiała poczekać jeszcze kilkadziesiąt kolejnych minut.

W tak zwanym międzyczasie było nam dane poobserwować tutejszą klientelę. Równie co my poirytowaną fatalnym czasem obsługi. Chociaż do samych kelnerek zarzutu mieć nie mogliśmy, to kuchenne uwijanie przypominało bardziej muchy w smole niż kuchnię Gordona Ramsey’a. Para przy ścianie w rogu, przed nami, po długim czasie oczekiwania zdecydowała się wziąć tutejszy wyrób na wynos (pomyłka – bo, uprzedzając fakty, nie mogli reklamować). A czwórka miłych młodych ludzi w przeciwległym rogu, lekko poirytowana, zdawała się przedwcześnie wyjść tego wieczora. Do końca realizacji zamówienia zdaje się, wytrwaliśmy tylko my i młoda dziewczyna obok. Opuszczona przez zniecierpliwioną koleżankę w pośpiechu zjadała widelcem spóźnione sushi i również poprosiła o rachunek.

Muszę jednak przyznać, że oczekiwanie na rybę sprawiło mi wiele radości. Szczególnie wtedy, gdy zainteresowałem się naściennymi ozdobami. Niestety moja ciekawośc okazała się mocniejsza niż zaczepienie tychże. Co zaowocowało widowiskowym spadem całego rozwijanego ustrojstwa w stylu japońskim. Bardziej najedzony wstydem, niż dotychczasowym serwisem, czemprędzej powiesiłem tałatajstwo z powrotem na swoim miejscu. Oczywiście natychmiast sprowadziłem tym na siebie uwagę calej sali. W jednej chwili przeleciało mi moje. nie-tak-krótkie życie. przed oczami i przypomniałem sobie identyczne zdarzenie na własnej studniówce, kiedy to zaraz przy mnie (i jeśli dobrze pamiętam Asi Sz.) spadała wysoka, papierowa ozdoba doczepiona do drabinek w sali gimnastycznej. Dodatkowo w całym tym kipiszu nie zauważyłem, że swym tyłkiem smakosza odpycham fotel na tyle, że choinka stojąca za mną, ustawiła się w niebezpiecznym pochyleniu. Jednak kolejna tragedia nie doszła do skutku – bożonarodzeniowy krzaczek pozostał-stał na swoim miejscu.

Chwilę przed, czy chwilę po opisywanym zamieszaniu na stole pojawił się długo wyczekiwany łosoś. Szkoda, że obsługa nie zapytała wcześniej jak ma być wysmażony. To co zjawiło się na talerzu nie było tartacznym wiórem, ale dla mnie i Katarzyny mogło leżeć na ogniu dużo krócej. Jednak nie stan denaturacji białka ryby wzbudził moje obiekcje. A raczej sposób podania. W menu jak byk stało, iż ryba będzie podana z małżami św. Jakuba i krewetkami. Natomiast to co pojawiło się na talerzu przypominało bardziej moje krewetki z pieczarkami w pomidorowym sosie. Tylko bez niego. Zacząłem zachodzić w głowę – czy wszystko na ciepło podają tu z tym hodowlanym grzybem? Po zgłoszeniu obiekcji u pani Martyny, która nas obsługiwała, na stole pojawiły się szybko dwie krewetki i dwa jakubowe mięczaki. Naturalnie w towarzystwie przeprosin i tłumaczeń doprawionych winą i zapomnieniem przygotowującego ich kucharza. Niestety “bonusowy” dodatek okazał się zwykłym, zbeszczeszczonym planktonem panierowanym w “czymś”. Dodatkowo smażenie na zbyt głębokim tłuszczu spowodowało, że cały smak pozostał zapewne na dnie naczynia w którym martwe ciałka frutti di mare były frytowane.

Koniec końców nasze oczekiwanie zostało zwieńczone podaniem sushi. Upragnionych kawałków ryby, na które czekaliśmy od blisko trzech godzin (SIC!). Pierwsze na stole wylądowały porcje sake maki, które okazały się być zjadliwe. Mógłbym się przyczepić do ryżu, który smakował tak jakby leżał w tym zestawie od rana, ale ogólnie nie było to złe. Oczywiście na gorsze przyszła pora. Wraz z zestawem Kirishima na stole pojawiła istna sushi-Hiroshima.

Zestaw składający się głównie z nigiri (i dwóch gunkan-maki) okazał się być tragiczną pomyłką. Nierówne, zarówno pod względem kształtu jak i smaku, oraz jakości kawałki ryby wylądowały przed nami na okrągłej misce. W naczyniu, które wolałbym by gościło hiszpańska paellę, pojawiły się rozmiękłe gunkan-maki, oraz ledwostrawne nigiri. Jeśli chodzi o te drugie, to w naszym zestawie pojawiły się dwie sztuki: jedna z pomarańczową ikrą, a druga z łososiem udekorowanym ptasią kupą. Prawdopodobnie – tak jak guano – wygląda zleżały, japoński majonez. Z czasem ciemnieje, przybierając barwę brązu (który tak lubią dziewczyny). Jeśli chodzi o nigiri, to pomijając zjadliwego łososia resztę, oprócz kalmara pominę milczeniem. Głowonoga nie daruję, gdyż musiałem go wypluć w chusteczkę. W smaku był zleżało-mocno-rybny, a pod językiem sprawiał wrażenie śliskiego niczym Olejniczak w telewizji. Całe szczęście dodatkowo zamówione tyskie (8zł) zdołało przepłukać niesmak spowodowany ostatnim kęsem.

Nasze zdegustowanie degustacją serwowanego przez Planet Sushi jedzenia zostało podsumowane wspólną odpowiedzią na pytanie pani kelnerki przy wystawioeniu rachunku:
- Smakowało?
- Nie!
Niestety późniejsza reakcja managmentu Planet sushi była bardziej żałosna niż nasza odpowiedź. Na moją propozycję rekompensaty straconego czasu (blisko trzy godziny!) i jakości jedzonego posiłku otrzymaliśmy odpowiedź: może jakaś darmowa kawa lub herbata? Niestety na taki asumpt musieliśmy zareagować odmową. Naprawdę serce mi się krajało na myśl o tym, że pani manager Planet Sushi mogłaby odjąć sobie od ust pitą kawusię, by oddać nam i  zrekompensować nam niesmak pozostały po konsumpcji tutejszych “specjałów”. Zapłaciliśmy więc rachunek i w milczeniu udaliśmy się do wyjścia. Mam nadzieję ku Nowemu Wspaniałemu Światu. Planet Sushi, jak dla mnie, leży w zbyt odległej galaktyce…

08/10/2009

Bliss Garden – Ogród tak, ale rozkoszy niewiele

Zaszufladkowany do: Warszawa, chińskie — maliboo @ 20:59

Wizyta w Bliss Garden trochę się nam przełożyła w czasie i musiała czekać końca mojego urlopu. W końcu jednak piątkowa kolacja odbyła się pod egidą przybytku na Twardej 42. Trochę spóźnieni wpadliśmy przed godziną dwudziestą w czeluście Związku Wędkarza, by zejść do podziemnego “ogrodu”. Na wejściu skinięciem glowy przywitała nas chińska matrona pilnująca kulinarnego dobytku. Od razu przyszła mi na myśl niezapomniana wizyta w świętej pamięci Tien-Tien, przemianowanym teraz na Mekong. Tomek już na nas czekał w towarzystwie staropramena (11zł), więc dołączyliśmy czem prędzej powiększając piwne kworum o rodzimego żywca (9zł).

Obsługa w postaci młodziutkiej azjatki, uroczo kaleczącej polski, podjęła nas błyskawicznie, domagając się zamówienia. niestety, widocznie żeńska cecha: niezdecydowanie skutecznie powstrzymała mnie od wyboru dania głównego, decydując się  wprzódy na chińskie smażone pierożki (9zł/6 sztuk) w podwójnej porcji. W przeciwieństwie do piwa i na podobieństwo dań głównych na jedzenie musieliśmy chwilkę poczekać. Dwanaście podsmażonych z jednej strony paczuszek wylądowalo na wspólnym talerzyku w towarzystwie dwóch sosów. Łagodny i słodki nie przypadł mi do gustu. Jednak jego brat bliźniak, niczym Arnie w Twins, nadrabiał za dwóch, ratując z całkowitej porażki zarówno swojego sos-brata  jak i pierogi. Sory Winnetou (bez mieszania w to indiańskiej kuchni)- ten wybór okazał się nietrafny.

Wesoło deliberując nad socjologicznymi aspektami portali społecznościowych, a w szczególności nad wagą kwizów w kontekście szacuna u ziomów, wybraliśmy dania główne. W kolejności: makaron sojowy smażony z warzywami (22zł), wołowinę w czarnym sosie (29zł) i jagnięcinę na gorącym talerzu (39zł). No i ryż (4 zł), ponieważ wliczenie go w koszt zestawu zapewne brzydko podniosłoby cenę. A tego w kryzysie nam nie trzeba. Oczywiście na dania dane było nam poczekać ciut dłużej niż na pierożkową przekąskę. W końcu dobre rzeczy wymagają czasu.
Jednak ani przeciętny makaron z warzywami, ani wołowina w czarnym sosie nie uwiodły mnie. Inaczej było z jagnięciną. Ta, wręcz przeciwnie, zamiast uwieść zawiodła. Na całej linii. Nie wiem jak się przyrządza małe owieczki na chiński sposób, ale tej, podanej mi nie rozpoznałbym od wieprzowiny ni kolorem ni smakiem. Może to kwestia przypraw, może sprawa smażenia lub języka ogłuszonego jednym piwem, ale bardziej przypominalo mi to pospolitą wieprzowinę niźli owcze mięso.

W pierwszym starciu Bliss Garden poległ. Jedyną nadzieję niosą ze sobą słodkie, sezamowe kuleczki z pastą sojową (12zł). Czy może powinny czerwonej fasoli? Dorodne niczym meksykańskie cojones, podane z paćkami bitej śmietany. Chociaż tu Blondi, i ja – po namyśle – preferujemy karmel, rodem z Wooka, który ostatnio trochę się podniósł ze swojej klęski. Acz nieznacznie. Czekając na  …nie nie, nie na Godota, wykurowanie się zapisuję Bliss Garden w kajeciku, żeby zweryfikować powyższą wizytę. Może następny raz okaże się smaczniejszy.

30/06/2009

Courtepaille – francuski grill

Zaszufladkowany do: Warszawa, francuskie — Tagi: , — maliboo @ 23:16

Cienka Słomka to francuska sieciówka serwująca dania z grilla. Profil oscyluje wokół casual dining, więc nie należy się przejmować tym, że miejsce to, na zasadzie franczyzy, zduplikowane jest w kilkudziesięciu lokacjach we Francji. Miejsce, jak zwykle, jak któreś z kolei, ponownie z polecenia. Tym razem malaka – Konrad czekam na wino! Nie zapomnę Ci tej świeżynki z wędzonym serem topionym. Wracając do tematu, w końcu trafiliśmy i tu… Z udanych zakupów nota bene, ale tą część pominę, tak jak kupno tych fajnych spodni za prawie tylko pół ceny;(

Obładowani torbami wparowaliśmy więc z Katarzyną do gościnnych progów Couterpaille i poprowadzeni przez kelnera, tudzież innego szefa sali zasadziliśmy swe pośladkowe korzenie pośrodku pomieszczenia. Nie małego, bo jeśli wierzyć Wikipedii pomieści ono 140 osób. Od razu podjęci przez tegoż samego jegomościa zaczęliśmy wertować tutejsze menu. Hmm, aktualnie i o dziwo, różni się ono od zaprezentowanego nam w lokalu dosłownie parę dni temu. Nie przypominam sobie w nim pozycji pod tytulem “podwójny hamburger”, czy “plaster boczku Parisien”. Mniejsza z tym. Zamówilismy antrykot (39zł) i stek wołowy mielony (ca. 19zł), którego już nie widzę w zlinkowanym spis-do-jadle. Za namową kelnera zrezygnowalem jednak ze swojej krowiej górnicy i przystałem na propozycję zadniego rumszytka (38zł). Obydwa mięsa zamówiliśmy na sposób krwisty. Ich opiekanie mogliśmy obserwować en face na ruszcie, który znajdował się nieco wyżej nad żarem niż nasz tradycyjny grill znany z majówek. Dodatkowo mięsko przypalane bylo wysokim ogniem buchającym z paleniska. Widok miły, szczególnie dla osób lubiących dozorować przygotowywanie ich posiłku.

Dodatki w Couterpaille są wliczone w cenę dania głównego i, co ważniejsze, nielimitowane. Ni mniej ni więcej znaczy to, że frytek (raczej z paczki, niż przygotowywanych na miejscu), pieczonych ziemniaczków i wszelakich zielenin możemy tu domawiać bez ograniczeń. Oczywiście w teorii tylko. Ponieważ praktyka wykazała, że podana porcja frytek i kartofel-gigant z sosem śmietanowym wystarczyły na nas oboje aż nadto! Jednak to mięso jest tu najważniejsze i skupiając sie na nim powiem jedno: wspaniale! Chociaż trzeba szybko pałaszować, bo kawał soczystej wołowiny jedzony powoli stygnie szybko i nie jest już tak smaczny jak w pierwszych minutach podania. Ulotność tego zmysłu rekompensowały jednak sosy: pierwszy podany do mięsa (jeśli dobrze pamiętam na bazie majonezu i moszczu), a drugi, według mnie wybitny, jako mieszanka musztardy i rodzynek w autorskim słoiczku Couterpaille. Za tym właśnie dodatkiem mam tu chęć wrócić, tym razem na medium rare cokolwiek, by zaspokoić pierwotny zew krwi. Muszę też wspomnieć naprawdę ostrą musztardę w firmowych torebeczkach, która doprawiała ostro tutejsze mięso niczym nasz polski chrzan. Kusząca jest także cena piwa, gdyż duże tyskie kosztuje raptem ciut poniżej 7zł. Na tę lokalizację i dzisiejsze ceny – w (tzw.) pytkę!

Na koniec jednak mała wisienka z pestką na tym słodkim torcie. W naszym przypadku obsługa była tak opieszała, że zacząłem się zastawiać czy nasz kelner nie pracuje jako etatowy szachista, dorabiając tylko na boku w restauracji. Zaniecham jednak dalszych złośliwości, ponieważ jego sugestie (np. sos do mięsa) dotyczące naszych wyborów były trafne i miłym uczuciem była świadomość, że ktoś tu naprawdę stara się by nasze wybory były jak najbardziej trafne.
Lukrem natomiast niech będzie to, że zaobserwowaliśmy tu dużo gastronomicznych autochtonów. Nie wiem czemu, ale mam takie zboczenie, że jeśli w “regionalnej” restauracji zauważę przypisaną jej społeczność/narodowość od razu darzę ten przybytek dodatkową sympatią. Tu francuskojęzycznych klientów nie brakuje. W naszej obecności rachunki, jak i pogawędki z kucharzem zakończyły conajmniej trzy takie stoliki.

Z chęcią zawitam we francuskim grillu ponownie. Nie ma wszakże nic lepszego niz kalorie czerpane z białka, ale trzeba przyznać, że ceny są tu o conajmniej o 7-12zł odstraszające. Mimo wszystko Courtepaille nadal pozostaje jedną z wielu knajpek w centrum handlowym i siłą rzczy zawsze będzie miało -1 do XP (stosując terminologię RPG).

07/06/2009

Meksykan(in), nabity w butelkę

Zaszufladkowany do: Warszawa, texmex — maliboo @ 22:30

Podwale 29 w Warszawie to miejsce spoczynku świętej pamięci Butelki. Nieodżałowanej, jak wszystko co przeminęło a było dobre, restauracyjki z włoskim podejściem do jedzenia. Na jej zgliszczach, niczym feniks z popiołów, powstał Mexican. Czyli radosny, pseudo meksykański, potworek kuszący quesadillami, burrito, nachosami, tequilą i starym, zielonym garbusem ustawionym przed wejściem. Ostatni wymieniony artefakt był chyba zainspirowany, podobnie starym, automobilem stojącym po sąsiedzku na Podwalu 25. Czymś trzeba w końcu kusić turystyczną tłuszczę.

Wizytę w Mexicanie zaczęlismy już w pracy, pilnie studiując menu tego przybytku. Strona domowa restauracji, przynajmniej warszawska filia przy Barbakanie, oczywiście nie działa jak należy i zamiast menu można popodziwiać piękne czarne tło, inspirowane prawdopodobnie ciemnymi nocami na pustyni Chihuahua. Drobne pohakierowanie strony dało nam jednak szybki dostęp do miernej graficznie zawartości. Gdybym był Bogusławem Wołoszańskim prawdopodobnie nie uprzedzałbym faktów, ale nie jestem, więc pozwolę sobie nadmienić, że jakość strony nie odbiega zbytnio od jakości serwowanych tu potraw.

Jednakże wizyta zaczęła się miłym akcentem. Po przyjściu czekały na nas miseczki z nachosami i salsą. No, mniej więcej salsą, bo to co tu podają nie może się równać chociażby z pomidorowym dipem, który jest serwuje Blue Cactus. Po tym ubogim wstępie zdecydowałem się na zupę tortillową przykrytą zapiekanym serem (9,50zł). Takowej nigdy nie kosztowałem i jedząc to co podano mi tutaj nie zdecydowałbym się pewnie na ponowną degustację nigdy więcej. Jednak jeśli chodzi o jedzenie jestem człowiekiem dużej wiary i zaryzykuję konsumpcję gdzieś jeszcze. Przepis na wyżej wymienioną zupę w Meksykanie można zawrzeć w jednym zdaniu: “Wlej kieliszek rosołu, dolej ćwierć litra wody, dorzuć garstkę rozgotowanej papryki, wrzuć nachosy, posyp serem i przypal w piekarniku”. Sekretem tego dania jest prawdopodobnie palec kelnera w zupie przy podawaniu. Jednak było zbyt ciemno żeby zauważyć tę delikatną granicę dzielącą lustro wody/zupy(?) i członek kończyny serwującego. Poprzestanę więc tylko na moich wydajemisiach. I nawet jeśli pan kelner niechcący umoczył swój palec w zupie to rabanu wszczynać sensu nie było. W końcu i w domu zdarza nam się takie fałks pas.

W zasadzie chciałbym w tym miejscu przerwać już opis swoich wrażeń, ale blogerski obowiązek nakazuje mi kontynuację mego pseudosprawozdania.
Podczas konsumpcji zamówionego przeze mnie burrito z wieprzowiną i fasolą (25,50zł) skosztowałem kęs sałaty z łososiem w sosie winegret (16,90zł), która zamówiła Zofia. Może już lekka sytość spowodowana konsumpcją burrito spowodowała, że jej wybór nie przypadł mi do gustu. Danie smakowało jak sałata z łososiem, podlana octem. Oczywiście skład nie czyni tej potrawy stekiem z wołowiny, ani niczym innym niż wymienione ingrediencje… Ale wydaje mi się, że podobne danie potrafi przyrządzić każdy operator saturatora. Ponieważ tak samo jak i sodówka z sokiem malinowym w szklance na łańcuchu ta zielenina z rybą była mdle podana.

Wracając jednak do mojego burrito, to podana porcja była gigantyczna. Placek w który zawinięte było nadzienie polany został trzema sosami: ostrym pomidorowym, guacamole i kwaśną śmietaną. Niestety widać było, że sos z awokado stęsknił się już bardzo za pestką, ponieważ ściemniał widocznie. Zamaskowaniu tego faktu nie pomógł nawet półmrok panujący w sali. Rozjaśnieniu całej sytuacji nie rehabilitowała nawet meksykańska flaga wbita w zaserwowanego mi naleśnika. Ano właśnie naleśnika. Bo ciasto w które zawinięte było średniej jakości mięso z fasolą przypominało mi bardziej domowe placki z mąki pszennej, niźli kukurydzianą tortillę. Niestety wybór pikantności dania, zaproponowanej przez kelnera, sprowadzał się li tylko do polania go odpowiednio ostrym, lub nie ostrym, sosem pomidorowym. Samo nadzienie sprawiało wrażenie robionego wcześniej i pakowanego tak samo do wszystkich opcji ostrości. Fakt, że wyczyściłem prawie cały talerz, oprócz przypalonych części ciasta, nie ma tu znaczenia. Tak jak kiepskie książki, kiepskie jedzenie też zwykle wciągam do końca. Chyba głównie po to, by mieć potem najświętsze prawo do pełnej krytyki konsumenckiej.

Wspominając jak płakałem nad ostatnim kęsem burrito wpychanym w swe trzewia, tak teraz ronię łzy nad historią Butelki. Smutne jest to, że parafrazując prawo Kopernika-Greshama, knajpę lepszą wypiera knajpa gorsza. Ale widocznie to prawo wolnego rynku, wszak zysk jest sprawą pierwszorzędną. Najczęściej dopiero za przychodami pojawia się klient, jakość i lojalność.

06/06/2009

Jeśli Serbia, to tylko w Belgradzie.

Zaszufladkowany do: Warszawa, bałkańskie — Tagi: , , , , — maliboo @ 22:12

Pamięć fotograficzna czasem zawodzi. Byłem pewien, że Mały Belgrad na wzór Małej Serbii widziałem gdzieś w Centrum. Trochę tej małości posiadamy jednak zbyt wiele, bo summa sumarum wyszło na to, że chodziło o Małą Gruzję, sąsiadkę Serbii na Nowogrodzkiej. Oj panie! Za dużo tego…

Po krótkim śledztwie okazało się, że tymrazowa destynacja znajduje się w tej części Warszawy, gdzie psy szczekają odwrotnie. Ulica, nomen omen, Belgradzka 4 jest na dalekim, daaaalekim, daaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaleeeeeeeeeekim Natolinie. Jednak blisko metra, więc butków nikt w stanie zedrzeć nie jest.
Ostrzeżony słowami Agaty o małości tego przybytku, który wybitnie podkreśla nazwa, postanowiłem zarezerwować miejsce. W końcu smutno byłoby wracać z odległego południa nazad do Centrum w poszukiwaniu jakiegoś godnego zastępstwa bałkańskiej pleskawicy. Nie mogę tu jednak pominąć sposobu rezerwacji, kiedy to prosząc o stolik na godzinę 19:00 dostałem do wyboru 18:45 i 19:30 ;o) Po krótkich pertraktacjach doszliśmy z miłą panią za telefonem do konsensusu w postaci piętnastominutowego spóźnienia na 18:45.

Po dotarciu na miejsce odetchnąłem z ulgą, ponieważ pomysł zarezerwowania okazał się trafny. Praktycznie cała knajpka była obłożona, lub zarezerwowana. Mówiąc Pisząc “cała” mam na myśli parę stolików na maksymalną ilość 18-22 gości. Jak na tak odegłą lokalizację wróżyło to dobrze. W końcu zwykłe osiedlowe knajpki nie mają chyba aż tak sporego obłożenia? Zasiedliśmy więc sobie w ciut przyciasnym kąciku we czterech chłopa i czując dzięki temu braterską bliskość przystąpiliśmy do wertowania menu.

Przy okazji piątku wypadało nam się nagrodzić za pracowity tydzień, więc zaczęliśmy od zamówienia przystawek i czegoś krzepiącego nastrój. Wybór padł na rakiję (7zł, do wyboru śliwkowa, z winogron lub ta trzecia), karafkę Vranac Plantaže (28zł/500ml) oraz coś treściwego w postaci zupy z soczewicy (7zł), gęstej zupy z kurczaka (8zł), smażonej cukinii z sosem koperkowym (15zł) i papryki Biurek (15zł) w panierce nadzienwanej serem sirene. Oczywiście nie omieszkałem doprawić swojej strączkowej zupki stojącymi na stole przyprawami paprycznymi, przy okazji zdrowo przesadzając. Istny żar ciała czułem nie tylko w trakcie konspumpcji tej zacnej polewki, ale również i długo potem, ścierając z czoła siódme poty. Krzepiny rosołek okazał się ciut lepszą, bo gęstsza, wersją naszej zupy z kur wielu. Nic co by do nieba wzięło mnie. Za to warzywne przystawki to już inna bajka. “Bajka” dosłownie, ponieważ przysmażone plastry cukini umaczane w sosie to istne niebo w gębie! Podobnie rzecz miała się z jeszcze lepszymi dwiema papryczkami w panierce, sowicie serem nadzianymi.

Ale nie dla zieleniny tu przyszliśmy. Jako chłopy pokaźne w genach mamy zapisaną konsumpcję mięcha. Zatem zwłocznie przeszliśmy do zamówienia dań głównych. Opierając się pokusie zamówienia kawarmy, tak miło wspominanej przeze mnie po ostatnich wakacjach, wybrałem bejcowaną karkówkę pod sadzonym jajkiem (24zł). Obecność sadzonego jajka wydaje się tu dość sporna. Mimo tego, że karkówka była dobra, to nabiał mi tu jakoś nie leżał. Co innego sos lutenica (3zł), który okazał się jednym z lepszych jakie jadłem!  Śmiem stwierdzić, że to dla niej tutaj wrócę! Również pleskawice przypadły mi do gustu, chociaż wersja “Dymitrowska” (23zł) z wędzonym boczkiem i serem powaliłaby mnie na kolana, gdyby nie dość ciasne miejsce, które okupowaliśmy. Zamówiony przez Radzia szaszłyk Hajducki podany z pikantnym sosem, przetykany wędzonym boczkiem i papryką (30zł) również dobrze się spisał, chociaż muszę przyznać, że tytułowego pikantnego sosu troche poskąpiono. Jednak wielkość porcji mięsa zdecydowanie nadrabia wszelkie inne niedociągniecia. Biedny Szczepek zdawał się juz cisnąć łzy pod koniec jedzenia pleskawicy, ale dokończył z godnością. Na słowo, niestety, muszę uwierzyć Długiemu, który chwalił również karkówkę po bośniacku (24zł) zamówioną przy drugiej wizycie. Te cieniutkie paski karkówki grillowane z cebulką i pomidorami, posypane żółtym serem na pewno znajdą się jako pierwsze na liście podczas kolejnej wizyty.

Jak dobrze, że Mały Belgrad jest tak daleko. Bo z pewnością po kwartale wrzuciłbym pare kilo na klatę dupę. I mimo tego, że ten sielankowy obraz lekko przygasza nieco opieszała obsługa, to może powinienem to liczyć in plus jako taki leniwy, bałkański smaczek.

18/05/2009

Włoska magia Incanto na Pradze Południe

Zaszufladkowany do: Warszawa, włoskie — Tagi: , — maliboo @ 22:36

Na Pradze Południe znam tylko dwie dobre pizzerie (czy może Pizzerie przez wielkie P). Pierwszą z nich jest, zadymiona niestety, La Luna. Druga to tytułowa Incanto, trochę niesprawiedliwie nazwana li tylko pizzerią. Odkryłem ją przypadkiem, kiedy to mieliśmy już dość zamawianych zapiekanek z Telepizzy, Pizzy Hut, czy Daily Pizza, nazywanych “pizzami“.

W ciągu paru moich odwiedzin zdążyłem przebrnąć przez smakowitszą część menu tego przybytku. Chociaż zdarzały się również mniej podchodzące mi dania. Jeśli mnie pamięć nie myli to na rozdziewiczenie tego miesjca wybrałem pizzę Mafioso (25zł), Andrzej wziął wtedy standardową Peperoni (24zł). Jak wiadomo połowa sukcesu dobrego placka z Włoch to ciasto. To wypada tu szczególnie dobrze. Cienkie i chrupiące na brzegach, tak jak powinno, być może nie będzie odpowiadało sezonowym koneserom bułek z pizzowych sieciówek, ale dla mnie to niebo w gębie. Chociaż przy ostrych rodzajach, szczególnie z dodatkiem pikantnej oliwy do zagryzania rantów, zdarza się również piekło w (_!_).

Podczas następnych wizyt dane mi było tu spróbować zupy fasolowej (która na szczęście wyleciała już z menu – chyba 8zł), GENIALNEGO smażonego szpinaku z czosnkiem, mozzarellą i parmezanem (13zł wedle cennika na stronie, ale w nowym menu stoi już chyba po 15), schabu z masłem czosnkowym, podanym z opiekanymi ziemniakami i gotowanymi warzywami (29zł), czy grillowanego łososia z krewetkami z sosem cytrynowo – czosnkowym i ryżem (35zł). Nie ominęły mnie też średnie bruschetty – 13zł i szkoda czasu i miejsca w żołądku, te są o niebo lepsze w Passe Partout, czy wspaniała pizza Carbonara (24zł). Z całej tej listy dla mnie osobistym faworytem jest szpinak. Czy może faworytem tym był do dziś, kiedy to postanowiliśmy wypróbować sezonowe menu szparagowe.

Na krótko, bo pewnie do końca czerwca, niekwestionowanym królem jest tu dla mnie zupa krem ze szparagów, z zielono-szparagową wkładką i włosko-przyprawionymi grzankami (9zł). W tym daniu wszystko było tak jak powinno! No może poza tym, ze nie trafiła mi się w niej ani jedna główka szparaga – tylko same dolne łodygi! Kucharz powinien rozdzielać je bardziej sprawiedliwie ;-) . Ale to odegrałem sobie na zamówionej pizzy ze szparagami i jajkiem (27zł). Placek poprawny, ale chyba pozostanę wierny chociażby tutejszej Parmie (ze świeżą rukolą i szynką parmeńską – 25zł). Szparagi w obydwi daniach były takie jak powinny. W niczym nie będąc podobnymi do naszej kulinarnej porażki w pracy, kiedy to wcinaliśmy część lekko gorzkawych pędów. Niestety, może z racji poniedziałku, Czarkowi nie udało się zamówić sałatki z fallicznym warzywem i karczochami (25zł), gdyż te ostatnie były-wyszły. Zjadł więc bidula to co mu podano z ersatzem zamiast serc astrowatych. Nie słyszałem z jego strony zachwytów, ale narzekań brak również było. Przyjmuję więc, że danie okazało sięconajmniej poprawne. Jednak tak jak ostrzyłem sobie na nie zęby, tak następnym razem nie omieszkam jednak wybrać spomiędzy szparagów z szynką gotowaną (30zł) i  sznycla z jajkiem i szparagami (34zł). Maj jeszcze w połowie i mam nadzieję, że zdążę się załapać.

Wspomniany sznycel przywiódł mi na myśl wiedeńskiego “bliźniaka” z Kanjpy Sami Swoi (9zł + cena warzywnego wypełniacza). I chociaż porównanie może nie z tej samej półki cenowo-jakościowej, to muszę przyznać, że to co mi się podoba w Incanto to “żywe” menu. Oczywiście jak z każdym dojrzewającym dzieckiem jest i tu problem – z rosnącymi cenami niektórych dań. Nawet niedzielny bywalec dostrzeże, że pewne dania co jakiś czas wypadają. Całe szczęście są to te, które nie przypadły mi specjalnie do gustu (vide zupa fasolowa). Natomiast czarne konie, jak łosoś z krewetkami, czy schab z masłem czosnkowym tkwią niezmiennie niczym sèvres’ki(?) wzorzec dobrego smaku.

Przyjdzie mi się więc pewnie pożegnać z dobrą-aczkolwiek-nie-w-tej-cenie fritturą di mare w delikatnym cieście (34zł), która uraczyła nas pysznymi, miękkimi kalmarami, krewetkami i niestety średnią karguleną. Ale pozostaję w nadziei, że menu tej restauracji zaskoczy mnie jeszcze nie raz. I chociaż do tej pory nie spróbowałem tutejszych makaronów, to jak na razie to com tu wszamał trzyma mnie przy nadziei, że zapuszczona kulinarnie i rozrywkowo prawa strona Warszawy ma parę perełek, którymi może brylować w restauracyjnym towarzystwie.

06/05/2009

Satori sushi – epi.log

Zaszufladkowany do: Warszawa, japońskie — Tagi: , , , — maliboo @ 23:05

Niespodziewana lawina komentarzy pod wpisem o Satori Sushi na Wiatracznej zmusiła nas do ponownej wizyty. Ok, może nie tyle lawina, co propozycja Sizara, żeby dać temu przybytkowi drugą szansę. W końcu grono stałych bywalców nie powinno się mylić. Tym bardziej, że wzmożone zainteresowanie wystawało ponad przeciętność.

Udaliśmy się na miejsce ekipą prawie w tym samym składzie. Czarusia juniora zastąpił jeno Jędrek. Młody wymiękł już po pierwszej wizycie. Po trosze tłumaczył się awersem do ryżu i ryby, po przepełnieniu, którego doznał podczas otwarcia The Place Sushi na Nowym Świecie. Swoją drogą trochę dziwią mnie tak niepochlebne opinie, jak na knajpę kogoś, kto maczał palce w Maestrii, Tomo, czy Sakanie. Ale wracając do Satori i uprzedzając fakty – oświecenia znów nie było.

Tym razem wybraliśmy sobie inny czteroosobowy stół – na przeciwko wejścia. Ciekawostką jest, że ustawienie stolików wydało mi się dziwnie podobne do tego, które było za pierwszym razem. Ale cóż – mam już swoje lata, pamięć nie ta, więc upierać się nie będę. Dość tego, że nasz poprzedni stolik stał w tym samym miejscu niczym dąb Bartek. Zasiedliśmy w czwórkę przy, … “czteroosobowym” stanowisku konsumpcyjnym sąsiadującym ze szklaną ścianką. Niestety stół okazał się być jakąś dziwną pochodną miejscówek dwuosobowych, na co Zofia narzekała do końca wizyty musząc trzymać między swymi naturalnymi nogami tę trzecią – od stołu. Oczywiście żaden z nas nie wykazał się odrobiną dżentelmeństwa i nie zamienił swojego miejsca z koleżanką. Nie można wymagać znajomości savoir-vivre’u od prostych flash-developerów. Mnie osobiście stolik odpowiadał w 100%!

Po wymoszczeniu tyłeczków na krzesłach przeszliśmy do zamówienia. To skomplikowane nie było: 2 x zestaw Kirado (66zł), miso z rybą (12zł) i raz zwykła dla Czarka (8zł), bo tofu zabrakło. Trochę mnie to zdziwiło, bo brak tofu w japońskiej restauracji susherni to prawie jak brak wyborowej w monopolowym, czy brak bigosu na Boże Narodzenie. Muszę tu przyznać, że zupę zamówiłem ze zwykłego wyrafinowania – chciałem sprawdzić czy będzie tak samo słone jak poprzednim razem.
Jednak zanim miso została przyniesiona zaserwowano nam “podgrzewane ręczniczki”, czyli kawałki szmatki z ligninopodobnego materiału, dokładnie takie jak dają w Besuto, tylko na ciepło (tam chyba były chłodne). Cztery kawałki ścierki wesoło wylądowały na naszym stoliku i pozostały tak aż do końca konsumpcji (SIC!). niestety żadne z nas nie jadło palcami, by wykorzystać je raz jeszcze po skończonym posiłku.

Po otarciu łapek wyżej opisanymi szmatkami nastąpiła niespodzianka. Jako przystawkę zaserwowano nam coś w rodzaju mizerii tyle, że na ostro. Ogórek, sałata i drobinki ostrej papryczki w zalewie przypominającej słodką śmietanę, a wszystko posypane sezamem. Żałowałem nawet, że porcja była mała, bo jak nie przepadam za ogórami w śmietanie, to te przypadły mi do gustu. Następnie nasza młoda i urocza kelnerka (niestety jej imienia poznać nam nie było dane) wniosła zamówione zupki. Tym razem miso nie było tak słone vel esencjonalne jak poprzednim. Chociaż nadal nie był to dobry standard, chociażby z Akashi. Porcja za mała jak na tę cenę. A ja mimo wszystko nie mogę przyzwyczaić się do miso nafaszerowanego na wpół surową marchewką. Chociaż rybka, pływająca w nim, była dobra. Dwa rodzaje: łosoś i jakaś biała (maślana?).

Po zupce na stoliku zawitało danie główne – zestaw składający się z 26 sztuk sushi. Co należy docenić – tym razem pokrojone naprawdę równo! Najprostsze maki były z ogórkiem i marynowaną rzodkwią, do tego 6 maków z tuńczykiem i mango (które w jednym kawalku wydawalo mi się dość kwaśne), 8 sztuk kalifornijskich zawijasów z krabem, ogórkiem i avocado (w końcu było miękkie!) i cztery balaski nigiri z łososiem i maślaną. Jeśli chodzi o łososia to mimo tego, że był już wtorek nie wydał mi się pierwszej świeżości. Ale zjadłem go ze smakiem (znów jeden z nigiri mi się rozpadł, Andrzejowi również). Ryba maślana dała radę, ale zwykle daje. To chyba jedna z najbardziej tolerancyjnych ryb jeśli chodzi o przechowywanie. To co przykuło moją uwagę, to ryż. Ten w małych maczkach wydawał się być inny niż reszta (wcześniej/później przygotowany?). Jednakże każdy z nich za bardzo kleił się do zębów. Faktura przeciętego ziarna wydała mi się zbyt szklista w środku, w stosunku do obrzeża ryżu. Możliwe, że stąd brała się nadmierna lepkość i gumowatość. Jednak muszę przyznać, że ponowna wizyta wypadła lepiej niż pierwsze zderzenie z Satori Sushi.

Jeśli chodzi o mnie, to mimo niewątpliwie dogodnej lokalizacji, raczej będę witał na lewym brzegu Warszawy. W czymś bliższym memu sercu, a przede wszystkim żołądkowi. Jednakże załodze Satori Sushi trzeba przyznać honory za pewne podniesienie jakości w stosunku do stanu z początku marca. Myślę, że jeszcze parę konstruktywno-krytycznych wpisów i wyciągną należyte wnioski wychodząc na prostą. Wszakże prawdziwa cnota krytyk się nie boi;P Ja jednak na rybkę będę jeżdził przez most.

04/05/2009

Bistro de Paris

Zaszufladkowany do: Warszawa, francuskie — maliboo @ 22:32

Do restauracji Bistro de Paris Michela Morana droga okazała się dość zawiła. Zaczęło się od komciów pod wpisem Marty o Antrakt Cafe. Swoją drogą obok tej restauracji przechodziłem nie raz wracając ze staromiejskich wycieczek i piwnych eskapad. Wszakże stąd jest również blisko do “kultowych” Przekąsek… vis-à-vis Kaczego Grodu. A jak powszechnie wiadomo obydwa miejsca obfitują w krzepiące serca szociki wysokoprocentowych alkoholi. Niestety do tej pory konsumpcję uskuteczniałem tylko w tym pierwszym. Co poniekąd wiąże się pewnie z ceną za porcję i selekcją przy wejściu.

Ale do rzeczy. Przybytek Morana, przy Piłsudskiego 9 w Warszawie zaintrygował mnie nie tylko achami i ochami Frośki, ale również (na pewno przypadkową) szybką zmianą strony domowej po mojej krytyce (;-> – sarkastyczny uśmieszek dla młodego Czarka). Nowa HTML-owa wersja jest dużo bardziej miła oku niż poprzedni flashowy koszmarek. Wyszło to prawie jak na życzenie, nie sposób było więc nie odwiedzić takiego magicznego miejsca. Skoro spełniają marzenia niczym złota rybka, czemu nie ziścić kulinarnych pragnień?
Dzięki nowej stronie z przejrzystym menu (niestety z tego co zauważyłem ceny dań “wypadły” po pierwszej aktualizacji. Jednakże górna półka, wedle pierwszego cennika oscyluje wokół 80zł – jak np. grillowana polędwica, kotleciki jagnięce czy ryby) nie trzeba było czekać na zaplanowanie wyżerki. Tym bardziej, że lunchowo-kolacyjna oferta pełnego posiłku z dwóch dań i deseru (w sumie 95zł) miło mi przypomniała zeszłoroczne “wakacje” we Francji i trudne kulinarne decyzje. Nie ma to jak dostać w żłobie po kilka dań do wyboru.

Jednak wizytować w Bistro de Paris i nie wybrać czegoś à la carte byłoby grzechem. Zaczęliśmy więc od krewetek królewskich smażonych w orientalnych przyprawach z tatarem z pomidorów (to było w zestawie) i tradycyjnego gazpacho (24zł). Czekając na zamówione przystawki zostaliśmy poczęstowani bułeczkami z masłem (do wyboru pszenne lub żytnie). Wkrótce potem, jako “niespodzianka” dotarło pół łyżki stołowej pasty (tatara wg Fro) z ryb i owoców morza, skropionej chyba octem balsamicznym. To jednak wystarczyło by zaostrzyć apetyt.
Podane krewetki nie miały w sobie równych z tym co dane mi było jeść do tej pory. Mieszanka korzennych przypraw i chili doskonale harmonizowała  z lekko słodkim, naturalnym smakiem skorupiaków. Oczywiście Kasia nie dała się namówić na spróbowanie i dzielnie pałaszowała swoją pomidorówę. Jeśli chodzi o gazpacho to do mnie bardziej trafia to, które nie wymaga ucierania składników, z delikatnie wyczuwalnymi cząstkami pomidora i innych warzyw. Mając na względzie kolejne dania odmówiliśmy proponowanej dokładki zupy, czekając na rybne gwiazdy tego popołudnia. Podejrzewam, że gdyby nie krewetki dałbym się jeszcze skusić na tradycyjną zupę rybną, podawaną z sosem rouille i grzankami (33zł). Zdecydowanie jest warta grzechu. Tak, to danie i małże św. Jakuba zostawię sobie na następną wizytę.

Czekając na grillowanego okonia morskiego z domowym Pesto i wiosennymi grillowanymi warzywami z bussinesowego menu i zamówionego grillowanego steka z tuńczyka, czosnkowo tymiankową oliwą i tagliatelle z bakłażana (69zł) zostaliśmy uraczeni kolejną standardową “niespodzianką” czyli sorbetem malinowym z winem musującym. Ten przerywnik okazał się być prawdziwą niespodzianką. Niespotkane przeze mnie, do tej pory, połączenie okazało się naprawdę wyborne!

Po słodkim przystanku dotarły do nas dwa rybne, spełnione życzenia: okoń i tuńczyk. Pierwszy podany ze szpinakiem, grillowanym bakłażanem i warzywami, drugi z paskami podsmażanego bakłażana i cukini (ciętymi na kształt tagliatelle), oraz bliżej niezidentyfikowaną mi pastą/sosem. Okoń był wspaniały, natomiast tuńczyk okazał się przebojem. Warto tu wspomnieć, że przy zamówieniu kelner wykazał się należytą troską i upewnił się, że zależy mi właśnie na mało/średnio wypieczonej rybie, z góry odradzając tuńczyka jako produkt do wysmażenia “well done”. Oczywiście ledwo wysmażony kawałek mięsa z tuńczyko to było to czegom pożądał tego popołudnia. Oczywiście jeśli pozostajemy w tematyce kulinariów ;-)
Na rybach się nie zawiodłem, szczególnie tuńczyk uwiódł mnie do tego stopnia, że skusiłem się jeszcze na deser, mimo wcześniejszej samo-obietnicy nie jedzenia niczego słodkiego po rybie. Wybór padł na tradycyjny suflet pomarańczowy (25zł). Kasia w ramach zestawu kolacyjnego wybrała mleczny mus czekoladowy, krem z kasztanami i wanilią. Suflet, wypieczony i wyrośnięty wzorcowo z kremowym wnętrzem, jednak ten wybór utwierdził mnie w przekonaniu iż nie jestem fanem jajecznej piany z mąką. Dużo bardziej do gustu przypadł mi czekoladowy mus partnerki.

Tym słodkim akcentem przyszło nam zamknąć tę półtoragodzinną wizytę w raju. Ubożsi o sumę rachunku wraz z obowiązkowo doliczanym napiwkiem (10%) i bogatsi o całą feerię smaków zaserwowanych nam tego wieczora opuścilismy przybytek Michela Morana. Co prawda sam mistrz rzucił nam jedynie przelotne “dzień dobry”, bez wdawania się w dyskusję, jak w przypadku Fro (tę zarezerwował dla dewizowców i celebrytów), ale dane nam były zauważyć żarty pana Jacka z dyskoteki, który płacąc żartobliwie nawiązał do wysokości cen w Bistro de Paris. Z pewnością jest to miejsce godne polecenia. Szczególnie na początku miesiąca, gdy portfel gruby, a inne zobowiązania finansowe są daleką perspektywą.

29/04/2009

Sushi w Amigos, czyli japończycy na Dzikim Zachodzie

Zaszufladkowany do: Warszawa, japońskie, texmex — Tagi: , , — maliboo @ 22:59

Japońskie żarcie w typowej knajpie tex-mex to chyba rzadkość. W końcu Warszawa kontrastami stoi. Dlatego na początku byłem zaskoczony tylko trochę, kiedy dowiedziałem się, że w jednej z lepszych warszawskich stekowni dają również sushi. Szefowa chwaliła, polecając tamtejszych sushimasterów, którzy przenieśli się bodajże ze Złych Tarasów z nieistniejącego już Sushi Baru w Promenadzie. Postanowiliśmy zatem zaryzykować, w końcu pomieszanie kultur wyszło dość strawnie w takim Sukiyaki Western Django.

Całe szczęście obrusy dla wrocławskiego jaśniepana Radzia nie są tu zbyt krochmalone i nie wystraszył się wizyty, jak to było w przypadku Bistro de Paris. Tym sposobem sześć dolnośląskich pośladków i moje dwa warszawskie zasiadły przy_jacielskim stoliku Amigos w Alejach Jerozolimskich 119. Skoro serwują tu mieszaną kuchnie, postanowiliśmy dostosować się do menu. Pieczone przystawki i z góry upatrzone zimne danie główne. Ten wybór był trudny, bo t-bone‘y i inne filety mignon kusiły. To co odstraszało w karcie to obowiązkowe 10% serwisu doliczanego bez względu na ilość osób. Ktoś jednak powinien pomyśleć o przepisach zobowiązujących restauratorów do podawania rzeczywistych cen w kartach.

Słowo się rzekło więc zostaliśmy przy sushi, po które tu przyszliśmy. A dokładnie przy “tytułowym” zestawie Amigos (110zł, 26 sztuk ryżu z rybą). Przystawki pozostały w duchu tego miejsca: spicy wings (pięć czy sześć sztuk, 24zł), potato skins (17zł) i śliwiki suszone zapiekane w boczku (16zł). Nie wiem jak to się dzieje, ale jeśli chodzi o skrzydełka to nigdzie jeszcze nie jadłem lepszych niż w Jeffsie na Polach Mokotowskich. Wygląda na to, że dobre pikantne skrzydełka to naprawdę rzadkość i sztuka. Ziemniaczki zdały egzamin, podobnie jak śliwki, podane ze sporą ilością warzywa wszelakiego. Chociaż jeśli mnie pamięć nie myli to najsmaczniejsze śliwki w boczku są na placu Piga.. podają w Sarmacji. Po spałaszowaniu części ciepłej przyszła pora na sushi. Tu lekki zgrzyt, bo dwa talerzyki były zabrudzone sosem sojowym. Zasuszonym sosem sojowym, albo inną pozostałością po poprzednim konsumencie. Ktoś na zmywaku powinien przejść kurs w stylu “zmywanie dla opornych”, ew. odbyć pracownicze badania kontrolne ze szczególnym uwzględnieniem wizyty okulistycznej.
Wymiana utensyliów poszła sprawnie i już po chwili mogliśmy “nadziać” na pałeczki (i widelce! ;-) EKHM!) kawałki maków. I to nie tylko tych tradycyjnych, w całości na zimno, ale również zasmażanych w tempurze (chyba). Dla nas było to pierwsze spotkanie z takim sushi-fużyn. Dla mnie wypadło wspaniale. Ze wszystkich kawałków te z pieczonym łososiem i krewetkami w cieście były najlepsze. Tradycjonalistka Kasia jednak z góry odrzuciła te “wynalazki” na rzecz staroświeckiego ryżu na zimno. Po poprzedniej porażce w sushi Satori to był prawdziwy powrót do korzeni. Łosoś z którym były podane “zwykłe” maki okazał się wyśmienity! Równie dobrze spisały się nigiri, chociaż tego z rybą maślaną nie udało mi się spróbować.

Nie wiem czy przez przypadek, czy może przez incydent z talerzykami, na koniec pałaszowania zjawił się kelner pytając czy “chociaż to sushi dobre zrobił ten sushimaster”. Oczywiście zrobił, zrobił i mam nadzieję, że nie dlatego zbierający naczynia “przyznał się” na końcu do popełnienia naszych ryżowych zawijasów ;-) Sushi z amigos w Amigos? Jeśli tylko będą trzymać poziom wykonania (i obniżą poziom cen), jak najbardziej. No, może przydałoby się małe szkolenie u krawca z tego nieszczęsnego cięcia maków ;>

Starsze wpisy »

Ta strona jest oparta na WordPressie